Barcelona jedzie na Ramon Sánchez Pizjuán po swoje ósme ligowe zwycięstwo z rzędu. Dla Sevilli może być to z kolei szósta kolejna wygrana w Primera División. I choć historia pojedynków Katalończyków z ekipą Palangany pokazuje, że gra z Sevillą piłkarzom Barçy wybitnie leży, nie można dać się zwieść. Estadio Ramon Sánchez Pizjuán nie było, nie jest i nie będzie łatwym terenem. Dla nikogo.
Jest o co walczyć
Obie drużyny znajdują się w newralgicznej fazie sezonu, w której będą musiały sobie poradzić z grą na dwóch frontach. Gdzieś w podświadomości barcelonistów znajduje się już z pewnością dwumecz z Paris Saint-Germain. Podopieczni Unaia Emery'ego muszą rozłożyć siły pomiędzy ligą a walką o Ligę Europy z Zenitem Sankt Petersburg. Jednak krajowych rozgrywek nikt nie odpuści, także Sevilla. Andaluzyjczycy, choć są ekipą stworzoną do rywalizacji w pucharach, z pewnością nie postawią wszystkiego na jedną kartę i będą walczyć o zakwalifikowanie się do Ligi Mistrzów dzięki pozycji w tabeli. Szansa na to jest ogromna – znajdujący się za plecami Sevilli Villarreal traci do niej aż 11 punktów, zaś Valencia, w tej chwili ostatnia drużyna w strefie Champions League, wyprzedza Palanganę o zaledwie jeden punkt.
Obaj trenerzy będą mogli na spokojnie przemyśleć składy na 31. kolejkę, także w kontekście późniejszej rywalizacji w europejskich pucharach. Na korzyść Lucho i Unaia przemawia łaskawość losu, która obu ekipom oszczędziła kontuzji kluczowych zawodników. Do składu Barçy wraca Jordi Alba, który otrzymał właśnie zielone światło do gry, zaś w ostatnim treningu Sevilli wziął udział M'Bia, który także będzie mógł wystąpić w sobotnim meczu. W składzie Palangany nie brakuje już żadnego zawodnika z pola i jedyną absencją jest Beto, którego zastępuje aktualnie Sergio Rico. Mimo to, podczas ostatniego treningu Unai Emery postanowił sprawdzić aż dziewięciu zawodników z cantery. Kto wie, co Bask szykuje na spotkanie z Barceloną i czy któregoś z młodych sevillistas nie spotka prezent w postaci debiutu?
Rekordy chlubne i niechlubne
Jeśli Emery planuje posłać przeciwko liderowi La Liga chłopaków z cantery, nie powinno to nikogo znacząco zdziwić. W końcu baskijski szkoleniowiec słynie z szaleństwa; słynie też jednak z tego, że kompletnie nie umie umie sobie poradzić z Barceloną. To właśnie Unai dzierży niechlubny rekord szkoleniowca z La Liga, którego drużyny najwięcej razy w historii starły się z Barceloną, nie pokonując jej. Bask prowadził Valencię, Almeríę, czy Sevillę. Jego zespoły grały z Katalończykami czternastokrotnie i aż dziesięć razy przegrały. Emery'emu pomysłów nie brakuje, chwilami ma ich nawet zbyt dużo, jednak na Barcelonę nie jest w stanie znaleźć tego jednego, ale skutecznego.
Ze znacznie milszymi rekordami Sevilla kojarzy się Barcelonie, w szczególności zaś Leo Messiemu. To w meczu z Andaluzyjczykami w zeszłym roku pobił on rekord Telmo Zarry (czy też raczej pierwszy z rekordów Telmo Zarry, jakie przyszło mu pobić). Tym samym został najlepszym snajperem w historii La Liga. Do tego osiągnięcia niebagatelnie przyczyniła się sama Sevilla, której w swojej karierze Argentyńczyk wbił aż 21 bramek.
To już historia
Nie tylko Messiemu, ale też całej Barcelonie Palangana powinna się kojarzyć pozytywnie. Od czasów Superpucharu w 2010 roku, gdy sevillistas sprawili Barcelonie znaczące kłopoty, wygrywając pierwszy mecz 3:1, oraz późniejszego sezonu, w którym urwali Katalończkom dwa remisy, spotkania z drużyną z Sánchez Pizjuán były dla Barçy przyjemnością. Na tę chwilę Barcelona może się poszczycić sześcioma wygranymi z rzędu w starciach z Sevillą, z których wszystkie zostały rozegrane w ramach La Liga.
Ten medal ma jednak drugą stronę. W historii wszystkich spotkań, jakie te drużyny rozegrały pomiędzy sobą na obiekcie Sevilli, gospodarze zwyciężali aż w 40% przypadków. Jeśli dodać do tego remisy, okazuje się, że Katalończycy wyjeżdżali z Sewilli z uszczuploną pulą punktową w aż 65% spotkań. To już historia, jednak czy Sevilla nie zacznie pisać nowej? De facto już to zaczęła. Podopieczni Unaia Emery'ego od czternastu miesięcy nie przegrali na swoim stadionie. Czternaście miesięcy i 22 mecze ligowe, z których 17 zakończyło się zwycięstwem, pozostałe zaś remisami. W tym czasie na Estadio Ramon Sánchez Pizjuán poległy między innymi Real Madryt, Villarreal czy Athletic Club. Ta imponująca passa rozpoczęła się tuż po... porażce z Barceloną. Tak, 4:1, które w lutym zeszłego roku barceloniści zaaplikowali Sevilli, było jej ostatnią porażką na swoim stadionie. Od tego czasu drużyna Luisa Enrique pozostaje jedynym brakującym elementem w zwycięskiej układance ekipy z Andaluzji.
Nic dziwnego, że po raz pierwszy od Derbi Sevillano w 2008 roku w kasach na Sánchez Pizjuán zabrakło biletów.
Komentarze (1176)