Dzisiejsze wydanie katalońskiego Sportu wyjawia ciekawe informacje na temat owianej już legendą porażki na Anoeta na początku roku, po której w Barcelonie nastąpiło małe trzęsienie ziemi. Choć sami zawodnicy nie przykładają większej wagi do tamtych wydarzeń, przytoczone przez hiszpańskich dziennikarzy fakty mówią zupełnie co innego.
Tajemnicą poliszynela pozostaje fakt, iż podczas jednego z treningów przed meczem z Realem Sociedad Leo Messi i Luis Enrique odbyli kłótnię, której świadkami byli bliscy i znajomi wielu piłkarzy, zasiadający na trybunach Ciutat Esportiva. Nie mogli oni uwierzyć w to, co widzą. Konsekwencją tych wydarzeń była obecność Leo na ławce rezerwowych w spotkaniu z Sociedad wspólnie z kilkoma innymi kluczowymi zawodnikami: Piqué, Neymarem czy Alvesem. Pamiętny mecz na Anoeta zakończył się porażką 0:1 po samobójczym trafieniu Jordiego Alby. Zabolało to szczególnie Messiego, który nie był w stanie pomóc drużynie w drugiej połowie (gdy pojawił się na boisku) odrobić straty do liderującego wówczas Realu Madryt. Na nic zdała się zatem strata punktów przez Królewskich w meczu z Valencią. Ponadto frustrację Leo pogłębiała różnica pomiędzy nim a Cristiano Ronaldo, który po 16 kolejkach ligowych miał na koncie 26 trafień, o 11 więcej niż Messi.
Barçę czekał jeden z najtrudniejszych tygodni w tym sezonie. Jakikolwiek fałszywy ruch mógł spowodować kataklizm. Messi postanowił jednak okazać swój gniew, nie pojawiając się (i nie informując o tym klubu) na dorocznym otwartym treningu na Miniestadi, który zawsze jest wspaniałą okazją dla dzieci, by obejrzeć swoich idoli na żywo. Konflikt Argentyńczyka ze szkoleniowcem przybrał niewyobrażalną postać i Leo był gotów posunąć się do niemal wszystkiego.
Luis Enrique również nie zareagował we właściwy sposób na wybryki cracka Barçy. Dowiedziawszy się o decyzji Leo, wszczął przeciw niemu wewnętrzne postępowanie dyscyplinarne i ukarał go najwyższą możliwą sankcją za „poważne wykroczenie". Wydawało się zatem nieuniknione, że wkrótce konflikt ujrzy światło dzienne. Nawet działacze klubowi zlekceważyli jednak to ostrzeżenie, tłumacząc nieobecność Leo na otwartym treningu „zapaleniem żołądka i jelit", tradycyjną wymówką w świecie futbolu.
Wydawało się jasne, że najwięcej na konflikcie obydwu panów traci Barça jako klub. Dlatego też kapitanowie drużyny z Xavim na czele postanowili zmierzyć się z całą sytuacją. Zarząd również nie pozostał bierny: tuż po zapoznaniu się z całą sytuacją Josep Maria Bartomeu postanowił podjąć odpowiednie kroki. Rozpoczął od zwolnienia dyrektora sportowego klubu Andoniego Zubizarrety, później zaś zwołał wybory nowego prezydenta na lato, tuż po zakończeniu sezonu. Decyzje te miały na celu nie tylko ostudzenie nastrojów w szatni, lecz również uspokojenie otoczenia barcelonismo, coraz bardziej zaniepokojonego docierającymi z Camp Nou plotkami.
Priorytetem pozostawał jednak Messi. W tym przypadku kluczową rolę odegrali kapitanowie drużyny. W poniedziałek 5 stycznia po południu skontaktowali się z napastnikiem Barçy przez telefon. Początkowo jedynie za pomocą wiadomości tekstowych, później zaś w bezpośredniej rozmowie. Leo zrozumiał, że jego postawa wpływa negatywnie na całą szatnię i będzie on musiał zażegnać konflikt, jako pierwszy wykonując gest dobrej woli. Tak też zrobił. We wtorek 6 stycznia drużyna otrzymała dzień wolny, jednak Messi pojawił się w Ciutat Esportiva, by odbyć indywidualny trening. Pokazał tym samym, że zamierza podjąć nadchodzące wyzwania i nie zostawi drużyny w potrzebie.
Tego samego dnia piłkarze zawarli swoisty pakt. Zrobili to przy użyciu WhatsAppa, popularnego komunikatora, nie musząc spotykać się publicznie. Szczególne znaczenie miały dwie wiadomości, które rozesłali między sobą najbardziej doświadczeni zawodnicy. Ich przekaz był o tyle bezpośredni, co szczery. Nie pozostawiał wątpliwości, że drużyna musi zareagować w każdy możliwy sposób. Pierwszy komunikat był jasny i klarowny: „Jeśli będziemy kontynuować naszą pracę w ten sposób, na pewno nic nie wygramy w tym sezonie". Choć taka analiza wielu osobom mogła wydać się przesadzona, była ona w stu procentach trafna. Drużyna nie miała najlepszych odczuć po porażce w pierwszym spotkaniu w 2015 roku, chwilę przed rozegraniem dwumeczu w 1/8 finału Pucharu Króla i na półtora miesiąca przed pojedynkami z Manchesterem City w 1/8 finału Ligi Mistrzów. Jeśli zawodnicy nie podjęliby odpowiednich kroków, wszystko mocno by się skomplikowało. Dlatego też pojawiła się druga wiadomość: „Nie możemy rozegrać kolejnego sezonu bez trofeów". Przekaz był zatem prosty i miał trafić do całego zespołu, przede wszystkim zaś do najbardziej doświadczonych graczy, którzy są w szatni od wielu lat i przeżyli z klubem lepsze i gorsze momenty. Szczególnym czynnikiem mogło tu jednak być wspomnienie minionego sezonu pod wodzą Gerardo Martino, gdy drużyna przegrała walkę o wszystkie możliwe trofea.
Wspomniane wiadomości stanowiły podstawę wewnętrznej umowy zespołu, który postanowił przestrzegać jej pod każdym względem. Drużyna nie mogła pozostawać bezczynna, kibice oczekiwali trofeów. Ostateczna reakcja była godna pochwały: od tamtej pory bilans Barçy to 28 zwycięstw, jeden remis i tylko dwie porażki, co pozwoliło zespołowi do końca zachować szansę na zdobycie wszystkich trzech pucharów. Do wygrania każdego z nich podopiecznym Lucho pozostało po 90 minut.
Komentarze (118)