Przy Canaletes mówią. Apetyt na chwałę

Mateusz Bystrzycki

6 czerwca 2015, 12:55

19 komentarzy

Już dziś Barcelona zawalczy o drugi w swojej historii tryplet. Szansę na potrójną koronę ma także Juventus, który w kilka lat przebył drogę od Serie B do najważniejszego meczu w klubowym futbolu. Jednak bez względu na wynik dzisiejszego starcia Barça już jest wygrana. I wcale nie idzie o wywalczone przed chwilą mistrzostwo i Puchar Króla.

Gdyby początek kolejnego felietonu z cyklu „Przy Canaletes mówią” zaszczycił swoją radiową relacją niezawodny Marek Brzeziński, być może przybrałby on następujące kształty: „W sobotni wieczór na monumentalny Stadion Olimpijski spoglądał będzie cały piłkarski świat. Najlepsze miejsce od dawna zarezerwowane jest dla słynnej, mierzącej niemal 370 metrów, wieży telewizyjnej Berliner Fernsehturm. Starciu współczesnych gladiatorów z przyjemnością przyjrzą się również ewangelicki Kościół Pamięci cesarza Wilhelma I, neorenesansowy Rotes Rathaus oraz - oczywiście - symboliczna dla naszych zachodnich sąsiadów Brama Brandenburska”. Brzmi nieźle, choć przyjezdnym z Barcelony, którzy na co dzień obcują z cudeńkami Gaudíego czy Miró, Berlin z pewnością nie wyda się szczególnie uroczym miejscem. Choć może nim być, już na zawsze i wbrew nieco skrzeczącej rzeczywistości. Barcelonismo ma bowiem tylko jeden warunek - wygrana Dumy Katalonii i piąty Puchar Europy w jej 115-letniej historii.

Dziewięć zwycięstw od traumy

Ta najnowsza, to wyszarpany w niezwykłych okolicznościach mistrzowski tytuł i Puchar Króla - zdobyty dzięki kompletowi zwycięstw, co ostatni raz udało się Valencii w 1954 roku. I pomyśleć, że owa imponująca seria nastąpiła raptem kilka miesięcy po przygnębiającym finale Copa del Rey na Mestalla, w którym różnicę pomiędzy Barceloną i Realem Madryt najdobitniej pokazała sytuacja z 85. minuty. Atletyczny Gareth Bale wykorzystał błąd w ustawieniu Marka Bartry, a następnie pomyłkę José Manuela Pinto, i zdobył gola na wagę finalnego zwycięstwa. Wspomniane wydarzenie niosło w sobie niezwykłą symbolikę, bo Barça była wówczas osłabiona kontuzjami (w miejsce Bartry zagrałby z pewnością Gerard Piqué), pogrążona w marazmie, bez siły mentalnej i głodu zwycięstw, Bale zaś uosabiał cały team Los Blancos - przekonany o swoich umiejętnościach, energiczny i nadzwyczajnie silny. Po ostatnim gwizdku tamtego finału płakał tylko Bartra. Być może dlatego, że już wówczas zdawał sobie sprawę z popełnionego błędu, ale równie prawdopodobne, że to jemu zależało na tym trofeum najbardziej. A pocieszał go Carles Puyol…

Jak wiele zmieniło się od tamtego czasu najlepiej obrazuje sposób, w jaki Barcelona sięgnęła przed tygodniem po Copa del Rey. Od początku narzuciła swój styl i sposób gry, nie pozwalając rywalowi na zbyt wiele. Golem dla Dumy Katalonii pachniało na Camp Nou już wcześniej, ale w 20. minucie, kiedy Leo Messi przyjął piłkę przy linii bocznej boiska, mało który z kibiców spodziewał się, że za chwilę Barça otworzy wynik meczu. Rok wcześniej Argentyńczyk nie byłby w stanie przeprowadzić takiej akcji, z wielu względów, także tych pozaboiskowych. Tym razem w jednym, 11-sekundowym popisie zmieścił 5 dryblingów, 16 dotknięć futbolówki oraz 52 przebyte metry. Można wyobrazić sobie co by się stało gdyby ktoś, w niełatwy do wytłumaczenia sposób, przeniósł bramkę strzeżoną przez Iago Herrerína np. w okolice Sagrada Familia. Messi, z równą gracją i elegancją, wyskoczyłby z Camp Nou, przebiegł pod nowoczesnymi kolumnami centrum handlowego L'illa i skręcił w Diagonal. Następnie wbiegłby na luksusową arterię Passeig de Gràcia, nie odmówił sobie efektownego zwodu czy kółeczka tuż pod nosem Casa Batlló i La Pedrery, po czym nastąpiłby subtelny zwrot i przez Passeig de Sant Joan oraz Carrer de Sant Antoni Maria Claret. Messi dobiegłby do katedry Świętej Rodziny. Wszystko zwieńczyłby precyzyjny, acz silny strzał w jeden z najwyżej umieszczonych witraży. Nie do obrony.

Lider

Dziś prawdopodobnie czeka nas kolejne, ekstatyczne uniesienie, bo La Pulga jest w gazie. Reprezentant Albicelestes strzelił 5 z 6 ostatnich goli Barcelony, co prowadzi nas do prostego wniosku - w kluczowym momencie sezonu, kiedy licznik rozegranych meczów aż wyje z prośbą o odpoczynek, Messi jest w optymalnej dyspozycji i wciela się w rolę lidera drużyny, na którym zawsze można polegać. Przy tym wszystkim pozwalaja sobie na niepodrabialną szczyptę magii. Zresztą wielkie mecze zawsze były jego specjalnością. W 23 rozegranych w bordowo-granatowych barwach finałach 27-latek zanotował 20 goli i 5 asyst (bilans 15-3-5). W tym miejscu muszę się do czegoś przyznać. Otóż wydawało mi się, że jestem osobą stosunkowo elokwentną, o szerokim wachlarzu słownictwa. Messi sprawia, że już wiem, że tak nie jest. Tylko mi się wydawało, bo po prostu nie znajduję właściwych epitetów do opisania jego harców. Wybacz, Mistrzu.

Dla obu teamów będzie to 8. finał Ligi Mistrzów, ale tylko dla jednego z nich zakończy się on zwycięstwem. Patrząc na statystyki porównawcze występów Barcelony i Juventusu w tegorocznej Champions League, właściwie nie dowiadujemy się niczego odkrywczego. Wykonane kluczowe podania? 106-105 dla Juve. Skompletowane podania ogółem? 6976-5113 dla Dumy Katalonii. Asysty? 26-8 dla ekipy Lucho. Barcelona ma również więcej wykreowanych okazji i strzelonych goli głową, ale za to rzadziej trafia ze stałych fragmentów gry. Podopieczni Luisa Enrique uzbierali więcej interwencji (184-155), przechwytów (175-167) i bloków (36-27), choć mniej aniżeli Stara Dama wybić futbolówki (311-213). Barça straciła więcej goli (10-7), choć oba obozy zachowały po 6 czystych kont.

Z tego statystyczno-liczbowego misz-maszu wyłania się zatem boiskowy rys obu drużyn, który dobrze znamy. Trudno więc odeprzeć myśl o tym, że o rezultacie berlińskiego finału zadecydują mikroskopijne detale. Te przypuszczalnie będą po stronie Barcelony, która niemal na każdej pozycji dysponuje po prostu lepszymi piłkarzami. Pole do merytorycznej dyskusji otwiera się jedynie tam, gdzie po biało-czarnej stronie występują Gianluigi Buffon i - być może - Arturo Vidal (mniej) oraz Paul Pogba (bardziej). To jedyni zawodnicy Starej Damy, którzy po ewentualnym transferze na Camp Nou prawdopodobnie podnieśliby jakość sportową Barçy. Wszystko jednak obwarowane jest pokaźnymi znakami zapytania.

Kiedy pisałem te słowa, nie sądziłem, że culés czeka rok porównywalny do emocjonalnego rollercoastera, na którego końcu jawi się szansa na drugi w historii Barcelony tryplet. Może się jednak okazać, że po potrójną koronę sięgną turyńczycy. Mimo to, Blaugrana już jest zwycięska. I wcale nie idzie o nie tak dawno zdobyte mistrzostwo i Puchar Hiszpanii. Barcelona bowiem wygrała już z najtrudniejszym rywalem - samą sobą, swoimi słabościami, niedostatkami, pułapkami czyhającymi na sytych, pogrążonych w samouwielbieniu mistrzów. Po krótkim okresie smuty Barça znów jest sobą. Niech dziś wieczorem zaspokoi pobudzony na nowo apetyt. Apetyt na chwałę.

Mateusz Bystrzycki, autor książki „Gerard Piqué. Urodzony na Camp Nou"

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (19)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze