Silnie wierzę w istotną rolę piłkarskich trenerów. Charyzmatyczny coach z wrodzonym talentem może być liderem o znaczeniu nie mniejszym, niż największy gwiazdor drużyny. Dokładnie tak było z Guardiolą, a teraz historia powtórzyła się z Diego el Cholo Simeone.
Wielkie teamy ubrane w strojny garnitur wielkich postaci potrzebują kogoś, kto pokaże im, jak tworzyć monolit i w którą stronę zmierzać, kto zdobędzie ich zaufanie i swą osobowością zainspiruje do maksymalnego zaangażowania. Oczywistym jest zatem fakt, że taki człowiek, poza swym technicznym przygotowaniem, musi być również znakomitym psychologiem. Wydaje się, że wszystkie te cechy skupia w sobie Luis Enrique - przynajmniej tak założył zarząd FC Barcelony, który wczoraj oficjalnie postawił na byłego trenera Celty Vigo. Ciężko ten wybór kwestionować: Enrique ma mentalność zwycięzcy, kultywuje katalońską tradycję ciężkiej pracy i zrozumienia wartości wkładanego w każde zadanie wysiłku, poza tym doskonale zna Camp Nou i, co więcej, ma większe doświadczenie niż Pep, gdy ten debiutował jako trener na ławce Barçy.
Luis Enrique przychodzi w dobrym momencie - gdy klub potrzebuje drastycznych zmian i, po sezonie, o którym wszyscy chcą jak najszybciej zapomnieć, obrania całkowicie nowego kierunku. Powierzenie mu sterów okrętu pod bordowo-granatową banderą jest niewątpliwie odważne, ale daje jasny sygnał - klub jest zdeterminowany, by odzyskać, wcale nie tak dawno utraconą, chwałę. Decyzja ta podsyca nadzieję i silnie ekscytuje - ten trener jest indywidualnością, która wymyka się wszelkim schematom, i ciężko pozostać wobec niego obojętnym. Istnieje pewna anegdota, która doskonale obrazuje jego charakter. Pierwszego dnia treningu w Romie Enrique kazał zawodnikom biegać wokół boiska. Gdy minęło pół godziny, a wciąż nie padła żadna komenda o zmianie ćwiczenia, lider rzymskiej drużyny, Totti, w końcu nie wytrzymał: - Trenerze - zwrócił się do Asturyjczyka - nie jesteśmy lekkoatletami, a piłkarzami. Odpowiedź Enrique była natychmiastowa - po prostu wskazał Tottiemu drogę do szatni. Reszta zawodników dalej biegała w kółko.
Wielki kontrakt bez wielkiej otoczki
Przed podróżą do ojczystej Argentyny Messi zdążył zrobić sobie jeszcze zdjęcie z prezydentem Bartomeu i nowym kontraktem na stole. Klub udowodnił swoje zaufanie i pewność co do umiejętności najlepszego piłkarza świata i zapewnił mu komfort psychiczny przez zbliżającym się Mundialem. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie brak odpowiedniej otoczki dla całej tej sprawy. Zawodnik, któremu zdeklarowano się przelewać rocznie 20 milionów euro powinien utrzymywać pewną narzuconą dyscyplinę. Nagannym jest fakt, że media o podpisaniu przez Messiego nowej umowy dowiedziały się poprzez chiński portal społecznościowy, gdzie Argentyńczyk rychło pochwalił się swoim szczęściem. Sprawa o tak wielkim dla klubu znaczeniu zasługuje na odpowiednią ceremonialność - przedstawiciele prasy powinni zostać zaproszeni, jeżeli nie na sam moment składania podpisu, to przynajmniej na późniejszą konferencję prasową. Prolongata kontraktu przez czterokrotnego zdobywcę Złotej Piłki, na bezprecedensowych w piłkarskim świecie warunkach, domaga się zdecydowanie większego rozgłosu niż ten, który jej zapewniono.
Komentarze (35)