Już tydzień temu przekonaliśmy się, że liga hiszpańska jest w tym sezonie nieprzewidywalna. Jednak po tym, co zobaczyliśmy przed chwilą, aż strach pomyśleć o ostatniej kolejce…
Dzisiaj teoretycznie najłatwiejsze zadanie mieli piłkarze Atlético. Rywalizowali u siebie z Málagą, której ani nie grozi spadek, ani nie ma szans na awans do europejskich pucharów. Podopieczni Diego Simeone nie sprostali jednak presji - w głupi sposób stracili bramkę i nie wykorzystali kilku dogodnych sytuacji, przez co zdobyli tylko punkt i o mistrzostwo muszą walczyć do samego końca. Warto zaznaczyć, iż w dzisiejszym spotkaniu z powodu urazu nie wziął udziału najlepszy strzelec Rojiblancos, Diego Costa.
Madrycki Real mierzył się z Celtą, która już wcześniej straciła szanse na Ligę Europejską. Wobec licznych kontuzji Carlo Ancelotti zmuszony został do wystawienia kilku rezerwowych. Od pierwszej minuty zagrali Nacho, Casemiro, Morata czy też wracający po kontuzji Khedira.
Osłabiony Real nie sprostał Celcie, która w końcówce pierwszej połowy zdobyła bramkę po błędzie Sergio Ramosa. W drugiej części gry Charles strzelił drugiego gola, wykorzystując karygodne zachowanie Xabiego Alonso, i rozwiał w ten sposób marzenia Realu o mistrzostwie.
A Barcelona? Przeważała, stwarzała sobie sytuacje, ale biła głową w mur. Jej rywal stawiał duży opór, bowiem byt Elche w pierwszej lidze nie był zapewniony. Jeden punkt w starciu z wiceliderem wystarczył, by utrzymać się w najwyższej klasie rozgrywkowej w Hiszpanii, natomiast w przypadku Barcelony remis podtrzymał nadzieję na obronę tytułu.
Tylko dwa razy w historii ligi hiszpańskiej zdarzyło się, by pierwsza i druga drużyna grały ze sobą w ostatniej kolejce i decydowały o tytule. Ostatni taki mecz miał miejsce w 1951 roku. Statystyki mówią, że w obu przypadkach po tytuł sięgali goście. Cóż… Do trzech razy sztuka!
Komentarze (91)