Lato dla kibica piłkarskiego zdaje się niekończącym się odwykiem, dla kibica Barcelony może wydawać się jeszcze gorsze. Pewnie każdy z nas odlicza już czas do pierwszego gwizdka w nowym sezonie, każdy chce ponownie zobaczyć zabójcze trio MSN w akcji, każdy pragnie, aby Lucho powtórzył „drużynę sześciu pucharów”. Niesamowity tryplet, o którym jeszcze kilka miesięcy temu raczej nikt nie śnił, rozpieścił Nas do granic. I wydaje się, że po uczcie, jaką Nam zaserwowali piłkarze w bordowo-granatowych koszulkach, podanie deseru na tym samym poziomie jest awykonalne, ale po kolei…
Po zakończonym sezonie klubowym przyszedł czas na emocje reprezentacyjne. W tym roku to właśnie w Ameryce Południowej rozgrywany jest najstarszy turniej świata. Pewnie każdy wie (może nie z lekcji historii), że to Anglików uważa się za twórców piłki kopanej. Nie mniej jednak to raczej potomkowie Inków uczynili piłkę magiczną. Ciężko im się dziwić, już cztery tysiące lat wcześniej ich przodkowie rozgrywali rytualne mecze, w grę, która mogła nieco przypominać obecny futbol. Jeśli ktoś miałby wątpliwości, czy to właśnie za Atlantykiem piłka rozwinęła się najbardziej, niech wymieni trzech najlepszych piłkarzy w historii – dla większości z Nas będzie to dwóch Argentyńczyków i jeden Brazylijczyk.
Rok temu mówiono, że mundial wraca do korzeni – turniej na terenie kraju najbardziej utytułowanego w tych prestiżowych rozgrywkach był niesamowity, inny, zdawał się być świętem, które chciałoby się obchodzić cały czas. Brazylia zapomniała o kryzysie, ludzie żyli chwilą, cieszyli się sukcesami rodaków i płakali, zjednoczeni jak nigdy, po porażce. Te zawody były swego rodzaju pokazem siły gospodarzy (mam tu na myśli cały kontynent, a nawet nieco więcej), gdyby drabinka turniejowa ułożyła się nieco inaczej, kto wie, czy nie bylibyśmy świadkami prawdziwie południowoamerykańskiego turnieju. Świetnie dysponowane Chile odpadło po karnych z Brazylią, Kolumbia wyeliminowała Urugwaj, aby po pięknym i zaciętym meczu przegrać w ćwierćfinale z gospodarzami turnieju. Meksyk (może geograficznie nie należy do Ameryki Południowej, ale piłkarsko zdecydowanie) w ostatnich minutach meczu oddał awans Holandii, która później musiała czekać aż do karnych, aby wyeliminować Kostarykę. Wszystkie te zespoły dały z siebie więcej niż mogły, grały niesamowicie, każdy z nas, siedząc przed telewizorem, myślał pewnie: „kiedy nasza reprezentacja będzie tak walczyć"? Ci piłkarze byli gotowi paść w trzydziestostopniowym upale, aby tylko uszczęśliwić swoich kibiców. Pominąłem w tych rozważaniach Argentynę, która na tym tle wypadła dość przeciętnie. To oni jednak zagrali w finale, ale jak już mówiłem, turniej ten był powrotem do korzeni, a każdy z nas przecież wie, że „piłka nożna to taka gra, w której 22 mężczyzn biega za piłką, a na końcu i tak wygrywają Niemcy”.
Tym razem w Chile grają tylko południowoamerykańskie potęgi (oraz zaproszeni gościnnie Meksyk i Jamajka). Turniej jednak nie powala. Po takim zeszłorocznym mundialu spodziewaliśmy się pewnie podobnej walki, co najmniej równie pięknych goli oraz zawrotnych emocji. Tym razem wygląda to jednak zgoła odmiennie. Kilka dobrych meczów (np. Ekwador 2:3 Boliwia czy Chile 3:3 Meksyk) nie spowoduje jednak, że będziemy na ten turniej spoglądać inaczej. Sam w sobie jest dość przeciętny, w cieniu skandali (takich jak rozbite po pijaku auto Vidala, kara Neymara czy „palec w tyłku” Cavaniego), wciąż jednak czeka na ostateczne rozstrzygnięcie.
Jaki by nie był turniej, finały rządzą się swoimi prawami – zwłaszcza gdy po jednej stronie barykady stoją gospodarze i ich dwunasty zawodnik – kibice, a po drugiej Bóg futbolu głodny reprezentacyjnego sukcesu. Wielu mówiło, że Atomowej Pchle nie zależy na wynikach drużyny narodowej – jeśli ktoś tak wciąż uważa, niech włączy sobie ten filmik (
Komentarze (62)