El Clásico już dawno nie miało takich rumieńców. Barcelonę i Real Madryt przed bezpośrednim starciem dzieli zaledwie jeden punkt. Choć liga jest jeszcze długa i szeroka, zaś ostateczna kwestia mistrzostwa Hiszpanii z pewnością nie zostanie rozstrzygnięta w tym meczu, to wywalczenie pozycji lidera będzie dla zwycięzcy ogromnym handicapem. Tym razem stawką są nie tylko trzy punkty w tabeli, ale także presja, z jaką przyjdzie rozegrać resztę sezonu temu, kto polegnie na Camp Nou.
W Klasyku remis nigdy nie jest wynikiem, o którym marzy którakolwiek ze stron. W rywalizacji Barcelony i Realu jest zbyt wiele dumy, by podział punktów można było przyjąć jako sukces. Tym razem jednak byłby to wyjątkowo niefortunny wynik dla obu drużyn. Jeżeli Real nie odniesie zwycięstwa na Camp Nou, pozostanie zależny od potencjalnych potknięć Barcelony. Barça z kolei cieszy się strefą buforową jednego punktu, choć z pewnością nie można jej nazwać bezpieczną przewagą. Biorąc jednak pod uwagę dyspozycję obu drużyn w ostatnim czasie, remis w El Clásico byłby dla Katalończyków de facto porażką, przynajmniej pod względem mentalnym.
Wzloty, upadki, upadki i upadki
Dla Realu i Barcelony istnieje co najmniej jeden wspólny mianownik. Oba zespoły potrafią niekiedy być same dla siebie najgroźniejszym przeciwnikiem. Oba miewają, niemalże co sezon, momenty, w których ospałej i rozleniwionej drużynie potrzebny jest kubeł zimnej wody. Dla Barçy takim spotkaniem była porażka z Realem Sociedad, do której do dziś zawodnicy odwołują się, określając ją jako punkt zwrotny tego sezonu. Potem zdarzyła się jeszcze wpadka z Málagą, jednak odniosła ona skutek podobny do przegranej na Anoeta. Piłkarze Lucho przystąpili do kolejnych meczów ze zdwojoną uwagą i zwielokrotnioną motywacją. Gdy Real Madryt zremisował z podopiecznymi Marcelino Garcíi Torala, wydawało się, że historia potoczy się podobnie. Tym razem jednak kubeł zimnej wody nie ma dna i leje się na głowy Królewskich aż do teraz. Porażka z Athletikiem pozbawiła piłkarzy Carlo Ancelottiego fotela lidera, zaś obrazu sytuacji w madryckim klubie dopełnił przegrany 3:4 mecz z Schalke. Choć Los Blancos, bez wątpienia szczęśliwie, awansowali do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, to jednak niesmak pozostał. Pozostały też wątpliwości, których wygrany 2:0 mecz z outsiderem La Liga bynajmniej nie był w stanie rozwiać.
W porównaniu z Madrytem Ciutat Condal wydaje się obecnie idyllą. Fotel lidera, o którym jeszcze niedawno nikt w Barcelonie nie marzył przed El Clásico, pewny awans do ćwierćfinału Ligi Mistrzów z Manchesterem City... I jeszcze ten Messi, który jest sobą tak bardzo, jak nie był już dawno.
Pojedynek, którego nie unikniemy
No właśnie, odkąd Cristiano Ronaldo dołączył do Realu Madryt, nie jesteśmy w stanie uniknąć dodatkowego podtekstu Klasyku. W wypadku konfrontacji dwóch cracków różnica formy wydaje się co najmniej tak samo widoczna, co w przypadku ich drużyn. O tym, że Leo Messi dogoni Cristiano w klasyfikacji Pichichi, jeszcze niedawno nikt nie śmiał głośno mówić. Tymczasem stało się to faktem, Leo punktuje i to niebagatelnie. Widowiska, jakie zapewnił choćby w spotkaniach z Eibarem czy City, stały na najwyższym poziomie. A Portugalczyk? Wciąż jeszcze ciągnie się za nim sprawa nieszczęsnej imprezy urodzinowej, wyrzuty kibiców i strzelecki pech. Tym samym presja, z jaką Cristiano przystąpi do El Clásico, wydaje się ogromna, niepomiernie większa względem tej, która ciąży na Messim. Tu jednak pojawia się pułapka, której musi się wystrzegać nie tylko Leo, ale też cała Barça. Choć byłoby naiwnością nie widzieć Katalończyków w roli faworytów, to jednak do meczu na Camp Nou muszą oni przystąpić z niezwykłą ostrożnością. To Klasyk i jeśli Real ma się podnieść z kolan, to będzie chciał to zrobić właśnie teraz.
Pod znakiem tridente
To będzie pierwsze El Clásico, w którym tak naprawdę wystąpi barcelońskie tridente z Ameryki Południowej. W rzeczywistości Luis Suárez, który debiutował w ostatnim Klasyku, dopiero niedawno stał się realną częścią drużyny. Urugwajczyk po długim zawieszeniu i nieprzepracowanym presezonie nareszcie miał okazję do aklimatyzacji w systemie gry Barçy. Po dość długim okresie narzekań kibiców i prasy oraz niewspółmiernych do sytuacji wymagań Luisito wreszcie wywalczył sobie regularność. To dobry moment na test w meczu, jakim jest El Clásico. Pytanie czy powinniśmy się martwić o „N” z MNS. Łatwość, z jaką Neymar marnował okazje bramkowe w meczu z City, była porażająca, wydaje się jednak, że w kontekście spotkania z Realem może to podziałać jedynie motywująco. Tak samo jak niezwykle skromny w odniesieniu do jakości gry wynik pojedynku z Obywatelami.
Nie ma powodów do przesadnej kurtuazji: Barça jest faworytem tego Klasyku. Z kosmiczną formą Leo Messiego i dobrą passą ostatnich spotkań, na tle borykającego się z problemami Realu, Katalończycy wypadają lepiej. Klasyk to jednak Klasyk i fakt, że przystępujemy do niego w takich okolicznościach, nie oznacza, że Barcelonie będzie łatwiej. Może być wręcz przeciwnie. Real jest pod ścianą, będzie zdesperowany i gotów na wszystko, by wydostać się z tej sytuacji. Mecz z tak arcyważnym przeciwnikiem to dla Barcelony ostateczny test na ten sezon. Nie tylko w kontekście walki o mistrzostwo Hiszpanii, ale także o Ligę Mistrzów, w której Blaugranie przyjdzie się mierzyć z najlepszymi drużynami Europy. Mimo kłopotów Real znajduje się w tym gronie, a Barça ma okazję udowodnić, że stać ją na zwycięstwo z każdym.
Komentarze (2113)