Barça pokonuje Arsenal i wraca na swoje miejsce. Piłkarski Mount Everest. Miejsce nieosiągalne dla innych. Sam szczyt. Od dnia 17-ego maja 2006 minęło już ponad 8 lat. A wszystko to, co działo się tamtego wieczora pamiętam tak, jakby miało miejsce wczoraj. Właśnie wczoraj z boiskiem oficjalnie pożegnał się Deco, jeden z architektów i najważniejszych piłkarzy Blaugrany dowodzonej przez Franka Rijkaarda. Dlatego naszło mnie na małe wspomnienia.
Brazylijczyk z portugalskim paszportem trafił do Barcelony podczas letniego okienka transferowego 2004 roku po fenomenalnym sezonie w FC Porto z którym wygrał Ligę Mistrzów będąc jej najlepszym piłkarzem. Wtedy był głównym kandydatem i faworytem do zdobycia Złotej Piłki, która dość nieoczekiwanie trafiła do Andrija Szewczenki. W stolicy Katalonii Deco zaadaptował się szybciej aniżeli się spodziewano, złapał wspólny język z Ronaldinho z którym stworzył duet będący postrachem wszystkich europejskich klubów.
Nikt nie miał wątpliwości, że na Camp Nou za bardzo rozsądne pieniądze (12 milionów euro + Ricardo Quaresma) sprowadzono najlepszego rozgrywającego na świecie. Miał wszystko. Talent, genialną technikę, przegląd pola, wspaniałe uderzenie z dystansu i to, co lubiłem w nim najbardziej. Charakter. Mierzący 174 centymetry wzrostu, na murawie zawsze imponował osobowością. Katalońskie serca zdobył podczas jednego z wywiadów w ‘pokoju zwierzeń’ dla Barça TV, kiedy wyznał, iż „za swoich kolegów z drużyny na boisku oddałby życie.” W jego słowach nie było ani krzty przesady. Jednym z momentów związanych z Deco, które najbardziej utkwiły mi w pamięci jest sytuacja w której podczas meczu z Chelsea niemal pobił Johna Terry’ego, wyższego o głowę i znacznie silniejszego kapitana The Blues, który kilkukrotnie faulował jego kolegów. W pewnym momencie charyzmatyczny Brazylijczyk podszedł do niego i powiedział, że jeśli jeszcze raz w taki sposób sfauluje któregoś z jego kolegów to on odpłaci mu się tym samym, ale zrobi to tak, że Anglik nie wróci już na boisko. A jeśli, jakimś cudem wróci to poprawi mu prawym sierpowym.
Wyjątkowy był nie tylko Deco, cała drużyna z tego pamiętnego finału była jedyna w swoim rodzaju. Na bramce stał Valdés, który dzięki nocy w Paryżu z pośmiewiska stał się bohaterem. Zagrał wybitnie i do dziś uważa, że 17 maja 2006 był najważniejszym dniem jego życia. Trudno się dziwić. Jego początki były trudne, młody portero nie radził sobie z ogromną presją, niejednokrotnie popełniał głupie błędy, które kończyły się stratą goli. Ale tamtej nocy udowodnił, że jest godzien bronić dostępu katalońskich bram. Później nie zawodził już praktycznie nigdy. Był pewnym punktem zespołu, jednym z liderów i na boisku i w szatni.
Obronę tworzyła czwórka: Oleguer, Puyol, Márquez i Van Brokhorst. Ten pierwszy był piętą achillesową drużyny, nigdy nie był piłkarzem, który poziomem mógł zbliżyć się do swoich kolegów. Wielkiej kariery w świecie futbolu nigdy nie zrobił, a wśród Culés najczęściej był obiektem drwin. Zupełnie inaczej było z duetem stoperów, którzy tworzyli parę nie do przejścia. Puyol to najlepszy defensor w historii Klubu, który zasługuje na osobny artykuł i pomnik przed Camp Nou. Z kolei Márquez to chyba jeden z najlepszych transferów ostatnich kilkunastu lat biorąc pod uwagę stosunek jakości do ceny. Grał, jak profesor, a został kupiony za śmieszne 5 baniek. Barw klubu bronił przez 7 lat, odchodził ze łzami w oczach. Świetnie grał zarówno na pozycji defensywnego pomocnika, jak i na środku obrony. Imponował uderzeniem z dystansu, pewnością siebie i ambicją. Na pożegnalnej konferencji prasowej się rozpłakał, nigdy nie ukrywał swojej miłości do bordowo-granatowych barw. Stoper o którym teraz możemy tylko pomarzyć…
W 71. minucie Oleguera zmienił Juliano Belletti. Człowiek historia, który w pamięci kibiców zostanie na zawsze. Nie był wielkim piłkarzem, nie był nawet wyróżniającym się defensorem, dla Barçy podczas czterech lat strzelił tylko jednego gola. Ale tego najważniejszego. To on zdobył decydującą bramkę w finale tonąc w objęciach kolegów, ulewnym deszczu i dłoniach, które zakrywały twarz zalaną łzami szczęścia. Doskonały dowód na to, jak jednym kopnięciem piłki, można zostać legendą, która w Barcelonie zawsze będzie traktowana wyjątkowo.
W pomocy grali wcześniej wspomniany Deco wraz z Edmilsonem i Van Bommelem. Ani drugi, ani trzeci poziomem nigdy nie zbliżyli się do swojego partnera z linii pomocy, mieli inne zadania na boisku z których wywiązywali się po prostu dobrze. Wysocy i silni fizycznie, ale kariery w Dumie Katalonii nigdy nie zrobili. W finale za Edmilsona pojawił się Iniesta, ale wtedy był tylko rezerwowym i chyba mało kto wierzył, że kilka lat później będzie jednym z najbardziej spektakularnych pomocników świata.
W ataku rządziła wielka trójka: Giuly, Eto’o, Ronaldinho. Trójka do której zawsze miałem słabość. Ludo wypłynął na szerokie wody kapitalnie grając w Monaco. Giuly strzelał cudowne gole m.in Realowi i to właśnie m.in. piętka strzelona Galaktycznym sprawiła, że zapragnąłem jego transferu na Camp Nou. A że wtedy Zubizarreta nie zabierał się za rzeczy o których ma takie samo pojęcie, jak o łyżwiarstwie figurowym to transfer Francuza szybko stał się faktem. Uwielbiałem tego karła z silnikiem bugatti veyrona w tylnej części ciała. To on zdobył jedynego gola w półfinale z Milanem, ale moim ulubionym momentem z Giulym w roli głównej był jego marsz po murawie, kiedy to niósł na barkach swojego małego synka. Dumnie krocząc po boisku ze swoją pociechą płakał ze szczęścia spełniając swoje marzenie. Dwa lata wcześniej przegrał w finale z kontuzją i musiał opuścić boisko w 23 minucie. Monaco bez swojego lidera i najlepszego piłkarza poległo w starciu z Porto. Z Barçą zwyciężył. Po wspaniałym sezonie 05/06 częściej siadał na ławce kosztem Messiego. Jak ostatnio stwierdził „Usiadł na ławce, by ten wspaniały zawodnik mógł się rozwijać.” Wiedział, że ma konkurenta, który kiedyś będzie najlepszy na świecie, ale nigdy nie podważył decyzji szkoleniowca, który z czasem coraz rzadziej korzystał z jego usług.
Śmiercionośną dziewiątką był Samuel Eto’o, który w bordowo-granatowych barwach strzelał zawsze i wszędzie. Jego ulubioną ofiarą był Real, którego lubił bić najbardziej. Dosłownie i w przenośni. Strzelał im na boisku, a po zdobyciu Mistrzostwa Hiszpanii w sezonie 04/05 kazał „madryckiemu rogaczowi kłaniać się mistrzowi”. Kontrowersyjną przyśpiewką zaskarbił sobie uwielbienie kibiców. Strzelił jednego gola w finale i mnóstwo bramek we wszystkich rozgrywkach. Jeden z najlepszych i najbardziej skutecznych napastników w historii klubu. Dla Barcelony snajper idealny, ale miał jedną poważną wadę. Charakter. Zawsze mówił to, co myśli. Nienawidził przegrywać. Nie dogadał się z Guardiolą i musiał opuścić Klub. Odchodził jako zwycięzca.
Zmiennikiem idealnym był Henrik Larsson. W Barcelonie grał tylko dwa sezony, ale zdążył zdobyć bordowo-granatowe serca. Specjalista od trudnych momentów, wchodził i robił, co trzeba ze znaną mu tylko łatwością. Nadzwyczaj skromny, pokonał w życiu kilka koszmarnych kontuzji. Bohater Paryża, to on wraz z Valdésem był najważniejszą postacią wielkiego finału.
Na koniec został ten najbardziej wyjątkowy. Ronaldinho. Człowiek, który odmienił Barcelonę i przywrócił ją na szczyt. Kiedyś Cruyff powiedział, że można grać lepiej, skuteczniej, ale nigdy nie piękniej niż Barça, później kibice ostatnie słowa zamienili na nazwisko Brazylijczyka. Gość od którego wszystko się zaczynało i na którym wszystko się kończyło. Chelsea, Manchester czy Real mieli wspaniałe zespoły, ale Barça miała Ronaldinho. Piłkarza, który jednym zagraniem potrafił odmienić losy meczu. Gaucho był graczem, który wniósł futbol na niespotykany wcześniej poziom. Zawsze uśmiechnięty zagrywał piłkę tak, że z wrażenia szczęki opadały nawet jego rywalom, opadały i je gubili, często nie mogli ich znaleźć nawet po zakończonym spotkaniu. Ośmieszał przeciwników w sposób, który przychodził mu z dziecinną łatwością. Nigdy wcześniej ani nigdy później Camp Nou tak głośno nie zachwycało się dryblingami i podaniami jednego piłkarza. Tylko trzech graczy Barcelpny dostąpiło zaszczytu standing ovation na Santiago Bernabéu. Jednym z nich był właśnie Ronnie. W pamiętnych derbach na madryckiej ziemi wraz z Barçą wygrał 3:0. Wygrał niemal w pojedynkę doprowadzając Blancos do rozpaczy. Casillas nie wierzył, że to się działo naprawdę, Ramos jak zwykle próbował kopać, ale w porównaniu z nieuchwytnym Ronaldinho wyglądał, jak Volkswagen Passat na oleju z frytkownicy przy Lamborghini Sesto Elemento. Geniusz. Może i Messi jest od niego lepszy, może daje nam więcej bramek i pucharów, ale nigdy nie będzie tak magiczny jak Ronaldinho. Nikt, nigdy nie będzie. On był jedyny i niepowtarzalny. Dziś już nie jest najlepszy, nie jest najszybszy, nie prowadzi życia idealnego sportowca, ale nadal ma to coś czego nie mają inni. Lata lecą, a on nadal potrafi zagrać tak, jak nikt inny mając na twarzy ten charakterystyczny uśmiech. Guardioli nigdy nie wybaczę jednej rzeczy. Że nie podjął wyzwania i nie postarał się okiełznać Ronaldinho, że nie dał mu szansy. Czas pokazał, że miał rację, zrobił z Barcelony najlepszy zespół w historii futbolu, ale… wyobrażacie sobie Gauchito w formie z sezonów 2004-2006 i Messiego z sezonów 2009-2013? Mam wrażenie, że mając za partnerów nawet kopaczy z tzw. „Ekstraklasy” wygrywaliby zawsze i wszędzie. I pomyśleć, że niewiele brakowało, a tych cudownych historii w ogóle by nie było, a zamiast Ronaldinho oglądalibyśmy Davida Beckhama…
No i Rijkaard. Kolejna niesamowita historia. Z Barceloną osiągnął naprawdę wiele, przed przyjściem i po odejściu z Katalonii na trenerskiej ławce nie osiągnął niczego… Dziś z tej drużyny, która wybiegła na murawę Paryża nie ma już nikogo prócz Iniesty, ale wtedy Andrés był mniej znaczącą postacią. Nic nie trwa wiecznie, lata lecą i czasy się zmieniają… Ale gdy sięgnę pamięcią w przeszłość i dochodzi do mnie to, że już nie zobaczę w bordowo-granatowym trykocie z herbem Barçy na piersi tych wielu wspaniałych herosów to robi się po prostu przykro. Cholernie przykro…
I te koszulki. Czyste, jak łza, nieskazitelne, wyjątkowe. Pamiętacie te piękny czasy?
Komentarze (217)