Dzisiaj o godzinie 20:45 Barcelona stanie do pierwszego boju o siódmy na przestrzeni ostatnich ośmiu lat półfinał Ligi Mistrzów. Wbrew napływającej z Wysp Brytyjskich opinii, to ciągle najważniejsze i najbardziej prestiżowe rozgrywki klubowe świata. Ekipa Luisa Enrique postara się zaleczyć ciągnącego się od soboty kaca po słodko-gorzkim meczu z Sevillą, zaś dobrze znany barcelonismo Paris Saint-Germain zadba o kolejny po zdobyciu Pucharu Ligi Francuskiej powód do radości. Jak więc zagrać, aby wygrać i do rewanżu na Camp Nou przystępować z uśmiechem na ustach?
Szykowni, dostojni Francuzi lubią podpierać swoje życiowe wybory mądrościami starych przysłów. W Parku Książąt szczególnie upodobali sobie dwa powiedzenia: „By być wielkim, trzeba było najpierw być małym”, a także „Człowiek bez pieniędzy jest niczym wilk bez zębów”. Paris Saint-Germain już dawno temu przestał być brzydkim kaczątkiem, dziś to atrakcyjna dama, chcąca podbić wszystkie serca na salonach europejskiego futbolu. Nie tak przecież dawno, bo przed dwoma laty, drogę do półfinału Ligi Mistrzów zagrodziła paryżanom Barça Tito Vilanovy. Nie obyło się bez przeszkód, bo przecież jedynie bramki zdobyte w stolicy Francji pozwoliły Blaugranie na upokarzającą konfrontację z Bayernem Monachium. Rok później triumfalny marsz PSG po Starym Kontynencie szczęśliwie zatrzymała Chelsea. Okazja do słodkiej zemsty pojawiła się niemal równo rok później. Dramatyczny dwumecz 1/8 finału tym razem zakończył się korzystnie dla ekipy prowadzonej przez byłego piłkarza Barcelony Laurenta Blanca. W kolejnym starciu z The Blues ekipa z Parc des Princes, tak w pierwszym, jak i drugim pojedynku, była stroną lepszą, dominującą i przeważającą. Można było odnieść wrażenie, że PSG odrobił lekcje z niedalekiej przeszłości, z ubiegłorocznej porażki wyciągając odpowiednie wnioski.
Uczucie déjà vu nie ominęło również Barcelony, która podobnie jak przed rokiem zmierzyła swoje siły z Manchesterem City. I podobnie jak wówczas bezwzględnie obnażyła braki ciągle jeszcze aktualnego mistrza Anglii. Łatwo jednak przypuszczać, że nadchodzący bój z pozłacaną zabawką Nassera Al-Khelaïfiego nie będzie stopniem trudności przypominać starcia z Obywatelami. Już dwa mecze w fazie grupowej pokazały, że historia pojedynków obu ekip nie kłamie - PSG nigdy nie był łatwym rywalem dla Barçy. I tak też będzie w środowy wieczór.
Nawet biorąc pod uwagę fakt, że po stronie gospodarzy zabraknie powracającego do dobrej dyspozycji Zlatana Ibrahimovicia, „odkurzacza środka pola” Marco Verrattiego, Thiago Motty i Serge'a Auriera (nie wiadomo, czy zagra David Luiz, który dostał powołanie). W ich miejsce Blanc oddeleguje ludzi zdolnych wyrządzić Barcelonie niemałą krzywdę, ale nie zmienia to jednak faktu, że PSG przystąpi do spotkania z Blaugraną bez zębów trzonowych. Bo Verratti i Zlatan to kręgosłup drużyny, która mknie w tym sezonie po wszystkie możliwe do zdobycia trofea. Dość powiedzieć, że Verratti od dawna jest obiektem westchnień wielu culés, którzy w młodym Włochu upatrują wzmocnienie ledwie dyszącej drugiej linii Barçy. Śmiem twierdzić, że jego absencja w meczu na Parc des Princes może być kluczowa w kontekście promocji do dalszych gier w Champions League. Bo wychowanek Pescary to dziś jeden z najlepszych defensywnych pomocników świata. Silny, choć niepozornie niski, szybki, zwinny, doskonale wyszkolony technicznie, agresywny, skuteczny w odbiorze, dla rywala wyjątkowo nieprzyjemny. Ponadto, 22-latek dysponuje świetnym krótkim i długim podaniem, efektywnie reguluje tempo gry, a jego czytanie boiskowej sytuacji i przegląd pola robią kolosalne wrażenie. Czasem nieodpowiedzialnie nadużywa dryblingu (to cudowne krótkie prowadzenie piłki przy stopie…) w niebezpiecznych dla drużyny strefach, z czego biorą się głupie straty i faule. Mimo to, jego obecność w pierwszym spotkaniu uzasadniałaby postawienie w drugiej linii na Javiera Mascherano, ale szczęśliwie dla Barcelony Włoch musi odcierpieć swoją kartkową karencję.
Dlatego o środek pola dla PSG zawalczą Blaise Matuidi i Yohan Cabaye. Zwłaszcza ten pierwszy może przysporzyć Barcelonie sporo kłopotów. Tym bardziej, że w przeszłości dawał się już Blaugranie we znaki, jakby boje z Katalończykami wyzwalały w nim dodatkowe pokłady jakości. Obaj są jednak graczami głównie zorientowani na defensywę i odbiór, mającymi zabezpieczyć środkową strefę boiska przed wrogimi atakami. Co prawda Matuidi potrafi również kreować grę, ale wobec braku Verrattiego i Motty prawdopodobnie w pierwszej kolejności skupi się na uprzykrzaniu życia gościom. Nie zmienia to jednak faktu, że należy uważać na jego przecinające podania, uderzenia z dystansu oraz umiejętność wbiegnięcia w pole karne rywala w drugie tempo, z głębi pola. Cabaye jest mniej groźny, to raczej dość surowy, ale solidny rzemieślnik, dbający o destrukcję i przeszkadzanie przeciwnikowi. Zresztą, Blanc nie ma do 29-latka przekonania i w okolicach Parku Książąt mówi się, że latem tego roku Cabaye wróci do Premier League. Summa summarum, na Matuidiego i Cabaye’a powinni wystarczyć Ivan Rakitić (niestety znów niepokojąco przeciętny i zagubiony) oraz Xavi. W tej chwili nie ma żadnego argumentu przeciwko Generałowi, ale wydaje się, że od pierwszej minuty zagra Iniesta.
I pewnie Barça mogłaby być spokojna o okolice koła środkowego, gdyby nie przypuszczalna obecność w drugiej linii powstającego z kolan Javiera Pastore (być może Argentyńczyk zagra na boku ataku, ale wówczas w pomocy wystąpiłby Adrien Rabiot, co jest raczej wątpliwe, choć to ciekawy piłkarz). 25-latek to pierwszy z głośnych transferów Nassera Al-Khelaïfiego. W 2011 roku paryżanie wyłożyli za wychowanka Talleres blisko 40 mln euro, co prawdopodobnie stanowiło dla jego psychiki trudny do udźwignięcia ciężar. Początki nad Sekwaną Pastore miał obiecujące, ale kolejne miesiące przynosiły nowe rozczarowania i ciągłe utyskiwanie na formę, kwotę transferową i gażę byłego pomocnika Palermo. Ale w tym sezonie Argentyńczyk rozkwitł na nowo. Z 4 golami i 10 asystami na koncie nabrał pewności swoich walorów. Znów czaruje fantazyjnymi dryblingami, zagraniami piętą, ruletami i podcinkami. Dyktuje warunki i tempo gry, piłki rozrzucając ze swobodą niestrudzonego innowatora. Gra jak natchniony, nierzadko ciągnąc na swoich wątłych barkach paryski wózek. Dysponuje świetnym przeglądem pola i uderzeniem z dystansu, które oddaje nierzadko po zejściu z bocznego sektora boiska. W takich chwilach czasem decyduje się także na krótkie, penetrujące podanie między obrońców, na co również należy zwrócić baczną uwagę. Jego ruchliwość oraz ciągłe poszukiwanie piłki i wolnych przestrzeni będą nie lada wyzwaniem dla defensorów Blaugrany. Ale i dla dobrze ostatnio dysponowanego Sergio Busquetsa, który rozgrywając partidazo na Estadio Ramón Sánchez Pizjuán, rozwiał na szczęście wszelkie wątpliwości.
O destabilizację obrony gości, wraz z Pastore, postarają się Edinson Cavani, Ezequiel Lavezzi i powracający po kontuzji Lucas Moura. Urugwajczyka należy wypchnąć z własnego pola karnego i przypilnować w walce o górne piłki. Wówczas nie powinien być groźny, choć piłkarze Lucho muszą uważać na zejścia Lavezziego ze skrzydła do środka. Wówczas Cavani wciela się w rolę odgrywającego i ściągającego na siebie uwagę defensorów. 28-latek potrafi również nieźle huknąć zza linii pola karnego. Odpowiednio zneutralizowany przez Gerarda Piqué nie powinien stanowić zagrożenia porównywalnego choćby z tym, co potrafi nawywijać Zlatan. Wspomniany Lavezzi ma dobrze ułożoną stopę, co pozwala mu na groźne dośrodkowania z bocznych sektorów boiska. Nie jest przesadnie dynamiczny, ale dysponuje interesującym zejściem do środka i dryblingiem. Atutem byłego zawodnika Napoli są z pewnością siła (niski, krępy, mocno trzymający się na nogach) i technika użytkowa. Uwaga na jego krótkie podania i mierzone uderzenia „zza zasłony”. To gracz bardzo trudny do upilnowania, choć nigdy nie był goleadorem. W swojej karierze ani razu nie zdobył dwucyfrowej liczby ligowych goli w sezonie.
Kontuzjowany do niedawna Lucas w sobotę zagrał nieco ponad 20 minut. Brazylijczyk nie naznaczył swojego powrotu efektownym akcentem, ale to piłkarz, o którego klasie zaświadczyć mogą Jordi Alba (pierwszy mecz fazy grupowej) i Jérémy Mathieu (rewanż na Camp Nou). W obu spotkaniach Brazylijczyk wyjątkowo mocno rozbujał defensorów Barcelony. Jest szybki, błyskotliwy i kreatywny, doskonale drybluje i dośrodkowuje, jednocześnie potrafi wykończyć akcje w samym centrum pola karnego lub posłać decydujące, otwierające podanie. W trwającej kampanii zanotował 8 goli i 6 asyst, co, biorąc pod uwagę powracające urazy, jest wynikiem co najmniej dającym do myślenia. Przy próbie powstrzymania 22-latka konieczne jest podwojenie krycia i pomoc w destrukcji ze strony Neymara. W tym kontekście być może należałoby rozważyć grę w wyjściowym składzie Mascherano, który jest bardziej dynamiczny i zwrotny aniżeli Mathieu. Inna sprawa, że trudno zrezygnować z usług dobrze dysponowanego Francuza, tym bardziej, że jego wzrost, siła i umiejętność gry w powietrzu mogą być przydatne w kontekście walki o górne piłki z Cavanim oraz - przy stałych fragmentach gry - Thiago Silvą i Marquinhosem. Tu warto podkreślić rolę środkowych obrońców przy egzekwowaniu rzutów rożnych i wolnych. To z pewnością silna broń w orężu PSG.
Ale drużyna znad Sekwany posiada również słabe punkty. To z pewnością chimeryczny i nierówny Salvatore Sirigu oraz słabo obsadzone boki obrony. Dość powiedzieć, że ostatnio pierwszym wyborem Blanca na prawą stronę był nominalny stoper Marquinhos. To najlepsze świadectwo sportowej jakości Gregory’ego van der Wiela oraz Auriera. Zmiennikiem dla starzejącego się Maxwella jest utalentowany, acz ciągle popełniający sporo błędów Lucas Digne. Przy obiecującej dyspozycji z meczu z Sevillą Neymara oraz oczywistej magii Leo Messiego, właśnie w bocznych sektorach boiskach Barça może stworzyć sobie znaczącą przewagę (plus gra na obieg z Jordim Albą i Adriano). Warto również zwrócić uwagę na fakt, że w duecie Thiago Silva-Marquinhos może zabraknąć niezbędnej chemii i porozumienia, co z kolei prowadzi do błędów komunikacyjnych i braku asekuracji oraz wymienności funkcji. Ponadto, przy uwzględnieniu nowego oblicza Barcelony - bezpośrednia, nierzadko oparta na kontratakach gra - po minięciu dwoma, trzema podaniami duetu Matuidi-Cabaye goście mogą zyskać wolną przestrzeń przed polem karnym Sirigu. Być może warto zlecić Rakiticiowi częstsze próby oddawania strzałów z dystansu.
Powyższe założenia i wnioski nie zmieniają podstawowego kryterium. Otóż to goście powinni narzucić swój styl i sposób gry, nadać meczowi pożądany przez siebie kształt tak, by móc go w pełni kontrolować. Bez charakterystycznego i ciągle powracającego wyciągania ręki do przeciwnika i głupich błędów indywidualnych, bez wdawania się w wymianę ciosów i oddawania inicjatywy i - wreszcie - bez niewykorzystanych okazji do zamknięcia meczu (a najlepiej dwumeczu, panie Suárez). Odpowiednia analiza ostatnich występów Barcelony powinna zaowocować grą, jaką zobaczyliśmy w pierwszych 35 minutach rywalizacji w Andaluzji. To był futbol z innej bajki, nieosiągalny dla żadnej innej drużyny świata. Nawet biorąc pod uwagę wszelkie niedostatki Barçy, z których przecież wszyscy zdajemy sobie sprawę. Barcelona jest ekipą o klasę, a biorąc pod uwagę spodziewane absencje po stronie gospodarzy, o dwie klasy lepszą niż PSG, a więc ze sportową złością i chęcią odegnania sobotnich upiorów podopieczni Luisa Enrique już dziś mogą wypracować sobie dobrą zaliczkę. W końcu Francuzi mają jeszcze jedno intrygujące przysłowie, o którym warto pamiętać. „Á bon entendeur salut”, czyli „Kto zrozumiał, niech korzysta”.
Mateusz Bystrzycki, autor książki „Gerard Piqué. Urodzony na Camp Nou”.
Komentarze (19)