kwietnia 2012 roku. Właśnie tego dnia po raz pierwszy zaczęto mówić o końcu ery Wielkiej Barcelony. Tak smutnej szatni, jak po pamiętnym remisie z Chelsea w stolicy piłkarskiego raju - nie widziano nigdy wcześniej. Niewiele później zespół opuścił
twórca, Pep Guardiola.
Odpiął
, które z każdym kolejnym miesiącem uwierały go coraz bardziej. Dotrzymał słowa. Kilka lat wcześniej obiecał, że odejdzie, gdy będzie czuł, że nie może wykrzesać z tej drużyny więcej. On już wtedy, w momencie odejścia, czuł, że Barça potrzebuje radykalnych zmian by utrzymać się na szczycie. Na to nie zgodził się zarząd, wielu go wyśmiewało, nazywało głupcem. Jakich zmian potrzebowała najlepsza drużyna świata? Wtedy jeszcze nie wiedziano dokładnie. Blaugrana na oparach wielkiego sukcesu Pep Teamu jechała przez dwa kolejne sezony. Ale w końcu i w tym superaucie
paliwa.
Patrząc na momenty sprzed kilku lat, ciężko powstrzymać łzy. Był to zespół, który równie dobrze można było nazwać rodziną, wielką rodziną, która za każdego swojego członka była gotowa oddać życie. Nawet ten pamiętny, pożegnalny mecz z Espanyolem. 4:0, bordowo-granatowa Familia znów niszczy swojego rywala. Po czwartym golu Messiego wszyscy podbiegają do stojącego przy linii szefa, przeczuwając, że właśnie padła ostatnia bramka na Camp Nou
erze tej Wielkiej drużyny. Przecież do końca spotkania pozostawało jeszcze 12 minut... Skąd ci piłkarze wiedzieli, że po pierwszej bramce, padnie druga, po drugiej trzecia, a na koniec i czwarta? Ta ekipa rozumiała się bez słów, a oglądanie jej
ogromnym zaszczytem. Każdy z nas z dumą przyznawał, że jest blaugrana. Barçę podziwiał cały świat, jej fani, rywale, a nawet wrogowie.
Oglądając co kilka dni piłkarskich bogów, czuliśmy, że
w niebie. Czasami miałem wrażenie, że rywale przegrywali z Barceloną jeszcze w szatni. Łysy bandyta, który katalońskiej bramki strzeże równie mocno jak ojciec nastolatkę o urodzie Freidy Pinto, długowłosy byk z La Pobla de Segur, który u rywali zamiast piłki widzi czerwoną płachtę, Xavi, któremu mózg programował Microsoft, czy wreszcie mikrus z Argentyny, który drogę do bramki rywala znalazłby nawet na bezludnej wyspie. Tak wyglądała ekipa, która wygrywała,
. Ciężko pogodzić się z tym, że te cudowne barwy opuszczają postacie, bez których nie wyobrażamy sobie drużyny, co zdobywała świat. Czasy Pep teamu wspominamy z nostalgią, ale co więcej nam pozostało? Drużyna Martino w niczym nie przypomina tej Guardioli, którą tak bardzo kochaliśmy. Xavi i spółka są wypaleni, zmęczeni ciągłą walką o utrzymanie się na szczycie, brak im motywacji, woli walki. Ta drużyna potrzebuje rewolucji, gruntownych zmian na każdej pozycji, nie tylko na boisku, ale i poza nim. Obecny sezon jest dla Barçy istnym koszmarem. Dymisja Rosella, nieudolne działania obecnego zarządu, śmierdząca sprawa transferu Neymara, w której chyba już nawet on sam nie wie, ile kosztował, czy wreszcie ban od FIFA to ciosy, z którymi nawet taki klub jak Barcelona nie potrafi sobie poradzić. Do tego dochodzą słabsze wyniki zespołu, ogromna fala krytyki zarówno samych piłkarzy, jak i sztabu szkoleniowego, który nie spełnia pokładanych w nim nadziei. W stolicy Katalonii nie dzieje się dobrze i każdy (mam nadzieję, że zarząd również) doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Nad najpiękniejszą futbolową krainą pojawiły się czarne chmury.
Ostatnie dni są wyjątkowo ciężkie dla samej drużyny. Jeszcze tydzień temu mieliśmy wiele powodów do optymizmu. Gra Barçy na kolana może i nie powalała, ale wyniki były naprawdę zadowalające. W pięć dni wszystko runęło, świetnie zapowiadający się sezon może zakończyć się koszmarem. Odpadliśmy z Ligi Mistrzów, praktycznie straciliśmy szanse na obronę tytułu Mistrza Hiszpanii, pozostał... Puchar Króla. Historia zatoczyła koło. Jeszcze do niedawna szydziliśmy, iż to tylko trofeum pocieszenia, puchar najmniej ważny ze wszystkich możliwych. Tymczasem to najprawdopodobniej jedyne trofeum, o jakie pozostało nam zawalczyć wiosną. W lidze od Barcelony nie zależy już nic. By marzyć o cudzie trzeba liczyć na wpadki zarówno Atlético, jak i Realu, a o to, patrząc na terminarz, będzie na pewno trudno. W zgoła odmiennej sytuacji jest drużyna Los Blancos, która po wyeliminowaniu Borussii zameldowała się w półfinale Champions League, w lidze jest punkt przed Barçą i wygląda na faworyta jutrzejszego finału. Nawet pomimo faktu, iż w spektaklu na Mestalla zabraknie wspaniałego Cristiano Ronaldo. A to o czymś świadczy.
Iniesta i jego kompani doskonale zdają sobie sprawę, że ten wieczór może być ostatnią szansą na uratowanie sezonu i twarzy zespołu będącego cieniem drużyny, która zdobywała czternaście pucharów w ciągu czterech sezonów. Coraz częściej mówi się o zmianach, jakie po zakończeniu sezonu dotkną bordowo-granatowych. Żadnych zmian nie będzie, jeśli FIFA nie cofnie zakazu transferowego, jednak wierząc (?) włodarzom Klubu - taka sytuacja nie jest brana pod uwagę. Camp Nou ma opuścić kilka kluczowych postaci z wielkiego Pep Teamu, jak Carles Puyol, Víctor Valdés czy Dani Alves, być może ten okręt opuścić powinien i Xavi. Drużynie potrzeba świeżości, zawodników młodych, głodnych sukcesów, którzy na boisku zostawią serce. O ile postawie Puyola czy Valdésa nigdy nie można niczego zarzucić, o tyle do wielu ich kolegów można mieć o to pretensje poparte wieloma argumentami.
W ostatnich dniach wiele mówi się również o Tacie Martino, którego odejście jest rzekomo przesądzone. Co prawda sam szkoleniowiec jakiś czas temu zapewniał, że wypełni dwuletni kontrakt z Klubem, jednak ostatnie wyniki przelały czarę goryczy. W szatni powinien rządzić trener - w tej szatni tak nie jest.
Nie wszystko jednak przedstawia się w czarnych kolorach. Jeśli szukać pozytywów w obecnym sezonie, to na pewno można dostrzec je właśnie w pojedynkach z Realem. O motywację zawodników Martino w Gran Derbi akurat martwić się nie trzeba, co pokazały już dwa poprzednie, wygrane mecze. Oba pojedynki ligowe dostarczyły sporej dawki emocji, za każdym razem zwycięsko z batalii z odwiecznym rywalem wychodziła Barcelona i miejmy nadzieję, że jutro będzie podobnie. Na Camp Nou Blaugrana zwyciężyła po golach Neymara i Alexisa. Rewanż był prawdziwą piłkarską ucztą, którą w obecnym sezonie przebił chyba tylko jeden mecz na europejskich boiskach. Ostatni spektakl Liverpoolu z Manchesterem City - nie wiem, czy można wymagać czegoś więcej od futbolowego święta. Wspomnienie ofiar z Hillsborough, najpiękniejszy piłkarski hymn na świecie i wielkie boiskowe widowisko, po którym nie wytrzymał nawet wspaniały kapitan Steven Gerrard. Po łzach tego fenomenalnego człowieka uświadomiłem sobie, co każdy z Culés będzie czuł po odejściu Puyola...
Są w obecnym futbolu kapitanowie więksi od tego Liverpoolu i Barcelony? Ja o takowych nie słyszałem. Bohaterem Blaugrany z rewanżowego pojedynku został Messi, który ustrzelił hat-tricka. Jutro to właśnie w jego stronę kierowane będzie najwięcej spojrzeń. Argentyńczyk jest jedną z ofiar ostatnich wyników zespołu. Mówi się, że oszczędza się na mundial, że zgubił gdzieś blask, którym do niedawna czarował na boisku rywali i kibiców. Jutro będzie miał najprawdopodobniej ostatnią szansę w obecnym sezonie, by udowodnić, że Messi nadal jest wielki.
Warunków do równej i wspaniałej walki na pewno nie zabraknie. Już dziś hiszpańska prasa donosiła, iż murawa na Estadio Mestalla jest przygotowana perfekcyjnie. Wobec tego nawet najlepszy ogrodnik świata na co dzień grający z szóstką na plecach nie będzie miał się czego uczepić. O ile rzeczywiście będziemy lepsi.
Katalonia jest państwem, a FC Barcelona jej armią. Armią, która upadła, żeby powstać; powstać, żeby biec; biec, żeby wygrać. Jednego możemy być pewni. To będzie wielki mecz. Blaugrana gra o coś więcej niż Puchar Króla. Gra o prestiż, honor i dumę. O wiarę i uczucia swoich kibiców, które zostały wystawione na próbę. Barça gra o to, by raz jeszcze udowodnić, że piłkarska stolica Hiszpanii nie leży w Madrycie. Od lat tam nie leżała.
Komentarze (557)