Przy Canaletes mówią. Ten inny Samitier

Mateusz Bystrzycki

26 lutego 2014, 22:50

14 komentarzy

„I kiedy w przyszłości najwyższy trybunał historii będzie debatował, aby wydać sąd na temat każdego z nas, sukces albo porażka na jakimkolwiek stanowisku, które będziemy piastować zostaną ocenione poprzez odpowiedzi na te cztery pytania: Czy rzeczywiście byliśmy odważnymi ludźmi? Czy byliśmy naprawdę ludźmi uczciwymi? Czy byliśmy naprawdę ludźmi prawymi? Czy byliśmy naprawdę ludźmi poświęcającymi się?"*

Jak pokochać „podwójnego agenta", który odebrał FC Barcelonie Alfredo di Stéfano? Jak pokochać piłkarza, który w poszukiwaniu lepszej gaży zdezerterował do Realu Madryt? I wreszcie, jak pokochać człowieka, który sympatyzował z generałem Francisco Franco? Mimo niewybaczalnych przewin barcelonismo ciągle pamięta o Josepie Samitierze. Nie sposób pominąć jego legendarne 333 trafienia i późniejsze sukcesy na trenerskiej ławce Barçy.

Urodził się 2 lutego 1902 w Barcelonie. Od początku był inny niż wszyscy. Gdyby znała go Zofia Kucówna, mogłaby powtórzyć słowa wypowiedziane na pogrzebie nieodżałowanego Tadeusza Janczara: „Takich ludzi wymyśla Pan Bóg, gdy jest w dobrym humorze, po dobrym obiedzie, gdy nie uwierają go ludzkie grzechy i gdy słucha anielskich chórów. Takich ludzi prawie nie ma". Samitier łączył w sobie sprzeczności i plątał paradoksy, przeglądając się w lustrze życiowej przewrotności. Poruszał, budził kontrowersje, nie pozostawiał obojętnym. Żył pełnią życia, jakby chcąc na zawsze zapomnieć o trudnym dzieciństwie i czasach, gdy musiał dorabiać jako hydraulik. Jeden z pierwszych idoli barcelonismo miał w sobie coś dekadenckiego, na kształt wewnętrznego sprzeciwu i oczywistej kontestacji świata.

Wywodzący się z robotniczej rodziny Josep Samitier i Vilalta dzieciństwo spędził w dzielnicy Can Batlló, tuż obok olbrzymiego zakładu włókienniczego. Po lekcjach błąkał się po zakątkach ulicy Muntaner, gdzie często można było spotkać piłkarzy FC Barcelony. Niektórzy twierdzili, że miał w zwyczaju przesiadywanie na stadionie „Blaugrany" nawet wtedy, gdy jego ukochana drużyna nie rozgrywała meczu. Kiedy „Duma Katalonii" podejmowała rywali na boisku przy ul. Indústria, z balkonu obserwował poczynania swoich idoli. Najbardziej imponował mu Paulino Alcántara, który pewnego razu, po obejrzeniu w akcji „Samiego", wypalił bez zastanowienia: „Ty będziesz piłkarzem".

W zamian za transfer do FC Barcelony Samitier otrzymał nowy garnitur i zegarek. Nie musiał już dorabiać. Po roku od dołączenia do Barçy zadebiutował w oficjalnym meczu. Szybko na nowo zdefiniował pozycję pomocnika. Wołano na niego „El Mag", choć zwinność jego ciała przywoływała skojarzenia z konikiem polnym. W szatni „Dumy Katalonii" spotkał swojego przyjaciela z dzieciństwa, Emilio Sagiego Liñána, znanego jako Sagibarba. W trakcie wakacji w Cadaques obaj widywani byli w towarzystwie Salvadora Dalí, ekscentrycznego, acz wybitnego, surrealisty. On opowiadał im o swoich obrazach, zaś „Sami" i Sagibarba uczyli malarza gry w piłkę nożną.

W 1925 roku Samitier był najlepiej opłacanym piłkarzem w Hiszpanii. Jego sława znacznie wykraczała poza świat futbolu. Wziął udział w reklamie popularnego wermutu Cinzano. Wystąpił także w filmie Francesco Roviry-Belety pt. Once pares de botas (pol. Jedenaście par butów). Był członkiem legendarnej drużyny Jacka Greenwella z Paulinho Alcántarą, Ricardo Zamorą, Félixem Sesúmagą i Franzem Platko w składzie. W 1928 roku, po zdobyciu przez FC Barcelonę kolejnego Pucharu Króla, z balkonu Pałacu Parlamentu na słynnym Plaça de Sant Jaume wykrzyczał: „Przed wyjazdem obiecaliśmy wam, że wygramy. Dziś przynosimy wam to trofeum". W sumie w barwach FC Barcelony uzbierał dwanaście tytułów mistrza Katalonii, jedno mistrzostwo Hiszpanii i pięć Pucharów Króla.

W 1920 roku został powołany do pierwszej w historii hiszpańskiej drużyny narodowej. Ekipa trenowana przez Francisco Bru zdobyła na Igrzyskach Olimpijskich w Antwerpii srebrny medal. Dla „La Furia Roja" Samitier zagrał dwadzieścia jeden meczów. W tym samym czasie reprezentował barwy Katalonii. Swoje przywiązanie do regionu manifestował niemal na każdym kroku. Tym większe zaskoczenie towarzyszyło jego przenosinom do Realu Madryt. Po sporze z kierownictwem FC Barcelony postanowił dołączyć do grającego dla „Królewskich" Zamory, z którym utrzymywał bliskie stosunki. W stolicy Hiszpanii spędził tylko dwa lata. Mimo to, pomógł Realowi w zdobyciu mistrzostwa Hiszpanii za sezon 1932/33 i Pucharu Króla w 1934 roku.

Na dwa lata zawiesił piłkarskie buty na kołku. Nie mógł jednak rozstać się z futbolem, więc postanowił zostać trenerem. Miał zapobiec spadkowi Atlético Madryt, gdzie zastąpił legendarnego Freda Pentlanda, twórcę unikalnego stylu gry Athletic Bilbao. Nie udało się. Szkoleniową karierę Samitiera brutalnie przerwał wybuch wojny domowej. Już wówczas plotkowało się o jego sympatii do gen. Francisco Franco, w związku z czym został aresztowany przez anarchistyczną milicję. Tuż po zwolnieniu wyjechał do Francji, co w celach propagandowych wielokrotnie wykorzystywali nacjonaliści. Madrycki dziennik „Marca" na pierwszej stronie obwołał go niemal „męczennikiem" komunistycznych rozbojów. W październiku 1936 roku, za namową Ricardo Zamory, postanowił wznowić piłkarską karierę i dołączył do OGC Nice. W 82 meczach w barwach „Orłów" strzelił 47 goli.

W 1944 roku triumfalnie powrócił do Hiszpanii. Szybko został trenerem FC Barcelony, z którą wywalczył m.in. pierwsze od szesnastu lat mistrzostwo Hiszpanii. Kolejne miesiące nie były jednak aż tak udane. Po trzech latach szarpaniny uznano, że „Sami" lepiej poradzi sobie w roli skauta i dyrektora technicznego klubu. 10 czerwca 1950 roku na Estadi de Sarrià obejrzał mecz z udziałem węgierskiej drużyny Hungaria. Olbrzymie wrażenie wywarł na nim nieznany w Europie László Kubala. Samitier uznał, że „Duma Katalonii" potrzebuje sprytu i strzeleckiego instynktu rewelacyjnego Węgra. W późniejszym czasie Kubala naznaczył epokę i stał się legendą FC Barcelony, której dzięki swoim golom podarował m.in. 4 mistrzostwa kraju.

W 1953 roku Barça chciała pozyskać argentyńskiego napastnika, Alfredo di Stéfano. „Sami" osobiście pilotował ten transfer, ale wychowanek River Plate Buenos Aires trafił ostatecznie do Realu Madryt. Okazało się, że Samitier współpracował z „Królewskimi", wspieranymi przez reżim gen. Franco. Jako „podwójny agent" niemal od początku optował za umieszczeniem di Stéfano w Madrycie. Barcelonismo otrzymało bolesny cios prosto w serce, a „Sami" na dobre rozstał się z „Blaugraną".  

Samitier jest jednym z nielicznych piłkarzy FC Barcelony, których imieniem nazwana jest jedna z ulic stolicy Katalonii. Znajduje się ona w Zona Universitària, nieopodal Mini Estadi. Łączy tereny Uniwersytetu Barcelońskiego z obiektami Barçy. Niepozorna, wąska, w towarzystwie Avinguda Diagonal prezentuje się nad wyraz skromnie. Zupełnie nie oddaje charakteru Samitiera, ani dnia, w którym w akcie hołdu została mu poświęcona. 16 września 1993 roku w ceremonii oficjalnego otwarcia udział wzięli niemal wszyscy przedstawiciele środowiska „Blaugrany", począwszy od prezydenta klubu Josepa Lluísa Núñeza, przez burmistrza miasta Pasqualla Maragalla, a skończywszy na wdowie po piłkarzu, Valentinie Soler. I pewnie byłoby to święto barcelonismo, gdyby nie fakt, że w jednym z pierwszych szeregów znalazł się Alfredo di Stéfano, legenda „Królewskich". Tym samym ironia losu napisała doskonałe posłowie do życia wielkiego „Samiego". Historia znów wybuchła ekstatycznym rechotem.

*John Fitzgerald Kennedy, 9.01.1961 r.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (14)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze