Ostatnio znów o sobie przypomniał. Christo Stoiczkow poradził Pedro, aby nie przyjmował oferty Manchesteru United. - Nie chciałbym grać dla van Gaala, bo jest mizernym trenerem. Zniszczył Barçę, a aktualnie niszczy Manchester. To, co zrobił z Víctorem Valdésem, pokazuje, jak złym jest człowiekiem. Mam nadzieję, że Pedro mnie posłucha i nie odejdzie - wypalił w rozmowie z Bleacher Report Bułgar. Stoiczkow nie byłby przecież sobą, gdyby od czasu do czasu nie powiedział czegoś pikantnego. W końcu to Vulgar Bulgar.
Młodego Christo Stoiczkowa pamiętam jak przez mgłę. Kiedy on wspinał się na futbolowy Mount Everest, ja dopiero co uczyłem się chodzić. Ale już wtedy słyszałem: „Stoiczkow to wielki piłkarz”. Kontrowersyjny, nieokrzesany i arogancki. Rewolucjonista i raptus. - Brzydzę się Złotą Piłką. To skorumpowane gówno, tak jak cała FIFA. To mafia. Nie chcę mieć z nimi nic wspólnego - mówił, kiedy władze Międzynarodowej Federacji Piłkarskiej przedłużyły głosowanie na najlepszego piłkarza 2013 roku, co prawdopodobnie pozwoliło na wygraną rzutem na taśmę Cristiano Ronaldo. Stoiczkow nigdy nie kłaniał się kulom: odważnie krytykował sędziów, publicznie gardził Realem Madryt, popierał separatystyczne dążenia Katalonii, a autorytety miał za nic. Bezkrytyczny - prawie, o czym więcej nieco niżej - był tylko wobec Johana Cruyffa. - Nauczył mnie wszystkiego - przekonywał Bułgar. W jego ustach to jak miłosna ballada.
Bestia
Urodził się w brudnym, zatęchłym Płowdiw, gdzie bieda, wojna i polityka mieszały się ze sobą niczym w wielkim kotle. Zawsze powtarzał, że podwórko, na którym pełno było przemocy, alkoholu i narkotyków, zahartowało go na całe życie. - Graliśmy szkoła na szkołę, blok na blok lub osiedle na osiedle. To były wielkie mecze. Blizny z tamtych lat mam do dziś. Boiska były nierówne, kamieniste, twarde. Ale każdy chciał grać - wspominał po latach. Od początku przejawiał talent do sportu, biegał na 60 i 100 metrów. Jego ojciec był bramkarzem Spartaka Płowdiw, stąd też sporo mówiło się o niesfornym, acz piekielnie zdolnym malcu. Kiedy jeden z kolegów rzucił w Stoiczkowa kamieniem, ten - długo się nie namyślając - pogryzł agresora. Nazywali go „psem” lub „bestią”. Sam przyznawał, że w okolicy nie było większego opryszka. Kiedyś pochwalił się, że w szkole spalił trzy dzienniki z ocenami.
Dzięki pomocy Atanasa Uzunowa, znanego działacza, trenera i sędziego piłkarskiego, trafił do Hebrosa Charmanli. Dwa lata później podpisał kontrakt z czołową drużyną, CSKA Sofia. Po prostu wszedł do mitycznej szatni i zajął miejsce zarezerwowane dla kapitana drużyny. Zapytali go, kim jest, że się tak szarogęsi. Odpowiedział: „jestem Stoiczkow”.
„Puchar jest nasz!”
W klubie ze stolicy zadebiutował 23 lutego 1985 roku. Na początek zgarnął mistrzostwo i puchar kraju. W finale tych drugich rozgrywek CSKA wygrało ze Spartakiem-Lewskim Sofia 2:1, a Stoiczkow został po meczu zdyskwalifikowany. Doszło do przepychanek, które z czasem przerodziły się w regularną bitwę. Kiedy wydawało się, że sytuacja jest opanowana, 19-letni wówczas Christo wbiegł do szatni rywali z ognistym okrzykiem na ustach: „ten puchar jest nasz!”. Decyzją wojskowego reżimu trafił do koszar. To było najtrudniejsze pół roku w życiu Stoiko. Każdego ranka wstawał o świcie, aby patrolować okolice zagród. Nierzadko nie miał co jeść, starsi żołnierze wyśmiewali jego wzrost i krzywe nogi. Wielokrotnie wdawał się w bójki, które kończyły się karami. Najdelikatniejszą z nich było sprzątanie wychodków.
Kiedy reprezentacja Bułgarii awansowała do meksykańskiego mundialu, wobec ukaranych po meczu krajowego pucharu zastosowano amnestię. Stoiczkow wrócił do gry po 10 miesiącach i 8 dniach rozłąki ze swoją najlepszą towarzyszką. Piłką. Wszyscy spodziewali się odmienionego Christo. Miał być posłuszny, wyciszony i subordynowany. W końcu w wojsku dostał ostro w skórę. - Skazali mnie ludzie, którzy nie mają pojęcia o futbolu. Nigdy nie grali w piłkę. Nie odróżniali jej od arbuza - powiedział na powitanie. W 1987 roku CSKA zdobyło dublet, a Stoiczkow strzelił 7 bramek. Mało. Jemu zawsze było mało.
Wiosną 1989 roku Stoiczkow po raz pierwszy zjawił się na Camp Nou. Do słonecznej Katalonii przyjechało CSKA Sofia. Stawką meczu był awans do finału Pucharu Zdobywców Pucharów. - Spojrzałem na nich przed meczem i przeraziłem się. Cruyff był trenerem, dalej Bakero, Alexanco, Amor, Eusebio, Txiki, Zubizarreta… Szybko zaczęli grać swoje. Oni podawali, a my biegaliśmy. To było jak wyprawa na inną planetę. Inna piłka, kultura, klimat, ludzie. Patrzyłem na to wszystko i zastanawiałem się, co zrobić, aby trafić tu na stałe. Wiedziałem, że muszę dać z siebie wszystko - wspominał po latach w rozmowie z portalem jotdown.es. Barça zwyciężyła 4:2, przypieczętowując tym samym awans do finału w Bernie. Zebrani na Camp Nou kibice dobrze zapamiętali zawodnika, który w 24. minucie gry wyszedł „na solo” z Andonim Zubizarretą i aksamitnym lobem dał prowadzenie zespołowi z Sofii. W drugiej połowie gry Stoiko wykorzystał jeszcze rzut karny, ale gole Gary’ego Linekera, Guillermo Amora, José Maríi Bakero i Julio Salinasa dały Katalończykom spokój przed rewanżem. Tego wieczoru Cruyff zdecydował, że jego drużyna potrzebuje niskiego, szybkiego atakującego. Padło na Stoiczkowa.
„Mistrzowie na sto procent, Katalończycy na sto procent!"
Pierwszy sezon Christo na Camp Nou miał słodko-gorzki smak. W grudniu, podczas El Clásico, którego stawką był Superpuchar Hiszpanii, Bułgar starł się z baskijskim sędzią Urizarem Azpitarte. Ten najpierw wyrzucił na trybuny Cruyffa, a chwilę później odesłał do szatni rozwścieczonego Bułgara. Ten w drodze do stadionowego tunelu nadepnął na stopę Azpitarte. Wybuchł skandal. Początkowo komisja ligowa wlepiła Stoiczkowowi 6-miesięczne zawieszenie. Ostatecznie karę zredukowano do dwóch miesięcy, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że skandal z udziałem baskijskiego arbitra naznaczył kolejne lata obecności Stoiczkowa w stolicy Katalonii. W sumie w pierwszej kampanii w barwach Barcelony uzbierał on 14 goli. To tylko o 5 mniej od ówczesnego pichichi, Emilio Butragueño. Indywidualny laur, który przeszedł Stoiko obok nosa, miał jednak mniejsze znaczenie, bowiem Blaugrana zakończyła 6-letni okres bez mistrzowskiego tytułu i na mecie ligowego wyścigu wyprzedziła m.in. Real Madryt. Etap Stoiczkowa w Barcelonie miał jednak to do siebie, że belle époque zawsze wlokła na plecach fin de siècle. W Pucharze Zdobywców Pucharów Bułgar strzelił 6 goli, ale w przegranym przez Barçę finale nie wystąpił z powodu kontuzji.
W sezonie 1991/92 Stoiczkow powiększył swój strzelecki dorobek (17 bramek w 32 spotkaniach), a do klubowej gabloty trafiły odznaczenia za zdobycie kolejnego mistrzowskiego tytułu oraz Superpucharu Hiszpanii. Ale najlepsze miało dopiero nadejść. 20 maja 1992 roku w meczu z Sampdorią Genua Barcelona wygrała po dogrywce swój pierwszy Puchar Europy, a Stoiczkow został pierwszym w historii Bułgarem, który zdobył to prestiżowe trofeum. Na słynnym Plaça de Sant Jaume, podczas głośnej fiesty, całe barcelonismo usłyszało z ust Stoiko: „mistrzowie na sto procent, Katalończycy na sto procent!".
Ale 1992 rok to dla Bułgara także przegrana w plebiscycie magazynu France Football. Dokładnie 18 głosów dzieliło go od chwały, która ostatecznie przypadła w udziale Marco van Bastenowi. - To ja powinienem wygrać. Wiem, że w wynikach maczał palce właściciel Milanu Silvio Berlusconi - skomentował rezultaty popularnego konkursu dla futbolistów Christo. Słodka zemsta przyszła dokładnie dwa lata później. Vulgar Bulgar otrzymał 210 głosów, zdecydowanie dystansując Roberto Baggio (136) i Paolo Maldiniego (109).
200 mln z kieszeni
17 listopada 1993 roku na Parc des Princes w Paryżu Bułgaria pokonała Francję i awansowała do mundialu w USA. W premierowej potyczce fazy grupowej ekipa Dimityra Penewa przegrała z Nigerią 0:3. W kolejnym spotkaniu Stoiczkow wykorzystał dwa rzuty karne, a wygrany 4:0 pojedynek z Grecją był pierwszym zwycięstwem Bułgarów w historii mundialu. Od tego czasu Christo i spółka byli rewelacją amerykańskiego turnieju, pokonując kolejno Argentynę, Meksyk i Niemcy. - Piliśmy, paliliśmy i graliśmy w różne gry, głównie w karty. Przyjechaliśmy wygrać jeden mecz, a ostatecznie zajęliśmy czwarte miejsce - wspominał po latach Stoiczkow. Piękny sen zakończył się w meczu z Włochami. W spotkaniu przegranych, o brązowy medal pocieszenia, Szwecja zmasakrowała bałkańskie Lwy aż 4:0.
W letnim okienku transferowym Cruyffowi zamarzył się brazylijski gwiazdor PSV Eindhoven Romário. Obowiązujące wówczas w Hiszpanii przepisy pozwalały na obecność na boisku tylko trzech obcokrajowców, więc Stoiczkow nie przepuścił okazji do wygłoszenia kąśliwego komentarza. - Czwarty obcokrajowiec w szatni to głupota. A jeśli już kierownictwo klubu tak bardzo chce kogoś kupić, to powinno sprowadzić do Barcelony mojego rodaka i przyjaciela Lubo Penewa. Romário kosztował 600 mln peset? Dodam 200 mln z własnych oszczędności i kupmy Lubo - mówił. I choć ostatecznie Vulgar Bulgar znalazł wspólny język z Brazylijczykiem, to stosowane przez Cruyffa rotacje mocno nadwyrężyły jego pozycję w drużynie. Tym bardziej, że Romário został królem strzelców ligi hiszpańskiej, a Blaugrana sięgnęła po czwarty z rzędu tytuł mistrzowski. Cieniem na tamtym sezonie położyła się klęska Barcelony w finale Pucharu Europy w Atenach. Milan upokorzył drużynę z Camp Nou, co było początkiem końca legendarnego Dream Teamu Cruyffa i samego Stoiczkowa.
W smutnej kampanii 1994/95 Stoiczkow wystąpił w 26 meczach ligowych, w których zdobył 9 goli. Na wiosnę poskarżył się jednak dziennikarzom na coraz trudniejszą współpracę z holenderskim trenerem Barcelony. - Cruyff jest jednocześnie najlepszym trenerem i najbardziej upartym człowiekiem, z jakim przyszło mi obcować. To niełatwe, coś się po prostu zmieniło - powiedział (to i tak nic w porównaniu choćby do słów, jakie kiedyś skierował pod adresem Louisa van Gaala: „może i głowę ma dużą, ale mózg malutki”). Bułgar zarzucał Johanowi, że ten pozwolił na odejście Romário (paradoksalnie!) i Michaela Laudrupa, a także promował swojego syna Jordiego. Stosunki Stoiczkowa z legendą Ajaksu znacznie się pogorszyły, co doprowadziło do transferu tyleż zdolnego, co niesfornego snajpera. Za 15 mln dolarów trafił do Parmy, ale tam nie mógł z kolei znaleźć wspólnego języka z gwiazdą włoskiej drużyny Gianfranco Zolą. W zespole ze Stadio Ennio Tardini strzelił 5 bramek w 23 spotkaniach Serie A, co ogólnie uznano za rozczarowujący wynik.
Kropka w Barcelonie
Od tego czasu niepowodzeń, mniejszych lub większych, było więcej. Na Euro 1996 został wybrany do drużyny turnieju, ale reprezentacja Bułgarii nie awansowała do fazy pucharowej. Latem wrócił do stolicy Katalonii. - Znów jestem w domu. To tutaj czuję się najlepiej. Zrobię wszystko, aby ta drużyna wciąż była wielka - wypalił na powitanie. Gorzej, że nie mógł przetrawić ustalonej przez sir Bobby'ego Robsona hierarchii, w której zajmował miejsce za plecami Ronaldo, Luisa Enrique i Juana Antonio Pizziego. Niby strzelił 7 bramek, niby zdobył także Puchar Zdobywców Pucharów i Puchar Króla, ale barcelonismo stadnie orzekło - Bulgar Vulgar nie ma już „tego czegoś”. W kolejnym sezonie popadł w konflikt z nowym trenerem Blaugrany van Gaalem i został wypożyczony do dobrze znanego mu CSKA, ale i tam nieszczególnie mu się wiodło. W tropieniu fortuny zawędrował aż do saudyjskiego Al-Nasr, które za kwotę 200 tys. dolarów wypożyczyło go na finałowe mecze Pucharu Zdobywców Pucharów Azji. Potem był jeszcze nieudany mundial we Francji, epizod w Kashiwa Reysol i krótka przygoda z Chicago Fire.
Ostatecznie kropkę Stoiczkow postawił w Barcelonie, w towarzystwie Cruyffa i Joana Laporty. Miejsce na powiedzenie „pas” wydawało się oczywiste. Christo kochał Katalonię, z wzajemnością. W oknie hotelu, w którym mieszkał podczas mundialu w 1998 roku, wywiesił senyerę. Prowadził kampanię na rzecz uznania reprezentacji Katalonii przez FIFA. To w jej stolicy błyszczał światłem wielkiej, niekwestionowanej gwiazdy, entuzjasty życia, szefa swojego losu. Może dlatego nigdy nie sprawdził się w roli szkoleniowca, choć podejmował próby odniesienia trenerskiego sukcesu m.in. w młodzieżowym zespole Barcelony, Celcie Vigo czy też narodowej drużynie Lwów.
W 1994 roku w bułgarskich wyborach parlamentarnych Stoiczkow poparł partię centrystów. Sofię zalało wówczas 300 tys. plakatów z jego podobizną. Nieprzesadnie urodziwa twarz Christo była po prostu wszędzie. Nikomu to jednak nie przeszkadzało, bo Bułgarzy uwielbiali największego renegata futbolu tamtych czasów. Uwielbiają zresztą do dziś. U stóp masywu Witoszy nadal funkcjonuje fan club Barcelony o nazwie „Penya Hristo Stoichkov”. Aktualnie Bułgar najwięcej czasu poświęca swojej piłkarskiej szkółce w Villafranca, a także gra w golfa z Johanem Cruyffem. Ponoć ciągle się kłócą.
Mateusz Bystrzycki, autor książki „Gerard Piqué. Urodzony na Camp Nou"
Komentarze (33)