Andrea Pirlo: Jak Guardiola próbował ściągnąć mnie do Barçy

Daniel Olbryś

15 kwietnia 2014, 19:15

The Guardian

70 komentarzy

W nowej autobiografii włoskiego pomocnika Juventusu, Andrei Pirlo, znaleźć można fragment, w którym opowiada on o próbie zakontraktowania go przez Pepa Guardiolę. Przyznaje również, że „przyczołgałby się na czworakach", by dołączyć do Barçy, gdyby nie fakt, że nie pozwolił mu na to Milan. Zapraszamy do lektury.

Playstation to prawdopodobnie najlepszy wynalazek świata, zaraz po kole. Odkąd tylko było to możliwe, zawsze grałem Barceloną. No może poza krótkim okresem fascynacji Milanem na początku mojej przygody z tym klubem.

Nie jestem w stanie określić, jak wiele wirtualnych spotkań rozegrałem, ale z grubsza rzecz biorąc, byłaby to liczba niemal cztery razy większa od tej w rzeczywistości.

Pirlo kontra Nesta to klasyczny pojedynek w czasach naszego pobytu w Milanello. Szybko wstawaliśmy, jedliśmy śniadanie o dziewiątej, by później zamknąć się w pokoju i katować gry na Playstation aż do jedenastej. Później był trening, a po treningu kolejna sesja przy konsoli - aż do czwartej po południu. Doprawdy życie pełne poświęceń.

Nasze pojedynki były pełne emocji - Sandro (Alessandro Nesta - przyp. tłum.) grał Barçą, ja również. Zawsze wybierałem do składu najszybszego zawodnika, czyli Samuela Eto'o, ale i tak dość często zdarzało mi się przegrać. Wkurzałem się, odkładałem kontroler, ale po chwili znów byłem żądny rewanżu. I tak w kółko.

Nie żebym szukał tanich wymówek, na przykład że jego trener był lepszy od mojego - zarówno u mnie, jak i u Sandro był to Pep Guardiola. Przynajmniej pod tym względem nasze pojedynki były wyrównane.

Pewnego dnia pomyśleliśmy o porwaniu go. Żywego, tak jak stał. To było 25 sierpnia 2010, kiedy graliśmy z Milanem na Camp Nou w przedsezonowym meczu Pucharu Gampera. Planowaliśmy uczynić go naszym zakładnikiem zaraz po zakończeniu spotkania. Aby nie wypadł nam w drodze powrotnej do Włoch, musielibyśmy go przeciąć na pół, a to nie byłoby zbyt dobrym pomysłem. Jak on by to przeżył?

Jak się jednak okazało, Guardiola uprzedził nasze plany. Tamtego wieczora na Camp Nou odciągnął mnie na bok od moich ukochanych i najbliższych. Patrząc z perspektywy czasu, może ci ludzie nie byli mi tak bliscy, jak myślałem, ale cóż... Wróćmy do głównego wątku.

Po zakończeniu spotkania wszyscy byli ciekawi zachowania Zlatana Ibrahimovicia, szalonego, przypominającego tykającą bombę, skonfliktowanego ze swoim agentem (legendarnym Mino Raiolą). Szwed miał na pieńku z Barceloną i był bardzo bliski przejścia do Milanu. Kilku kolegów z drużyny próbowało namówić go na ten ruch, podczas gdy ci z Barcelony czynili dokładnie to samo, nakłaniając go do pozostania w klubie. No i dziennikarze, próbujący namówić go do uchylenia rąbka tajemnicy, co zresztą nie zajęło im dużo czasu.

„Chciałbym grać na San Siro, w jednej drużynie z Ronaldinho", mówił Zlatan. „Tutaj trener nawet ze mną nie rozmawia. W ciągu pół roku odezwał się do mnie może ze dwa razy", dodał.

Nie było w tym nic dziwnego - w końcu Guardiola oszczędzał słowa dla mnie. Wykorzystując fakt, że flesze kamer skupione były nie na nim, lecz na Ibrahimoviciu, zaprosił mnie do swojego biura. Wychodząc z szatni, zauważyłem jednego z najlepszych przyjaciół i zaufanych współpracowników Guardioli, czekającego na mnie. Tego wieczora pełnił niejako rolę szpiega, ale w innym życiu Manel Estiarte był najlepszym zawodnikiem waterpolo na świecie. To drugi człowiek w historii całego świata zdolny do tego, by chodzić po wodzie.

„Andrea, chodź ze mną, trener chce cię widzieć", zawołał do mnie.

Bez czepka na głowie trudno było mi go rozpoznać, ale zerknąłem na niego jeszcze raz i poczułem ten charakterystyczny zapach chloru.

„W porządku, vamos", odpowiedziałem.

Nikt nie musiał mnie dwa razy prosić. Wszedłem do środka. Pokój był urządzony dość surowo, na stole stało czerwone wino. „Cóż, nieźle się zaczyna", mruknąłem do siebie. Na szczęście najbardziej pożądany trener świata tego nie usłyszał. Jego styl mówienia jest podobny do mojego - powiedzmy, że nie jest to głos operowego tenora... „Usiądź wygodnie, Andrea", zwrócił się do mnie perfekcyjnym włoskim.

Nie skupiałem się na żadnym innym elemencie pokoju poza osobą, która mnie do niego zaprosiła. Guardiola siedział w swoim fotelu. Zaczął opowiadać mi o Barcelonie, mówiąc, że to inny świat, samodoskonaląca się, perfekcyjna maszyna. Był ubrany w białą koszulę oraz czarne spodnie, dopasowane kolorem do krawata. Jego elegancja aż biła po oczach, podobnie było w trakcie rozmowy.

„Dziękuję, że zgodziłeś się, aby tu przyjść".

„Dziękuję za zaproszenie".

„Potrzebujemy cię tutaj, Andrea".

Od razu można stwierdzić, że nie lubi owijać w bawełnę. Po kilku minutach przeszedł prosto do rzeczy. Jego zadaniem jako zawodnika było prowadzenie gry, zaś jako trener nauczył się atakować, zawsze jednak w tym samym, nienagannym stylu.

„Jesteśmy już bardzo mocni, naprawdę nie mógłbym prosić o więcej, ale ty byłbyś wisienką na torcie. Szukamy pomocnika, który byłby alternatywą dla Xaviego, Iniesty i Busquetsa i właśnie ty nim jesteś. Masz wszelkie argumenty, by grać w Barcelonie, w tym jeden absolutnie kluczowy - jesteś zawodnikiem klasy światowej". 

Podczas tego półgodzinnego spotkania przez dłuższy czas siedziałem cicho i pozwoliłem mu mówić. Słuchałem i co najwyżej kiwałem głową. Byłem tak zaskoczony, że wszystkie odruchy zostały spowolnione. Byłem bardziej oszołomiony niż podekscytowany, wręcz wstrząśnięty całą sytuacją, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

„Wiesz co, Andrea... Ten ruch wynika z tego, że w taki właśnie sposób tu działamy. Nie marnujemy czasu. Chcielibyśmy cię kupić, rozmawialiśmy już z władzami Milanu. Powiedzieli „nie", ale nie poddajemy się: jesteśmy Barçą. Jesteśmy przyzwyczajeni do pewnych odpowiedzi, ale, koniec końców, niemal zawsze inni zmieniają zdanie. Spróbujemy porozmawiać z nimi jeszcze raz. W międzyczasie szepnij im słówko lub dwa".

Do tamtej pory niczego mi nie powiedzieli. Nie wiedziałem nawet, że jestem obiektem zaciekłych negocjacji na rynku futbolowych dóbr luksusowych.

„Jeśli do nas dołączysz, znajdziesz się w wyjątkowym miejscu. La Masía, nasza akademia młodzieżowa, to nasza duma i radość - żaden inny klub tego nie ma. To działa jak w zegarku, jak orkiestra w filharmonii: nie ma miejsca na fałszywe nuty. Każdego roku przychodzi stamtąd kilku zawodników, gotowych, by nosić nasze barwy".

„Nasi mistrzowie są stąd, oczywiście poza tobą. To, co robimy, jest bardzo piękne, ale zarazem bardzo wymagające. Czasami wygrywanie może wycieńczać".

Nigdy bym się tego nie spodziewał. Może spędziłem zbyt dużo czasu przy Playstation, do tego stopnia, że utknąłem w środku, zassany do równoległego wszechświata przez moje hobby, zdany na łaskę maga, w którego rękach byłem marionetką.

„Musisz tutaj przyjść Andrea. Zawsze lubiłem cię jako piłkarza. Chcę być twoim trenerem".

Od razu pomyślałem o Sandro - umarłby z zazdrości, gdybym mu o tym powiedział. Zabierałem 50% Guardioli, które miało należeć do niego.

„Nawet jeśli Milan powiedział „nie" na chwilę obecną, nie poddamy się. Zobaczymy, jak potoczą się sprawy".

Tak jak do Realu Madryt (w zasadzie to nawet bardziej od Realu), do Barcelony przyczołgałbym się na czworakach. W tym czasie byli najlepszym zespołem na świecie - czy trzeba dodawać coś więcej? Ich styl gry był nie widziany od dawien dawna: krótkie podania z pierwszej piłki na małej przestrzeni oraz ich absolutnie szalona umiejętność utrzymania piłki w posiadaniu.

Podstawowym założeniem ich filozofii było zdanie - „piłka jest nasza i zamierzamy ją zatrzymać". Łącząc to z intuicyjnym porozumieniem i niesamowitą umiejętnością przemieszczania się, jak gdyby sterował nimi sam Bóg, można powiedzieć: Rolex z bateriami Swatch'a. Wyrafinowany, odporny na ząb czasu.

„Porozmawiajmy wkrótce znowu", powiedział Guardiola. „Wracaj bezpiecznie do Milanu, miejmy nadzieję, że nie zostaniesz tam na długo".

„Dzięki raz jeszcze. To była bardzo zajmująca rozmowa".

Opuściłem jego biuro oszołomiony. Byłem jednym z ostatnich, którzy wsiedli do autobusu Milanu, ale nikt nie zwrócił na to uwagi. Z nosami przyciśniętymi do szyb, wielu zawodników przyglądało się scenie na zewnątrz. Ciekawi i zarazem urzeczeni widokiem Ibrahimovicia, balansującego na cienkiej linie. Z jednej strony wygasająca miłość do Barcelony. Z drugiej Milan oraz iskierka, która miała przerodzić się w prawdziwy żar.

Zmierzaliśmy w odmiennych kierunkach, Ibra i ja. Świat wiedział sporo o jego sytuacji, o mojej - nic a nic. Jeżeli te ciche podchody poskutkowałyby trwałym związkiem, stałbym się częścią naprawdę świetnego zespołu i stanął przed kolejnym, wielkim wyzwaniem. Bez wątpienia, pasowałoby mi to.

Rozmowy wciąż trwały, jednak, koniec końców, Milan pozostał nieugięty. Wydawało mi się, ża tak miało pozostać na zawsze. Myśleli wówczas, że wciąż byłem zdolny do wszystkiego i zablokowali mój transfer, bez wdawania się w dalsze negocjacje. Było trochę rozmów, pogawędek, raz było lepiej, raz gorzej, ale nic poza tym.

Uważałbym się za szczęściarza, jeśli miałbym okazję współpracować z Guardiolą, ponieważ zawsze odciska on swoje piętno na zespołach. Buduje je, kształtuje, prowadzi, gani, pielęgnuje. Czyni je znakomitymi ekipami. Wznosi je na wyższy poziom, coś więcej niż futbol. Ibrahimović myślał, że obraża go, mówiąc o nim „filozof", ale jakby się temu uważniej przyjrzeć, to całkiem niezły komplement.

Bycie filozofem oznacza myślenie, poszukiwanie mądrości i posiadanie zasad, które kierują i wpływają na to, co robisz. To nadawanie znaczenia rzeczom, odnajdywanie swojej ścieżki życia, wiara w to, że w każdym wypadku dobro zwycięży zło, nawet jeśli po drodze będziesz zmuszony cierpieć.

Guardiola zebrał to wszystko i zastosował w piłce, nauce niedoskonałej. Łamał sobie głowę i parł przez mgłę, bardziej dzięki ciężkiej pracy niż zwykłym przemyśleniom. To, co osiagnął, nie było dziełem cudu, raczej wynikiem ukradkowego programowania swoich podopiecznych. Jego styl jest jak crèma catalana - łatwo przyswajalny. To fikcja pomieszana z rzeczywistością; rejs pomiędzy dwoma światami z Manelem Estiarte u boku.

Innymi słowy, po prostu Playstation.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (70)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze