Przy Canaletes mówią. Lekcje Johana

Mateusz Bystrzycki

29 grudnia 2014, 18:51

33 komentarze

Pep Guardiola przyrównał kiedyś boiskową filozofię FC Barcelony do katedry, której budowniczym miał być Johan Cruyff. Spadkobiercom El Salvadora pozostało - co najwyżej - dobudowywanie kolejnych kaplic. W chwili, gdy Barça błąka się w poszukiwaniu pomysłu na samą siebie, miotając się pomiędzy chęcią odświeżenia wielkiego dzieła a wiernością względem własnego mitu założycielskiego, warto wrócić do podstaw, niezbywalnych korzeni. Filozofia Cruyffa to nieśmiertelne źródło barcelońskiej idei.

Czasem bywa tak, że w najtrudniejszych sytuacjach najlepsze są najprostsze rozwiązania. Być może należy więc wykonać krok wstecz, wrócić do podstaw, pierwotnych korzeni. FC Barcelona Luisa Enrique cierpi na chroniczny brak boiskowej osobowości, charyzmy, filozofii spójnej i długofalowej, będącej skrupulatnie opracowaną mapą, wyznaczającą drogę ku precyzyjnie określonemu celowi. Na końcu tej wędrówki równie istotny co zwycięstwo będzie styl, jakim Blaugrana naznaczy nową erę w historii klubu. Chodzi o zarysowanie harmonijnych cech wspólnych, łatwych do określenia i zidentyfikowania, charakterystycznych dla określonej grupy piłkarzy. Póki co pod wodzą Asturyjczyka Barça kluczy z nisko opuszczoną głową, poszukując pomysłu na samą siebie. Niby nieśmiało spogląda na zakurzony dorobek Johana Cruyffa i Pepa Guardioli, ale jednak w ostatecznym rozrachunku skłania się ku dokonaniu ewolucji, a nawet aksamitnej rewolucji.

„Piłka nożna to sport‚ który uprawia się umysłem, a nie nogami”

Wyznaczony przez twórcę Dream Teamu styl gry ciągle jest najlepszy i najskuteczniejszy. Problem w tym, że Duma Katalonii już dawno zapomniała o swoich ideałach, wyrzekła się siebie, odwróciła od konceptu, który przyniósł jej największe sukcesy w historii. W związku z tym niektórzy łakną wymyślenia FC Barcelony na nowo, porzucając myśl o odświeżeniu odtrąconego brutalnie opus magnum. Tymczasem powrót do „cruyffowo-guardiolowskiej” idei futbolu to najlepsze z możliwych rozwiązań, choćby ze względu na charakterystykę posiadanych aktualnie zawodników. Pozornie wydaje się to tezą nad wyraz ryzykowną, głównie dlatego, że pamięć serwuje nam głównie projekcję najnowszych poczynań Katalończyków. Dziś Barça przypomina zakładniczkę swoich przebrzmiałych ideałów i wysłużonego romantyzmu, stając się karykaturą drużyn dowodzonych przez El Salvadora i jego najlepszego ucznia. Błędne przesuwanie piłki wszerz boiska, po obwodzie, nie ma nic wspólnego z osławioną tiki-taką. Posyłanie bezpiecznych, dla siebie i rywala, podań to wykoślawienie barcelońskiej idei futbolu. Znana z czasów Guardioli plątanina podań brzydzi się jałowym, bezideowym „klepaniem” piłki. Tracąc intensywność, pasję i zaangażowanie, Blaugrana skazuje swoich kibiców na przewidywalność i czasami wręcz torturuje ich swoją jałową grą. Tylko chwilami wyrywa swoich fanów z objęć zmęczenia i schematyczności, a barceloński pomysł na wygrywanie musi być przecież realizowany w całości, a nie jedynie w najprostszych do wykonania elementach.

„Gra w piłkę nożną jest bardzo prosta, ale prosta gra w piłkę nożną jest najtrudniejszą rzeczą w futbolu”

Boski Johan stworzył i odkrył znaną nam dziś FC Barcelonę. Tę, w której zakochaliśmy się bez opamiętania, czasem nawet bezkrytycznie. Cruyff nie tylko wymyślił, według jakiej taktyki powinni Katalończycy grać, ale także jak szkolić młodych adeptów piłkarskiej sztuki. Słowo „sztuka” pojawia się tu nie przypadkiem. Artyzm futbolu, jego wyższy, nieznany dotąd poziom, wyznaczał fundamenty założonego na Camp Nou kościoła wyznawców jednej religii - samowystarczalnego, odrębnego stylu gry, który wprawił publikę w uniesienie i uczynił Barçę zjawiskiem unikalnym, bezprecedensowym, dziejową rewelacją. Edison miał swoją żarówkę, Gutenberg druk, zaś Bell telefon. Cruyff został wynalazcą FC Barcelony. Wszak w okolicach Les Corts piłkarze potrafili pląsać i dokazywać jedynie w rytm nut nabazgranych przez holenderskiego ideologa. Dojrzewający w La Masíi piłkarze to żywe pomniki wyrzeźbione przez Cruyffa, podobnie jak namaszczeni przez niego szkoleniowcy, którzy doprowadzili Blaugranę do największych sukcesów w historii. Kierownictwo klubu chciało niegdyś zatrudnić Luiza Felipe Scolariego, ale El Salvador wskazał na Franka Rijkaarda. Kiedy bliski zawładnięcia Camp Nou był José Mourinho, Cruyff ocalił wszystkich culés, szepcząc do ucha Joana Laporty: „Rób, co chcesz, ale Pep jest gotowy”. I nastał czas Guardioli…

„Czym jest szybkość? Dziennikarze zazwyczaj mylą szybkość z intuicją. Zobacz, jeśli zacznę biec odrobinę wcześniej niż ktoś inny, to będę wydawał się szybszy”

Nierzadko drużyny Cruyffa i Guardioli postrzegane były w kategoriach idealnego, doskonale naoliwionego kolektywu. Holender i Katalończyk są bowiem piewcami zespołowego dążenia do sukcesu, jedności ujętej w empatycznym koleżeństwie. Jednocześnie na gruncie zespołowym wypromowali wybitne jednostki, piłkarzy genialnych, którzy na stałe zapisali się w historii futbolu. Zawsze jednak przedkładali oni sukces nienasyconej zgrai kumpli nad indywidualny splendor. W końcu El Salvador powiedział kiedyś: „Jeśli chcesz grać dobrze, to potrzebujesz dobrych graczy, ale dobrzy gracze zazwyczaj mają problem z efektywnością. Oni zawsze chcą robić wszystko ładniej niż jest to absolutnie konieczne”. Ostatecznie obaj byli szkoleniowcy FC Barcelony potrafili stworzyć nieustraszone drużyny, które w chwilach, gdy zawodziły wypracowane mechanizmy zespołowe, mogły liczyć na przebłysk geniuszu największej gwiazdy.

Ale momentów, w których skomplikowana maszyneria krztusiła się i dusiła, było niewiele. Przynajmniej początkowo. Rywale trwali w nieustannym lęku opartym na przeświadczeniu, że tamtym drużynom nie dało się odebrać piłki. Posiadanie futbolówki dla nabijania statystyk jest groteskowym nieporozumieniem. Jasnym bowiem jest, że „grając w futbol i utrzymując się przy piłce, nie musisz się bronić, bo w tym sporcie gra się tylko jedną piłką”. Nierzadko zapominamy o tej oczywistej prawdzie, która sprowadza się zarówno do założeń ofensywnych, jak i defensywnych. Tak, operowanie piłką ma również walor obronny. Aby przechytrzyć rywala i wprawić go w nieustanną pogoń za futbolówką, należy dysponować nienaganną techniką. Techniką użytkową, najprzydatniejszą na boisku, w gęstej gmatwaninie przeciwników. Ale „technika to nie umiejętność zrobienia tysiąca żonglerek. To może zrobić każdy i ta umiejętność nadaje się do cyrku. Technika to podanie piłki na jeden kontakt, z odpowiednią prędkością, w odpowiednim momencie, tuż do nogi kolegi z drużyny”. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w przytoczonych słowach zawiera się cała idea katalońskiej tożsamości, gdy drużyna od tyłu, cierpliwie, acz nie mozolnie, buduje swój atak. Niby jeszcze natarcie jest w powijakach, ale już po chwili rywal głowi się nad sposobem odrobienia strat. Aby jednak ofensywa płynnie mieszała się z defensywą - i na odwrót - „bramkarz musi być pierwszym napastnikiem, a napastnik pierwszym defensorem”. W pierwszym przypadku chodzi o sprawne rozpoczęcie gry, dobre wprowadzenie piłki, posłanie dokładnego podania do zawodnika z pola, który może poprowadzić tę kombinację dalej. W drugim zaś o morderczy, agresywny pressing, dobrze zorganizowany, bo systematyczny, sumienny i równy dla wszystkich, angażujący wszystkich piłkarzy. Nacisk na przeciwnika staje się bezcelowy, jeśli jest rwany, niedokładny, pozorowany, bo nie dość, że nie daje efektów, to powoduje zmęczenie. Powinien odbywać się na każdym skrawku boiska, z udziałem odpowiedniej liczby zawodników, pamiętających również o tym, aby po odzyskaniu piłki momentalnie rozpocząć kontrę.

„Na małej przestrzeni piłkarz musi być zdolny do szybkiego działania. Jeżeli potrzebuje zbyt wiele czasu, staje się złym piłkarzem”

Dynamika działań to podstawa elementu zaskoczenia przeciwnika. Tak w obronie, jak i w ataku liczą się szczegóły, detale wykonane dokładnie, schludnie i szybko. Moment zawahania lub zbędnej zwłoki sprawia, że wysiłek drużyny zostanie obrócony wniwecz, a rywal znajdzie się w uprzywilejowanej pozycji. A chodzi przecież o to, by zawsze narzucać swój styl i sposób gry, przejmując kontrolę nad boiskową materią. Odważnie i z wiernością względem własnych ideałów. „Lepiej iść na dno z własną wizją niż z cudzą” - to zdecydowanie mój ulubiony aforyzm Cruyffa. Perfekcyjnie pasujący do futbolu, ale jeszcze lepiej do życia. Każdego z nas.

Bo piłka nożna rządzi się prawami ludzkiego istnienia. Tu także są wygrani i przegrani, okazje do rewanżu i pole do popisu, wyznaczający trendy idole i ci, którzy powinni postawić na samodoskonalenie. Cruyff należy do tych wybranych, naznaczonych przez los, wielkich. Holender powiedział kiedyś: „W pewnym sensie jestem prawdopodobnie nieśmiertelny”. Być może był to pierwszy raz, kiedy El Salvador się pomylił. Bo po cóż się zawahał? Cruyff jest nieśmiertelny.

Mateusz Bystrzycki, autor książki „Gerard Piqué. Urodzony na Camp Nou”.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (33)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze