W ciszy stadionu. Skuteczność napastników jedyną nadzieją Barçy

Challenger

17 kwietnia 2015, 17:31

własne

95 komentarzy

Paryski ćwierćfinał nie był ani trochę jak "manita" czy dwukrotne pokonanie United w finałach Ligi Mistrzów. Barça nie kontrolowała całego meczu. Nie musiała. Kontrolowała to, co kontrolowała. Fragmenty w ataku (w tym kilka świetnych). Fragmenty w obronie (plus kilka panicznych). Wygrała 1:3. Zostawiła rywala w dumie ze swojego występu i rozczarowaniu rezultatem. Praktycznie bez szans na awans. Taki jest futbol. Taka jest "nowa Barca".

Był jak ostatnie „Wielkie Derby”, dwumecz z City albo rywalizacja z Atléti w Pucharze Króla. Swoją postawą w obronie Barça zrobiła dużo by przegrać z Realem. Wygrała. W odróżnieniu od świetnego meczu ligowego „Duma Katalonii” cierpiała w obu pucharowych starciach z „Colchoneros”. Awansowała. Zmarnowała karnego z Anglikami na Etihad, wybroniła „jedenastkę” w rewanżu i paroma cudami (nie jednym!) zatrzymała bilans straconych goli tego dwumeczu na jednym. Co innego podkreślały media zapatrzone w suche wyniki obu spotkań z City, swoje widziałem.

Można mówić wiele o środowym wyniku z Paryża. Moim zdaniem najbliższe prawdy jest to, że z przebiegu gry, sumy wypracowanych sobie okazji jest to rezultat tak niesprawiedliwy dla ludzi Blanca jak tylko może być. Mając na myśli zmarnowane okazje PSG jest sobie samo winne, ale okropnych błędów Barçy to nie anuluje!

FCB miała półtorej okazji i strzeliła 3 gole. Ile doskonałych okazji na bramkę – część z własnych zasług (Pastore!), większość podarowana pomyłkami gości – miało PSG? Z pięć albo więcej. Czyste konto ratowali Masche, ter Stegen i Mathieu, w innych sytuacjach PSG szokowało ofensywną niezdarnością.

W osobie Ibry, Verrattiego, Motty, Luiza i po kwadransie Thiago Silvy paryżanie stracili przede wszystkim pewność gry, determinację, zuchwałość ataków. Tymi cechami wyrzucili za burtę Chelsea!

Ich brak bił w środę po oczach w każdej zmarnowanej szansie Cavaniego, Pastore, Lavezziego i Rabiot. To, jak wyjście czterech na jednego w kontrze nie skończyło się golem – wie tylko Javier Mascherano. Swoją drogą, największy defensywny babol Barçy tego sezonu jakoś umknął obserwatorom, bo hejjj, Barça wygrała 3:1.

Tych błędów na przestrzeni sezonu była już cała masa. Dzisiejsza Barça ma kilka wad i parę słabości. Jednak umie wygrywać pomimo nich. Ukąsi rzadziej, nie umie już okrążać przeciwnika jak sfora lwów antylopę. Ale jak kąsa – to celnie. Mówiąc po piłkarsku: co Barça ma z meczu, wykorzystuje bezwzględnie. Różne potyczki ligowe, Atlético x2, Real u siebie, City x2, PSG na koniec grupy i PSG dwa dni temu – mecze na styku, bitwy, które może wygrać i przegrać każda ze stron. Wszystkie wygrane przez Barçę z cynizmem przywołującym na myśl Real Juande Ramosa i CFC lub Inter Mourinho.

Ile jeszcze? Czy do końca sezonu zobaczymy więcej meczów jak z Sevillą, kiedy Barça prosi o karę i ponosi ją zasłużenie? Niekoniecznie. Tych trzech gości czuje się w swoim towarzystwie coraz lepiej. W samą porę. Dla takiej FC Barcelony – z mającą wspaniałe momenty, lecz za często rozdającą rywalom prezenty obroną, i chimeryczną pomocą – obecność w napadzie Messiego, Neymara i Suáreza przestaje być atrakcją dla fanatyków Football Managera. Staje się głównym atutem ekipy, która myśli o wszystkich trofeach wiosny.

Mniejsza o sumę jakości i spójność gry wzajemnej, mam na myśli pewność z jaką wykorzystują okazje podbramkowe w decydujących momentach ważnych meczów.

Ostatnie rogaliki Messiego, okazje Suáreza, gol Neymara na otwarcie środowego wieczoru – ta Barcelona już nie potrzebuje setki okazji na zdobycie gola. Gra ekonomiczniej. Wie jak obejść się bez pomocników w definicji jaka obowiązywała tu od lat. Potrafi przetrwać szczerą kanonadę rywala i z boksera na linach przeobrazić się momentalnie w zwycięzcę przez nokaut. I dla Barçy grającej w taki sposób - skuteczność napastników jest absolutnie kluczowa.

Starcie z drużyną Laurenta Blanc było kolejnym epizodem tej kampanii, kiedy pod własną bramką Barça ratowała się w sytuacjach szczerze beznadziejnych by za chwilę dynamicznym przejściem do ataku zbesztać rywala golem i objąć prowadzenie. To trzeba umieć!

Ogląda się to z zaskoczeniem, bo mówimy przecież o ekipie, która wyspecjalizowała się przez lata w „pięknym przegrywaniu”. Ostatnio z taką łatką zostawia swoich rywali. Po Klasyku gracze Realu wyglądali jakby pokonali ich oni sami sprzed dwóch sezonów. City oklapło ligowo, bo do dziś zastanawiają się w szatni jak to możliwe, że nie odnieśli z Barçą choć jednego remisu.

Albo PSG. Mecz, w którym defensywa Katalończyków grała momentami katastrofalnie i wręczyła gospodarzom na tacy co najmniej 3 dwustuprocentowe okazje do przerwy - tym bardziej uwypukla, że ta Barça potrafi grać najbardziej wyrachowaną piłkę ze wszystkich ostatnich 7 lat. Czy to komplement? To zależy od bilansu sezonu.

Niezależnie odeń, to na pewno świetna wiadomość dla Messiego i całej drużyny. Na kluczowym etapie tego sezonu Argentyńczyk i cała ofensywa zyskali podbramkowe wsparcie jakiego szukano od 3 lat. Kupując Suáreza i zachęcając Leo do opuszczenia środka ataku, Lucho nareszcie przywrócił Barcelonie różnorodność w ataku. A przy okazji nauczył Barçę grać zaskakująco – uzupełniając model gry o kontry, stałe fragmenty gry i długie przerzuty piłki. Trzeba przyznać, efekty są chwilami zdumiewające.

Symbolem zmian jest też Rakitić. W jego DNA nie ma śladu La Masíi. Chorwat nie dba o to „jak”, po prostu przekazuje jak najszybciej piłkę magom ataku. Oni zajmują się resztą.

Wracając do tercetu Leo-Ney-Luis, to najlepsze jest w nim, że każdy może być podającym i każdy może być egzekutorem. Wykończenie Brazylijczyka i Urugwajczyka w najwazniejszych meczach ostatnich tygodni jest fenomenalne. To w wykorzystywaniu okazji w decydujących chwilach widzę dziś siłę Katalończyków. Ta Barça kreuje sobie mniej okazji, więc musi być skuteczniejsza. Ney i Luis to gwarantują. Ostatnimi meczami przyzwyczajają, że pierwsza okazja to pierwszy gol. W przypadku trafienia Suáreza z Realem – jedyna taka w meczu.

Neymar i Suárez wykonują swe zadania skuteczniej niż kiedykolwiek robili to Alexis i Pedro. Jak w Paryżu, są zawsze pod ręką aby odciążyć Leo z odpowiedzialności za wynik. Doceni to każdy culé stawiający w ataku dywersyfikację wyżej niż dependencię. Doceni to każdy fan futbolu radosnego. Współpraca, spójność, wymienność pozycji Neymara, Messiego i Suáreza są jednocześnie pozornie chaotyczne i przemyślanie piękne. Jak ruchy pędzlem Dalego albo Basquiata.

Oglądanie tego co robią na boisku jest przywilejem. Przyjemnością. Czystą radochą. I jednocześnie bezwzględną koniecznością. Tak jak „nie miał innego wyjścia” krygujący się po meczu Suárez, niemal przepraszający Davida Luiza za dwukrotne ośmieszenie go w swoich akcjach bramkowych, tak nie ma innych argumentów „Duma Katalonii” w drodze po sukcesy tego sezonu.

Popisy trójki napastników okażą się niczym więcej jak sztuką dla sztuki jeśli nie dadzą trofeów. Barça potrzebuje jak najwyższej skuteczności swoich strzelb aby zabezpieczyć wynik przed ograniczeniem ofensywnej roli pomocy i klopsami obrońców dużo częstszymi niż padające z nich bramki dla przeciwników. Zespół wciąż się tego uczy. Postępy są i cieszą.

Skuteczność – no jasne, to ma dwa końce. Nawiedza napastników znienacka, opuszcza ich bez znieczulenia. Wydawałoby się, że nie ma w piłce zagadnienia, które byłoby bardziej zdradliwe dla wielkich aspiracji. A widzieliście ostatnio Messiego, Neymara i Suáreza w akcji? Z nimi w tej formie upiór nieskuteczności redukowany jest do minimum. Jak nie trafi jeden, to drugi, jak nie drugi to trzeci.

Gole obrońców są ważne i mają moc wygrywania meczów. Systematyczność napastników przekłada się na trofea. Jest koniec kwietnia. Atak Barçy jest trzygłowym potworem.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (95)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze