Przy Canaletes mówią. Nie tęsknię za Valdésem

Mateusz Bystrzycki

24 czerwca 2015, 13:05

79 komentarzy

Uwielbiam Víctora Valdésa. Jestem mu wdzięczny za lata doskonałych występów w barwach Barcelony. Szanuję także jego niezliczone dokonania, zarówno te z frontu klubowego, jak i reprezentacyjnego. Ale nie tęsknię za nim. Nie tęsknię za jednym z najwybitniejszych bramkarzy w historii futbolu, bo w letnim okienku transferowym na Camp Nou trafili Claudio Bravo i Marc-André ter Stegen. Niech to będzie najlepsza recenzja ich występów w sezonie 2014/15.

Kiedy okazało się, że Víctor Valdés nie przedłuży wygasającego kontraktu z Barceloną i wraz z końcem sezonu 2013/14 opuści Les Corts, poczułem olbrzymi smutek. Tym większy, że - jak się później okazało - Katalończyk nie rozstał się z Barçą w najlepszej komitywie. Ponadto, zerwanie więzadła krzyżowego w kolanie sprawiło, że Valdés nie postawił kropki na końcu swojej przygody z Barceloną na boisku, a w gabinetach lekarskich. A przecież zapracował na celebrę podobną choćby do tej z udziałem Xaviego. Dwadzieścia jeden zdobytych w bordowo-granatowych barwach trofeów to dorobek zasługujący na najwyższe uznanie. Ale Valdés niemal od zawsze wykraczał poza wąskie ramy bramkarskich umiejętności ciasno upchniętych w prostokąt o wymiarach 7,32 x 2,44 m. Był liderem, tak na boisku, jak i poza nim. Nierzadko milczącym, wycofanym, ale cieszącym się estymą i mającym w szatni niezaprzeczalny posłuch. Wywiadów udzielał rzadko, swoją prywatność chronił wręcz obsesyjnie, ale nie przeszkodziło mu to w bezwarunkowym podbiciu serc wszystkich culés. Nie stało się to jednak od razu.

Valdés jak Montmartre

KibicomBarçynie trzeba przypominać, że na początku swojej przygody z seniorskim zespołem Valdés był jednym z najbardziej krytykowanych piłkarzy. To jemu obrywało się za wszelkie niepowodzenia Barcelony. Niektórzy twierdzili nawet, że broni dostępu do katalońskiej bramki, ponieważ Real Madryt głównym golkiperem uczynił Ikera Casillasa. To musiało boleć. Tym bardziej, że Valdés nigdy nie chciał być bramkarzem. „Moje życie nie było usłane różami. Już od najmłodszych lat musiałem przezwyciężać presję. (…) Mój świat stał się jednym wielkim cierpieniem. (…) Moje życie zaczęło dryfować w kierunku smutku i rozpaczy. Mój rozum był zablokowany, opanowany strachem. Tak naprawdę wielokrotnie chciałem rzucić piłkę” - wyznał w książce „Samotność bramkarza” Valdés.

Punktem zwrotnym w karierze Katalończyka był wygrany finał Ligi Mistrzów w Paryżu. To na Stade de France Valdés-bramkarz narodził się na nowo. To tam rozkwitł w pełnej krasie, prezentując całemu światu niewiarygodne wręcz umiejętności. A gdyby to nie był przypadek, że akurat Paryż, że akurat tam? Bo trudno oprzeć się wrażeniu, że golkiper z L'Hospitalet de Llobregat jest, niczym przeklęty bohater antycznego dramatu, uosobieniem jednej z dzielnic przepięknej stolicy Francji. Chodzi o Montmartre, miejsce artystyczne, barwne i różnorodne, choć jednocześnie ponure, absurdalnie przytłaczające, jakby toksyczne. To tam spotykała się paryska bohema XIX wieku, którą w pewnej chwili dopadła przerażająca dekadencja. W końcu po belle époque nastało fin de siècle.

Czy Víctor Valdés Arribas jest skazany na ostateczną zagładę, tragiczne niepowodzenie? Gdzie był w chwili, gdy opuszczał Camp Nou, a gdzie jest dziś? Przecież nie tak wyobrażał sobie niedoszły finalnie transfer do Monaco. I z pewnością nie planował, że w sezonie 2014/15 rozegra raptem 106 ligowych minut. Przed 33-latkiem znalezienie koniecznej odpowiedzi na szekspirowskie „być albo nie być?”. Bo czy do - nieodległego przecież - końca kariery zamierza stale obserwować poczynania swoich kolegów z ławki rezerwowych, wegetując na marginesie wielkiego futbolu?

Złoty środek Lucho

W tym sezonie Valdés z oddali obserwował jak stopniowo, miesiąc po miesiącu, barcelonismo zakochuje się w nowych bohaterach katalońskiej bramki. Obaj, Claudio Bravo i Marc-André ter Stegen, kosztowali raptem 24 mln euro. Bluzę z „jedynką” miał zakładać Niemiec, ale kontuzja z końcowego okresu pre-sezonu sprawiła, że do bramki Barçywskoczył” Bravo. Chilijczyk nie zawiódł, nie dał podstaw do zepchnięcia go na ławkę, kiedy jego młodszy kolega wrócił do pełnej sprawności. Luis Enrique musiał więc znaleźć złoty środek i pogodzić interesy uznanego rutyniarza i wschodzącej gwiazdy światowego futbolu. Udało się.

Bravo bronił dostępu do bramki Blaugranyw rozgrywkach ligowych. W pierwszych ośmiu meczach nie skapitulował, co przywołało wspomnienia i skojarzenia z legendarnymi Paco Liaño i Andonim Zubizarretą. W zakończonym niedawno sezonie Chilijczyk miewał mecze słabsze, ale nie przytrafił mu się występ koszmarny, tragiczny. Bronił pewnie, solidnie, tak na linii, jak i przedpolu, doskonale współpracując ze świetnie dysponowaną defensywą Dumy Katalonii. Zaowocowało to stratą zaledwie 19 bramek i zgarnięciem Trofeo Zamora.

Ter Stegen został oddelegowany do występów w Lidze Mistrzów i Copa del Rey. Pomijając drugi mecz fazy grupowej przeciwko Paris Saint-Germain i pucharową wpadkę z Villarrealem na Camp Nou, Niemiec bronił niemal bezbłędnie. Imponowały zwłaszcza jego gra nogami oraz umiejętność prawidłowego wprowadzania futbolówki do gry. Ponadto, 22-latek doskonale grał na przedpolu i świetnie ustawiał się na linii. W walce o górne piłki przeważnie wyręczali go wyżsi koledzy z formacji defensywnej.

Pewny, ale nie butny

Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na pozaboiskową postawę wychowanka Borussii Mönchengladbach. Ter Stegen szybko zaaklimatyzował się w drużynie i błyskawicznie opanował podstawy języka hiszpańskiego. Jednocześnie, po wstępnych niepowodzeniach, podjął zdrową rywalizację z Bravo o stałe miejsce w wyjściowej jedenastce. Przez cały sezon biły z niego niezachwiana pewność siebie i przekonanie o posiadanych umiejętnościach, czego nie należy mylić z butą czy też arogancją. Na placu gry ter Stegen jest do bólu profesjonalną bestią, crackiem, poza nim zaś spokojnym, stonowanym, choć ambitnym i znającym swoją wartość człowiekiem.

Który z barcelońskich bramkarzy jest lepszy? Czy w nowym sezonie Lucho dokona zmian w systemie wyboru bramkarza? W kampanii 2014/15 Bravo rozegrał 37 spotkań (30 zwycięstw, 3 remisy i 4 porażki). Chilijczyk wpuścił 19 goli (średnio 0,51 bramki na mecz) i 23 razy zachował „czyste konto”. Ponadto, interweniował z 79-procentową skutecznością. Dla porównania, ter Stegen zaliczył 21 meczów (19 zwycięstw, 0 remisów, 2 porażki). Skapitulował raptem 16-krotnie, co daje 0,76 straconej bramki na spotkanie. 22-latek rozegrał 10 pojedynków bez wpuszczonego gola, interweniując z 76-procentową efektywnością. Młodszy z bramkarzy Barcelony wykonuje średnio więcej podań (16:13) i więcej podań celnych, choć tzw. „distribution accuracy” obaj golkiperzy mają bardzo zbliżone (85 do 83 procent skuteczności dla ter Stegena). Najważniejsze statystyki przemawiają za Bravo, który optycznie wydaje się również nieco bardziej zrównoważony, pewny, choć ter Stegen jest - głównie z racji wieku - bardziej perspektywiczny. Konia z rzędem temu, który wskaże lepszego z nich. Efekt rotacji między słupkami to między innymi rekordowe w historii klubu 33 „czyste konta”. I miękkie lądowanie po odejściu z Camp Nou Valdésa.

Miały być trauma i nostalgia za Valdésem. Wydawało się, że bramka Blaugranyponownie będzie obsadzana produktami „bramkarzopodobnymi” w stylu Roberto Bonano. A nawet jeśli uda się sprowadzić sensownego następcę Katalończyka, to Barcelona z pewnością odczuje różnicę w wyprowadzaniu piłki i grze nogami podczas czynnego uczestnictwa w konstrukcji akcji. Tymczasem wybory kierownictwa klubu i sztabu szkoleniowego, a także postawa nowopozyskanych bramkarzy sprawiły, że dziś barcelonismo pamięta, ale nie tęskni za Valdésem. Ot, tragizm bramkarskiego losu. "Złe rzeczy dzieją się dobrym ludziom i niekoniecznie każdy dostaje to, na co zasługuje. Taka jest smutna prawda, dla której Biblia szuka usprawiedliwienia w historii Hioba. (…) Z pewnością żaden sportowiec z taką regularnością nie mierzy się z arbitralnością losu, co bramkarz" - przekonuje w książce „Bramkarz, czyli outsider” Jonathan Wilson. Z kolei Albert Camus, przede wszystkim pisarz, ale i były golkiper, już dawno temu stwierdził: „Dopiero gdy sam stajesz pośrodku lasu, uświadamiasz sobie, jakie to trudne”.

Mateusz Bystrzycki, autor książki „Gerard Piqué. Urodzony na Camp Nou"

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (79)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze