Przy Canaletes mówią. Anioły i demony

Mateusz Bystrzycki

26 lutego 2015, 12:48

55 komentarzy

Jestem zły. Wczoraj targała mną wściekłość, dziś pozostało już tylko, wywietrzałe nieco, rozdrażnienie pomieszane z irytacją. I poczucie niedosytu. Barça wygrała z Manchesterem City tylko 2:1. A mogła i powinna wyżej. To jednak symptomatyczne, bo świadczy o oczekiwaniach względem ekipy Luisa Enrique. I jej niebotycznych możliwościach. Możliwościach, które mogą wywindować Blaugranę aż do berlińskiego finału Ligi Mistrzów.

Mogą, ale nie muszą. Jeśli Barça chce marzyć o uczestnictwie w finale Champions League, powinna ustrzec się regularnie powracających błędów i bolączek. Przedwczoraj na Etihad Stadium Blaugrana przywołała swoje anioły, ale i demony. Druga część spotkania była w wykonaniu podopiecznych Lucho nieco chaotyczna, nonszalancka, jakby nagle ktoś wyłączył im wtyczkę z napisem „koncentracja”. Wielkim drużynom nie przystoi utrata kontaktu z rzeczywistością w tak ważnych meczach, w istotnych momentach, w rywalizacji z niełatwym przecież rywalem. Goście porzucili inicjatywę, poddali wojnę o środek pola, co przecież w pierwszej połowie było kluczem do wygrania kilku małych bitew. I kiedy w odpowiedzi na zaistniałą sytuację Luis Enrique przywołał z ławki Jérémy’ego Mathieu, Obywatele strzelili gola. Gola, na którego zasłużyli, ale którego Duma Katalonii mogła uniknąć. Zabrakło kilku chwil. Bo przecież w miejscu słabego wczoraj Javiera Mascherano byłby rosły, szybki, świeży Mathieu, a były zawodnik Liverpoolu miałby szansę na przejęcie piłki wyżej, zaraz po stracie Leo Messiego, która rozpoczęła całe nieszczęście Barcelony.

À propos Argentyńczyka - to nie był jego mecz. W 69. minucie zgubił piłkę, która po chwili wylądowała w siatce bramki Marca-André ter Stegena. W doliczonym czasie gry nie wykorzystał jedenastki, która mogła być gwoździem do błękitnej trumny City. Natychmiast przywołało to gorzkie wspomnienia pudła z pamiętnego dwumeczu z Chelsea Roberto Di Matteo. Potencjalne trafienie dałoby Barçy niezwykły komfort w perspektywie rewanżu na Camp Nou. Ale nie potrafię gniewać się na Messiego. To trochę jak z niesfornym dzieckiem - kiedy właśnie sposobimy się do solidnej bury, maluch raczy nas spojrzeniem, które sprawia, że pozostaje z nas jedynie słodka kałuża. Ponadto 27-latek opuszczał murawę Etihad Stadium zły, rozgoryczony. A rozwścieczony Leo to coś znacznie gorszego niż wizyta na chłodnym Britannia Stadium, prawda, Vincent?

To, że nie był to dzień Messiego, nie oznacza, że Leo zagrał źle. Po prostu okazało się, wbrew wszelkim przypuszczeniom i niepodważalnym dowodom naukowym, że wychowanek Barcelony to tylko człowiek, nie zaś przybysz z odległej galaktyki. Uff, jest jednym z nas, zwykłym, szarym śmiertelnikiem. Może po prostu nie powinien już podchodzić do rzutów karnych, wszak nie umniejszy to jego wielkości w stopniu choćby minimalnym. W historii Ligi Mistrzów mylili się inni wielcy - Thierry Henry spudłował z wapna pięciokrotnie, Ruud van Nistelrooy - cztery razy, zaś Cristiano Ronaldo i Luis Figo - trzy. W sumie z 59 strzelanych jedenastek Messi nie wykorzystał aż trzynastu. Dla porównania Cristiano spudłował tylko pięć razy (na 59 prób w barwach Realu Madryt). Kibice Królewskich muszą być wyjątkowo szczęśliwi. Znaleźli wreszcie element, w którym Portugalczyk przewyższa Messiego.

Ale 27-latek był wczoraj jednym z architektów obu bramkowych sytuacji gości. W sumie uzbierał aż 10 dryblingów. Co ciekawe, we wszystkich meczach w Lidze Mistrzów, w których Leo zgromadził ich 10 i więcej, rywalem Blaugrany były angielskie drużyny. Może ów fakt nareszcie odegna stereotypowe, płytkie frazesy o tym, jak ciężkie życie z wyspiarskimi osiłkami ma wątły Messi. Ponadto, wczoraj zanotował trzy interwencje, więcej niż Ivan Rakitić, Andrés Iniesta, Luis Suárez i Neymar razem wzięci. Więcej niż np. Kompany (1). Podawał z 90-procentową skutecznością, a przecież nierzadko, w swoim stylu, decydował się na osobliwe, nieszablonowe próby posłania piłki.

No i Suárez. Wreszcie. Pazerny, agresywny, zadziorny, z ciągiem na bramkę był już wcześniej. Teraz dołożył jeszcze magnes w bucie klasycznej dziewiątki oraz chłodną, neurochirurgiczną wręcz precyzję killera. W czterech grach Ligi Mistrzów w barwach Barcelony Urugwajczyk strzelił tyle goli, ile w 15 spotkaniach ligowych, co każe przypuszczać, że służą mu oślepiające luksy wielkich piłkarskich estrad. Tak, jakby rozgrywki o Puchar Europy były dla niego wprost skrojone. To jednak nieco niesprawiedliwy osąd. Bo już wcześniej liczby i boiskowe dokonania Suáreza wzbudzały co najmniej szacunek, jeśli nie zachwyt. W sumie były piłkarz Liverpoolu skompletował już 9 goli i 12 asyst, co daje 21 oczek w punktacji kanadyjskiej. W 23 potyczkach. Biorąc pod uwagę wszystkie przeciwności losu, z jakimi musiał się zmierzyć, trzeba przyznać, że El Pistolero znów jest wielki.

Po raz pierwszy w tym sezonie Barça wygrała sześć kolejnych meczów wyjazdowych, które jeszcze do niedawna były jedną z jej największych bolączek. Pięć wiktorii z rzędu w Lidze Mistrzów to najlepszy wynik Blaugrany od sezonu 2011/12. Przedwczorajsza była możliwa nie tylko dzięki Messiemu i Suárezowi, ale również solidnej postawie ter Stegena i Sergio Busquetsa, katorżniczej harówie Rakiticia czy też szczypcie magii Iniesty (znów tylko marniutka garstka, ale to już wystarczyło). I tak jak oczywisty jest niewielki dołek formy Neymara (wielkości dołka na polu golfowym) i Mascherano (te wślizgi „na raz”, jakby żywcem wyjęte z przeszacowanych szarż defensywnego pomocnika rodem z Premier League), tak śmiało można obwieścić powrót wielkiego Piquénbauera. Racjonalne przesłanki ku powyższemu stwierdzeniu otrzymywaliśmy już od pamiętnej trzymeczowej zsyłki na ławkę rezerwowych lub trybuny. Ostatnie tygodnie w wykonaniu 28-latka każą jednak z otwartą przyłbicą odtrąbić, że Geri znów jest w formie z lat 2008-2012. Przedwczoraj ponownie zachwycił, być może był nawet najlepszym piłkarzem na boisku. Jego „cyferki” z Etihad Stadium mówią same za siebie - trzy udane interwencje (na cztery podjęte próby), siedem skutecznych wybić (na siedem podejść), dwa efektowne bloki, cztery wygrane pojedynki główkowe (na sześć), jeden drybling - po którym pod polem karnym Joe Harta (!) faulował go Kompany - i siedem przerzutów.

I nie dajmy sobie wmówić, że wtorkowe wyjazdowe zwycięstwo z mistrzem Anglii to przypadek, efekt słabości gospodarzy. Niedoskonałości The Citizens to rzecz oczywista (no i kolejna taktyczna wtopa Pellegriniego…). Wiadoma była już przed meczem, wkalkulowana w piłkarską rywalizację, ale obwarowana również założeniem, że przeciwnik także nie jest doskonały. Czy słabości City to wina Barcelony? A może goście po prostu doskonale je wykorzystali, będąc dobrze przygotowanymi do pojedynku, przyjmując i precyzyjnie realizując nakreślony wcześniej plan? Jednocześnie podopieczni Lucho byli świadomi swoich atutów, odpowiednio je wykorzystali, zwłaszcza w pierwszej połowie, odważnie prąc do przodu. Coś jakby w myśl - nieważne, co zrobi rywal, my robimy swoje. Nie dajcie się zwieść nieobiektywnym komentatorom czy wątpliwej jakości tezom tzw. ekspertów. Ci w pomeczowym studiu wyliczali domniemane błędy sędziów, którzy na przestrzeni ostatnich lat rywalizacji w Lidze Mistrzów rzekomo niesłusznie dyktowali karne dla Blaugrany, a jej przeciwników tłukli po głowach krzywdzącymi czerwonymi kartkami. Zadziwiające, że piewcy ligi angielskiej w chwili, gdy jej mistrz okazuje się co najmniej dwie klasy słabszy od Barçy, nagle umniejszają jego siłę. Tym samym deprecjonują wartość całej ligi, nazywanej najlepszą na świecie. Ba, co niektórzy ocierają się o stwierdzenia, że Manchester City to przepłacona zgraja nieudaczników. To retoryczny i merytoryczny samobój, który nie powinien odebrać culés radości z kolejnego popisu Barcelony.

Mateusz Bystrzycki, autor książki „Gerard Piqué. Urodzony na Camp Nou"

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

"...dołożył jeszcze magnez w bucie klasycznej dziewiątki..."

Zdrowie najważniejsze, ale dlaczego w bucie? ;)

« Powrót do wszystkich komentarzy