Barça - Juve: wielki finał pełen podtekstów

Robert Wojtczak

14 maja 2015, 11:33

105 komentarzy

Nie będzie wielkiego hiszpańskiego El Clásico w finale Ligi Mistrzów. Klątwa najważniejszych europejskich rozgrywek trwa i Real Madryt jest kolejny zespołem, który nie obronił Pucharu Europy. Do finału awansował za to Juventus, który po dwunastu latach powraca na salony najlepszych drużyn Starego Kontynentu. Ironii do wyeliminowania Realu dodaje jeszcze fakt, że dwa z trzech goli dla włoskiej drużyny zdobył Álvaro Morata, wychowanek Królewskich oddany bez żalu zeszłego lata za 20 milionów euro.

Część kibiców może pomyśleć, że pojedynek Barcelony z Juventusem nie będzie tak ekscytujący jak Derby Europy, w których dwaj giganci ligi hiszpańskiej łącznie zdobyli do tej pory ponad dwieście goli. Wielka moc ofensywna niekoniecznie może przełożyć się jednak na rzeczywistą atrakcyjność meczu. Historyczny kontekst tych pojedynków sprawia, że często kontrowersje, spięcia czy prowokacje między oboma zespołami wychodzą na główny plan, niekorzystnie wpływając na atrakcyjność widowiska. Teoretycznie, mając za rywala Barcelonę, Juventus może przede wszystkim skupić się na defensywie, co również nie poprawi efektowności meczu, ale pojedynek między Blaugraną i Starą Damą naznaczony jest wieloma dodatkowymi kontekstami, które mocno podnoszą oczekiwania względem tego spotkania.

Marcelo Zalayeta – kat Barcelony z sezonu 2002/03

Ostatni raz oba zespoły grały ze sobą w sezonie 2002/03 w ćwierćfinale Ligi Mistrzów.  W pierwszym spotkaniu w Turynie padł remis 1:1 po golach Paolo Montero i Javiera Savioli. Rewanż w Barcelonie lepiej rozpoczęli rywale, którym prowadzenie dał Pavel Nedved, ale trzynaście minut później do wyrównania doprowadził Xavi Hernández. Barcelona miała wiele dogodnych okazji do zdobycia goli, nie pomagał także sędzia, nie odgwizdując dwóch rzutów karnych po zagraniu ręką Thurama i faulu na Mendiecie. Dodatkowo od 77. minuty Juve grało w dziesiątkę po czerwonej kartce dla Edgara Davidsa. Mimo to zespół Marcelo Lippiego przetrwał falę szaleńczych ataków i w 24. minucie dogrywki Zalayeta strzelił gola na wagę awansu do półfinału.

Zmierzch Legend, czyli pojedynek Xaviego i Pirlo

W pierwszej dekadzie XXI wieku można wyróżnić trzech wielkich piłkarzy, którzy dzielili jedną cechę, mocno definiującą ich cały styl gry: Xavi Herdnandez, Andrea Pirlo i Paul Scholes. Całą trójkę charakteryzował kapitalny przegląd gry na boisku i umiejętność dyrygowania linią pomocy swojej drużyny. Ostatni z nich zakończył karierę dwa lata temu, a pozostała dwójka zmierzy się ze sobą 6 czerwca na Olympiastadion w Berlinie. Dla obu będzie to prawdopodobnie ostatni tak ważny mecz w karierze, ale niestety tylko jeden będzie wspominać go jako wielki triumf.

Suárez kontra Chiellini i Evra

Kto mógł przypuszczać rok temu, że w finale Ligi Mistrzów Luis Suárez spotka się z dwoma piłkarzami, przez których narobił sobie najwięcej kłopotów w całej swojej piłkarskiej karierze. W 2011 roku podczas meczu Liverpoolu z Manchesterem United Urugwajczyk kierował rasistowskie obelgi w kierunku Francuza, za co w konsekwencji otrzymał karę 40 tysięcy funtów i osiem meczów zawieszenia. Atmosfera pomiędzy oboma piłkarzami pozostaje napięta, gdyż w pierwszym spotkaniu po tamtej sytuacji Suárez nie podał ręki Evrze podczas przedmeczowego przywitania między zespołami.

Z Giorgio Chiellinim Suáreza łączy jedna z najgłośniejszych kontrowersji w świecie futbolu. Podczas grupowego meczu ostatnich mistrzostw świata między Urugwajem i Włochami Suárez ugryzł obrońcę Juventusu. Śledztwo w tej sprawie wszczęła Komisja Dyscyplinarna FIFA, która zwiesiła napastnika na dziewięć meczów reprezentacyjnych, zakazała mu jakiejkolwiek aktywności futbolowej przez cztery miesiące i nałożyła na niego grzywnę w wysokości 100 tysięcy franków szwajcarskich. Relacje między Suárezem i Chiellinim są jednak zgoła odmienne. Urugwajczyk oficjalnie przeprosił za swoje zachowanie, a Włoch przyznał, że kara dla jego rywala była zbyt surowa.

Luis Enrique w pogoni za legendą Pepa Guardioli

Kiedy w 2009 roku w Rzymie Barcelona pokonała Manchester United i skompletowała potrójną koronę, Josep Guardiola na stałe wpisał się złotymi literami do annałów historii katalońskiego klubu. Późniejsze sukcesy wyniosły go tylko na jeszcze wyższy piedestał, ale kurs na ten sam szczyt obrał już Luis Enrique. Lucho jeszcze niczego nie wygrał, ale trzy zwycięstwa dzielą jego zespół od powtórzenia wielkiego sukcesu sprzed sześciu lat. Barcelona w tym sezonie wyrównała już rekord 47 zwycięstw z sezonu 2011/12, rozegrawszy dziewięć meczów mniej. Sceptycy deprecjonują rolę trenera, głosząc, że zarówno Barça Pepa, jak i aktualny zespół to głównie zasługa geniuszu Leo Messiego, który będąc w formie, prowadzi drużynę do największych triumfów. Warto jednak wziąć pod uwagę chociażby poprzedni sezon pod wodzą Gerardo Martino, by zauważyć, że nawet najlepsi piłkarze sami nie stworzą kolektywu bez lidera, jakim jest odpowiedni szkoleniowiec.

Szósty mistrz europejski w kolejce do pokonania

Nawet bez dokładnej analizy wszystkich meczów Ligi Mistrzów w historii można wyciągnąć wniosek, że Barcelona miała jedną z najtrudniejszych dróg, o ile nie najtrudniejszą spośród wszystkich dotychczasowych finalistów, do finału tegorocznej edycji Champions League. Już w fazie grupowej Barça była lepsza od mistrza Holandii (Ajax) Francji (PSG) i Cypru (APOEL). W fazie pucharowej doszedł jeszcze mistrz Anglii (Manchester City) i Niemiec (Bayern Monachium). Do ostatecznego triumfu pozostał jeszcze tylko mistrz Włoch Juventus FC. 

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (105)

Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze