Gerardo Martino to dobry fachowiec. Ma wysokie kompetencje, pomysł na Barçę, odpowiedni - na ile można ocenić - kontakt z zawodnikami i szybko, harmonijnie zaadaptował się w Europie. Jest tylko jeden problem. Nie jest to problem Argentyńczyka. To cecha klubu jako instytucji.
W takim miejscu jak FC Barcelona nie wszystko zależy od trenera. Zwłaszcza takiego, który ledwie debiutuje w Europie.
Świetny start absolutnego debiutanta
Nie ma co się rozpisywać o zawodowej przeszłości Martino. Co wiedziałem, już napisałem. Gdy się na czymś nie znam - chętnie oddaję głos ekspertom.
W przeddzień zakontraktowania przez Klub, El Tata był dla mnie jak nieznany pretendent, challenger, który wyprzedził na ostatnim okrążeniu wszystkich faworyzowanych rywali i wygrał Derby na Służewcu. Miałem swoich faworytów - kiedyś będzie okazja na ten wątek - i głównym nie był tu Bielsa. Od momentu oficjalnej prezentacji Martino był dla mnie gościem z czystą kartką.
Bywam surowy dla „czystych kartek". Ludzie pojawiający się znikąd na eksponowanej pozycji zbyt często łamią się pod presją wielkich wyzwań i jeszcze większych oczekiwań. Od pierwszego dnia w klubie Gerardo Martino zdobył moje uznanie.
Kilka konferencji, wypowiedzi o sobie i sprawach bieżących. Ostrożne acz stanowcze przedstawienie swojej roli w klubie i pomysłu na zespół. Człowiek budzący szacunek nie ubiorem, akcesoriami czy pojedynczymi wystudiowanymi pod publiczkę manierami, lecz słowem i ogólnym zachowaniem. Przenikliwością, mądrością, wiedzą zrazu nie dostrzegalnymi dla każdego słuchacza.
Dlatego nie przepadają za nim katalońskie media. Jest spoza ich bajki. Nie dość, że z zewnątrz, to ma swoje zdanie, twardo przy nim stoi i nie chce się spoufalać (jak tracący grunt pod nogami Rijkaard). Na „konfach" GM nie uznaje słodkiego ględzenia w sosie z fałszu i PR'owo pojmowanej dyplomacji. Tata mówi jak jest. Prosto i czasem dla culés (zwłaszcza catalanes) boleśnie. Szanuj go lub znielub jeszcze bardziej.
Taka postawa trenera z oddali w połączeniu z wynikami (podkreślam: wynikami; na styl trochę już narzekałem), jakie uzyskuje jego drużyna, wzmaga we mnie szacunek do tej postaci. Na dzień dzisiejszy Barça jest liderem tabeli pomimo fenomenalnej kampanii Atlético; Superpuchar - choć w bólach, to zdobyty; wyjście z I miejsca LM - spokojne i pewne. Pod wodzą Argentyńczyka sezon idzie Katalończykom zgodnie z oczekiwaniami. Kolejne plany realizowane są bez wpadek (vide remis „odnowionego" Realu w PK), a jakościowy progres drużyny widoczny jest z tygodnia na tydzień.
Skąd więc tak agresywna krytyka względem G. Martino? Zapamiętała w swym uwielbieniu dla - barcelońskiej na wskroś! - boiskowej magii (Messi) oraz klubowych ikon (Xavi, Puyol, Iniesta), pragnąca na każdej pozycji bajecznego technika (Busquets, Alves, Alba) publika prędzej skieruje swą krytykę na nowego, obcego trenera niż swych pupili. Racjonalne powody grają tu mniejszą rolę, tak jest łatwiej. To ludzkie. Tylko krótkowzroczne, przez co zupełnie nierozsądne.
Obcy
Martino wygląda mi na człowieka dumnego w szlachetnym znaczeniu tego słowa; pracowitego i świadomego własnej wartości. Widzę w nim mobilizację do osiągnięcia celów i oddanie Barçy. Na płaszczyźnie zawodowej momentalnie zsolidaryzował się z długofalowymi celami klubu, aktualnymi bolączkami drużyny i czekającymi go zaraz po wyłączeniu kamer wielkimi wyzwaniami. Podczas powitalnej konferencji z dziennikarzami sprawiał wrażenie osoby w pełni „zadomowionej" w nowym otoczeniu, mówiącej o nowym miejscu pracy jak o nowym domu. Jeśli ktoś nie znałby szalonej, niespodziewanej drogi jaką Tata Martino dotarł na Camp Nou, słuchając jego wypowiedzi mógłby odnieść wrażenie, że Argentyńczyk jest w klubie od dawna.
Obecny trener jest jak wielu ludzi podróżujących niezależnie od branży za pracą i marzeniami do innych krajów, na inne kontynenty. Pracowity, rzetelny, na chłodno zdystansowany od swoich obowiązków. Swym zachowaniem przed kamerami przypomina wielu innych południowych Amerykanów w Europie. Po pracy - czas do domu, do rodziny, zamiast z kumplami na cervezę albo cien montaditos. To duży kontrast, zwłaszcza w Hiszpanii, tak chętnie wychodzącej wieczorami z rodziną lub przyjaciółmi. Również z takich względów zorganizowany niedawno przez trenera grill dla drużyny spotkał się z tak zaskoczoną reakcją prasy.
Poza tym, że momentami jakby wycofany, Martino wygląda na człowieka zupełnie niezainteresowanego całą tą polityką współczesnej, jakże skomercjalizowanej, piłki. Nigdy nie zostanie ulubieńcem aforystów (kolejny kontrast - tu względem swego poprzednika z Santpedor), nie jest dobrym mówcą. Z mediami obchodzi się szorstko. Nie przypomina modela. Rzut oka na strój podczas meczu też mówi wiele o stosunku El Taty do szeroko pojmowanej futbolu otoczki.
W ligach Ameryki Południowej trenerzy kierują drużynami podczas meczu w dresach, polówkach, dżinsach. Nie jest wyjątkiem spotkanie piłkarzy w strefie mieszanej w stroju meczowym zamiast ekstrawaganckich koszul od YSL czy Dsquared² i obuwia z krokodyla. Podczas gdy w Europie trenerskie ławki i trybuny z kontuzjowanymi / niepowołanymi graczami przypominają od lat rewie mody, po drugiej stronie oceanu w centrum uwagi nadal pozostaje futbol.
Zamiast podśmiewać się z fashionowej ignorancji szkoleniowca z Rosario, warto dostrzec w nim pogrążonego w pracy fachowca, skupionego na niczym innym tak bardzo jak na swoich obowiązkach. Zielona koszulka polo z El Corte Ingles, którą tuż po przyjeździe do stolicy Katalonii kupiła trenerowi Barçy jego żona, stanowi tego pastelowy symbol. Detal mówiący o trenerze Martino więcej niż wszystkie jego konferencje.
Skromny człowiek w skromnym ubiorze, który woli, aby mówiły za niego osiągnięcia na boisku, wyniki niż cała reszta. Podczas gdy inni trenerzy klubów tego formatu miewają na sobie kwotę 100x wyższą, Tata woli koszulkę z domu handlowego za 80 euro, bo „dostał ją od żony". Pozostaje sobą i jest w tym ujmująco naturalny.
Powiew świeżości
Oczywiście, Gerardo Martino imponuje mi nie tylko tym, że zachowuje swój styl przy bocznej linii. Ma go też na boisku.
Katalońskie i hiszpańskie media mają problem z byłym szkoleniowcem Nullsów nie tylko dlatego, że zdarza mu się otwarcie mówić prawdy niepopularne. Trener z dalekiej dla Europejczyka Argentyny jest jak bryza znad oceanu „wtargająca" nad siedzibę klubu. Bryza świeżości. To świeżość, której nie uzyskamy efektem AXE, raczej: spojrzenie na rzeczy z nowej perspektywy.
Znane nam od lat niepisane zasady Camp Nou, Martino przyszedł i... skruszył? Może kiedyś, póki co: przeobraził, zinterpretował na nowo. Zmniejszył impakt różnych czynników, bez zbędnych ceregieli wprowadziwszy i wprowadzając nadal w zespole szereg zmian.
Messi sadzany w trakcie meczu na ławę, Puyol odsuwany na boczny tor, coraz bardziej eksponowana rola (już po trzech miesiącach momentami nawet lidera!) Neymara, sporo minut dla Songa, chwilami zbawienne dla losów meczów odkopanie indywidualności w grze Sáncheza, bivote jako pełnoprawna taktyka alternatywna, która zaczyna Barçy mecze.
Zmiany - żadne wielkie, raczej: poprzesuwanie akcentów. Jednak w konserwatywnej Katalonii, piłkarsko zakochanej w samej sobie, i to wzbudza kontrowersje. Co widać w gazetach.
Już widać reakcje samego trenera. Martino nie czuje wsparcia otoczenia dla swoich koncepcji; wobec mediów wsparcie piłkarzy to za mało. Na back-up Rosella i Zarządu trener będzie mógł liczyć dopiero w maju, po ewentualnym zdobyciu mistrzostwa Hiszpanii. Z tym że w maju sam Martino może juz nie chcieć w katalońskiej stolicy pracować i już teraz daje ku temu czytelne aluzje w wypowiedziach publicznych.
Samotność trenera
Martino nieźle odrobił zadanie domowe. Wydaje się właściwie interpretować źródła problemów do niedawna najlepszej drużyny świata. Wie, co poprawić i gdzie. Nie zawsze (jeszcze?) wie „jak", ale kto nie próbuje, ten nie ma rezultatów. W próbach tych wyraźnie można dostrzec, że nowy trener nie ma od swoich przełożonych pełnej swobody działań.
Brakuje mu jej i stojącego za nią zaufania Zarządu. Szuka rozwiązań i znajduje je (chęć sprowadzenia obrońcy, transfer wysokiego napastnika w kwiecie wieku i niskiej cenie), lecz nic nie zostanie zrealizowane przy braku sojuszników. Analizując medialne zapowiedzi transferów i ich rychłe dementi ze źródeł bliskich Zarządowi, klub nie pozwala Argentyńczykowi rozwinąć na ławce skrzydeł. Z poparciem nie spieszą się kibice. W reakcjach prasy trudno szukać sympatii.
Nie chodzi o to, że Barça to dla niego za wysokie progi. Wręcz przeciwnie. Całym dystansem tego sezonu Tata udowadnia, że umie sobie poradzić. Z okresem zmiany, w jakim po Pepie wciąż tkwi Barça. Z wielkimi piłkarzami, wielkimi zadaniami, wielkimi nieobecnościami (kontuzje) i generalnym kadrowym niedoborem na paru kluczowych pozycjach (stoper, lewy obrońca, silny def. pomocnik, napastnik o innej charakterystyce niż... barcelońska). Dobre wejście w sezon, utrzymanie pozycji lidera, zwycięskie GD - nowy trener daje radę, a jestem pewien, że może być jeszcze lepiej.
Tymczasem okoliczności zarysowane kilka zdań wcześniej nie sprzyjają osiąganiu najlepszych wyników. Co każe tym bardziej docenić dotychczasowy przebieg sezonu pod wodzą Martino.
Dobra robota z dobrymi pomysłami i długofalową perspektywą
Zastanówmy się, że krytykuje się (za co, tak naprawdę?), marudzi na trenera, który - niezależnie od innych problemów i dylematów - pół sezonu rozgrywa bez Messiego! Gdzie mimo tej kolosalnej straty jest Barça? Tam, gdzie powinna być. Realizuje swoje cele na wszystkich czterech frontach. Jeden z nich już zrealizowany - i to przeciwko rewelacji sezonu w skali całego kontynentu. Dopiero czas uczynił z Supercopy osiągnięcie wartościowe, gdy współcześnie do dwumeczu narzekano (ja też) z lewa i prawa... O aktualnościach w lidze i pucharach dodawać już nic nie trzeba.
Można łamać ręce nad polityką kadrową FC Barcelony, kwestionować różne decyzje władz, wypominać wyczerpanie pewnej filozofii, modelu drużyny, nieskuteczność i ogólną postawę części (zdradzających oznaki wypalenia) piłkarzy. Jednak w ramach wszystkich ograniczeń - tych racjonalnych i, przynajmniej częściowo, stworzonych jakby sztucznie „od góry" - szkoleniowiec z Argentyny próbuje stworzyć produkt końcowy najlepszy, jak się da. Uważam, że działając w ramach swoich możliwości, El Tata robi naprawdę dobrą robotę. Jego wizja, zgodnie z którą podejmuje istotną część swoich decyzji, z pewnością wykracza daleko poza ten sezon. Niezależnie od tego, ile on sam spędzi tu czasu.
... gdy trener nie jest Katalończykiem ani Holendrem
Do trenera Martino nie mam wielu pretensji. Prawie żadnych. Jednakże jemu - uwzględniając niezależne odeń wewnątrzklubowe okoliczności - do doskonałości na Camp Nou naprawdę wiele nie brakuje. Nie miał presezonu, przyszedł z marszu, drużynę dostał „bez możliwości" (jak ujął to Bartomeu) kadrowego wzbogacenia latem i z postępującym kryzysem tożsamości, z powodu kontuzji skład momentami musiał sklecać z półśrodków i dobrej nadziei. Mimo to, były opiekun Newell's musi mierzyć się z oczekiwaniami na miarę najlepszej drużyny, którą Barça wciąż może się w tym sezonie stać, ale realnie nie jest nią od lat blisko trzech. Być może zbawienną dla tej drużyny orientację coacha Blaugrany na zmiany, komentuje się z rosnącym uznaniem.
Gdy Martino odejdzie, będzie to duża strata dla klubu. Ale na pewno nie jego wina. Wydaje mi się, że robi, co może. Lecz nie może wszystkiego, bo klub i otoczenie aż za dobrze dają mu odczuć, że nie jest ani „stąd, ani z Holandii".
Komentarze (114)