W ciszy stadionu. Pożegnanie

Challenger

23 maja 2014, 01:35

77 komentarzy

Odszedł. Pozwolili mu odejść. Mógł zostać, chciał zostać. Chociaż rok. Zasłużył. Choćby jako ten trzeci. Ostatnie z ratunkowych kół. W tym klubie był nim przecież zawsze.

Wiekowy, doświadczony, świadom własnej roli. Idealne dopełnienie składu. Zwłaszcza na sezon „Powrotu". Na ewentualność kataklizmu. Kataklizmu... Kataklizmy lubią ten klub od lat. Z częstotliwością nieprawdopodobną. Do tego mentor dla młodszych. Motywator. Najlepszy duch szatni.

Zdecydowano inaczej. Bez wielkiej refleksji oddany emeryturze. Pierwszy błąd Lucho?

Przyjdą nowi. Nowe. Znaki zapytania. Pinto nie byłby nim nawet za rok. W wieku 39 lat.

Stało się. Trudno. Zostają chwile. Chyba nikt, grając tak niewiele, nie zdobył tak wiele. Tak wiele szacunku tego stadionu.

Uroniona za nim łza. Jak nigdy za żadnym. Piłkarzem; ludźmi - tak. Bliższymi. Dalszymi. Różnymi. Tymi, którzy zasługują... Nie płakałem po R10. „Wahina" jeszcze nie raz wspomnę z maślanymi oczami. Pewnym jak własnej któregoś dnia śmierci.

Nie znamy ich wcale! A czasem myślimy, że znamy tak dobrze... Sportowcy, milionerzy, piłkarze, gwiazdy, ikony. Docierają wysoko. Patrzą na świat z góry. Bo mogą. Stać ich. Z licami na okładkach, głowami w chmurach, miss w sypialniach - nie wszyscy zostają nogami na ziemi. José Pinto nie był „wszystkimi". Pozostał sobą.

W szatni najlepszej swego czasu drużyny świata to chyba nie takie łatwe, co?

Ujął nas wszystkich. Osobowością, pracowitością. Charakterem i humorem. Ograniczonością piłkarską - bo przecież od początku znaliśmy wszyscy jego limity. Wielkością jako człowiek.

Jeśli ktoś oczekiwał od Pinto starzenia się w stylu van der Sara na Old Trafford, szybko przekonał się, że to inny przypadek. Piłkarzem na miarę wielkiego Holendra nie był nigdy. A już na pewno nie w Barçy.

Nic dziwnego, że równoprawnej rywalizacji z Valdésem nie miał z definicji. Może miał to nawet w kontrakcie. Obowiązki w stolicy Katalonii pełnił z honorem, godnością i pokorą. W drużynie znalazł sobie inne miejsce. I inne role. Wszystkie, na jakie można wspierać zespół spoza boiska.

Wchodząc między słupki, nigdy mnie nie zawiódł. Z roku na rok zyskiwał więcej przychylności i uznania barcelonismo. Najlepiej, najważniej grał w kampanii, która będzie jego ostatnią w karierze. A do historii Barçy przejdzie jako sezon przegrany.

Było ciepłe lato, nawet nie padało. Klęska kampanii 07/08, transferowa karuzela, przyjście Guardioli. Niektórzy z wracających po wakacjach culés... nawet nie zauważyli przyjścia bramkarza Celty. Ci, co zauważyli - pukali się w czoło.

Nędzne 0,5 miliona euro. Kontrakt na końcu listy płac. Parias w drużynie gwiazd. Obiekt drwin tych, którzy paradowali wokół w trykotach innych: Puyola, Xaviego, Iniesty, Messiego, Larssona, Ronniego, Eto'o czy Deco... Lata José Manuela mijały. Minęły. Teraz już po wszystkim. Wam, wszystkim „Puyolomessim" też wpadło coś do oka. I ani myśli wyleźć. W szafie macie wciąż te same koszulki przebrzmiałych i obecnych sław. Z niegodnymi wzmianki wyjątkami pokochaliście tego gościa całymi bordowo-granatowymi sercami.

Niezależnie od ilości rozgrywanych minut, był równoprawnym członkiem Barçy Trypletu*. Barçy Sześciu Trofeów. Barçy 14 pucharów w lata cztery i 17-tu w 6. W przeciwieństwie do Sami-Wiecie-Kogo nie był elementem nośnym ławki rezerwowych. Pinto był z drużyną i w drużynie. Grał regularnie. Wygrywał. Zdobywał SWOJE puchary. A 1/3 Triplete 2009 był nawet głównym fundatorem. Momentów jak tamten karny nie zapomina się nigdy.

Odszedł trener Guardiola. Odeszli Eto'o, Touré, Villa i inni. On został. I zostałby pewnie jeszcze rok. Ten ostatni rok. Zasłużył. Ze względów sportowych, choć inne w jego przypadku nie byłyby bez znaczenia. Moim zdaniem dałby radę. W całym zeszłym sezonie utrzymał równą dyspozycję. Kontuzjowanego Valdésa zastępował lepiej niż dobrze. W niejednym meczu wiosny okazał się najlepszym graczem swojej ekipy. Regularnie dawaliśmy mu „ZM". Sam „ciągnął" drużynie mecze. Utrzymywał wyniki. Paradami jak ta czy tamta ratował katastrofalnie grającą w końcówce sezonu obronę.

Finisz tegorocznej Ligi. Po wypadnięciu ze składu VV, Pinto całą swa postawą motywował kolegów tysiąc razy skuteczniej od trenera. Gdy fani utracili wiarę na cokolwiek srebrnego w maju, on przywracał nadzieje.

Dlatego tak bardzo przykro. Żal i szkoda. Nagrodą znacznie okazalszą niż wzruszające kompilacje na yt czy tych parę słów - mógł okazać się lizboński finał. Albo mistrzostwo Hiszpanii... Los wolał inaczej. Jego żadna w tym „zasługa". Zawinili inni. Wielu innych. Dlatego myśląc o wszystkich 3 klęskach Barçy wiosną, mi najbardziej szkoda Pinto. Najbardziej i w sumie tylko jego.

Nikt inny z tej drużyny nie zasłużył swoim sezonem na tytuł mistrza Hiszpanii ani Puchar Króla. Trener też nie. 7 > 0 wiernie oddaje rzeczywistość. Iniesta, Cesc, Messi, Piqué, Neymar i Bartra będą jeszcze mieli niejedną okazję na finał Pucharu Europy. On już nie.

Został sześć razy dłużej niż dawano mu szans. Dziś otrzymuje pożegnanie od kibiców godne „największych" legend tego klubu. Wielkość wiele ma wymiarów. Definicji. Zapamiętam go na zawsze.

Jego etap w Barçy dobiegł końca. Pożegnania bywają przykre. To pożegnanie jest piękne. Zaskakująco czułe. Dla obu stron.

Wróciłem właśnie z wyjazdu, tylko mignęły mi komentarze kibiców w sieci. Żegnany komplementami, podziękowaniami, pozdrowieniami. Wygląda na to, że zdobył nie tylko moje serce. Uznanie, sympatię i szacunek wylewnie okazuje mu całe barcelonismo.

A Klub? Nie zawsze go doceniał. Czy docenił na koniec? Kwestia subiektywna. Niezależnie od tego, skoro konta José Pinto na social mediach puchną życzliwością kolejny dzień z rzędu, żegnam go z uśmiechem. Od ucha do ucha. Docenili go kibice. Zwykli ludzie. Jak Ty, ona, ja. A to w sporcie najważniejsze.

I czy tylko w sporcie?

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (77)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze