Przy Canaletes mówią. FC Barcelona Monachium?

Mateusz Bystrzycki

22 listopada 2013, 10:57

20 komentarzy

Od Redakcji: W sobotę wielki hit Bundesligi. Czy Bayern Pepa pokona Borussię Kloppa? Z tej okazji artykuł stałego felietonisty FCBarca.com, M. Bystrzyckiego. Ile Barçy Pepa jest dziś w grze Bayernu?

W czwartek, 14 listopada, zostały przyznane prestiżowe w Niemczech nagrody „Bambi", honorujące szczególne osiągnięcia medialne i telewizyjne. Oprócz ludzi kultury i gwiazd estrady jedną z kategorii są dokonania na niwie sportowej. Podczas uroczystej gali w Berlinie statuetkę w tej kategorii

z rąk Pepa Guardioli były trener Bayernu Monachium, Jupp Heynckes. W emocjonalnej przemowie Katalończyk pogratulował swojemu poprzednikowi osiągniętych sukcesów.

- Jupp, dla mnie zawsze będziesz przykładem, zarówno na polu zawodowym, jak i ludzkim. To ty zbudowałeś zespół, który zdobył potrójną koronę. Zostawiłeś mi doskonałą drużynę. Nie da się pobić Twojego osiągnięcia - powiedział Guardiola. Słusznie. Trener z Santpedor dysponuje wieloma talentami, ale trudno udowodnić jego wkład w ubiegłosezonowe sukcesy Bayernu. Możliwe jest jednak zbadanie wpływu Pepa na aktualną grę Dumy Bawarii. Ile jest FC Barcelony Guardioli w Bayernie bez Heynckesa?

- To był nasz najlepszy mecz. Widziałem Bayern, który chcę oglądać co trzy dni. Ta drużyna przybrała dziś kształt bliski ideałowi - powiedział Pep Guardiola po spotkaniu z Manchesterem City. Był 2 października. Duma Bawarii pokonała w meczu fazy grupowej Ligi Mistrzów City 3:1. Od pierwszych zajęć Pepa z monachijczykami minęło dokładnie 99 dni. To dobry moment na wstępne podsumowanie, choć niejeden podręcznik futbolu zakłada wstrzymanie się z sensownymi ocenami aż do upływu minimum 2 lat.

Na Etihad Stadium Bayern Monachium całkowicie zdominował Manchester City. Manuel Pellegrini - którego Real Madryt w 2010 roku sprawił Barcelonie niemało kłopotów - dość niespodziewanie postawił na Micah Richardsa w miejsce Pablo Zabalety. Chilijczyk odesłał także na ławkę rezerwowych Davida Silvę, Álvaro Negredo i Javiera Garcíę, którzy w różnych miejscach boiska gwarantują jakość w operowaniu piłką. Obywatele mieli wygrać to spotkanie agresywną siłą, dyscypliną taktyczną, motoryką oraz dobrym przygotowaniem kondycyjnym. Powyższe założenia uwidoczniły się dopiero w ostatnich dziesięciu minutach meczu, kiedy nieco zmęczeni i rozluźnieni Bawarczycy spuścili z tonu.

Kluczową strefą okazał się, niemal jak zawsze w starciach tego kalibru rywali, środek boiska. Fernandinho, Yaya Touré oraz rzadziej Samir Nasri mieli utrudniać Bayernowi swobodne rozgrywanie piłki w okolicach centrum, co ma kluczowe znaczenie dla postawy drużyn Guardioli. Pep uważa bowiem, że najlepsi piłkarze jego teamu powinni grać w środku, ponieważ tam znajduje się cały „system operacyjny". Co ważne, w tę strefę został zepchnięty najlepszy piłkarz The Citizens, Sergio Agüero, który odsunięty od pola karnego Manuela Neuera musiał wikłać się w męczące pojedynki z doskonałym w destrukcji Philippem Lahmem. Argentyńczyk został zneutralizowany, nie stanowił dla defensywy Bayernu żadnego zagrożenia. Kun z rzadka szukał miejsca na flankach, lecz nie dość, że Rafinha oraz David Alaba wyjątkowo dobrze wywiązywali się ze swoich obowiązków destrukcyjnych - to zejście Agüero na jedno ze skrzydeł skutkowało zatrważającą samotnością Edina Dzeko. Bośniak żyje z sytuacji wypracowanych mu przez kolegów, a bez Agüero jego zaplecze niemal nie istnieje. Między innymi dlatego, że uwikłany w przepychankę w środku boiska Nasri szybko stracił zapał i pomysł na grę.

Z pewnością był to przemyślany zabieg, o którego przygotowanie należy podejrzewać zabranych przez Pepa z Barcelony Carlesa Plancharta i Domeneca Torrenta. Ponadto, nieco wymuszona kontuzjami zmiana pozycji Lahma zdała w tym spotkaniu egzamin, jak nigdy wcześniej. 30-latek doskonale regulował tempo gry, skutecznie utrudniając życie piłkarzom gospodarzy. Kiedy Bayern tracił piłkę, reprezentant Niemiec „wklejał się" w linię obrony, odgrywając rolę przypominającą monachijski odpowiednik Sergio Busquetsa.

Istotną dla obrazu gry była również postawa skrajnych defensorów Dumy Bawarii. Rafinha i David Alaba skupiali się głównie na poczynaniach defensywnych. Zwłaszcza Austriak nie miał łatwego zadania (Rafinha nierzadko rezygnował z gry ofensywnej, dbając o równowagę, coś a'la Éric Abidal na lewej flance Barçy). Jego rywalem był błyskotliwy Jesús Navas, który zazwyczaj ustawia się bardzo szeroko. Tym razem Andaluzyjczyk był umiejętnie spychany przez Alabę do środka tak, aby obrońca Bayernu nie musiał toczyć skomplikowanych pojedynków biegowych. To z kolei otwierało pole dla agresywnej pracy w odbiorze Franckowi Ribéry'emu, który pozbawiwszy Hiszpana piłki natychmiast rozpoczynał akcję Bawarczyków ze środka boiska. To część subtelnych innowacji Guardioli, o których reprezentant Francji mówił już po pierwszym treningu pod okiem Pepa.

- Trener zapytał mnie, czy mogę grać w środku, na pozycji „dziesiątki". Nie mam z tym problemu. To daje mi większą władzę na boisku i odpowiedzialność za grę - ujawnił Ribéry. Ostatecznie Francuz pozostał na lewej stronie pomocy, ale niemal w każdym meczu Bayernu dostrzegalne są momenty, w których operuje w środkowej strefie boiska. I wcale nie idzie o rzeczoną „dziesiątkę", a znaną Blaugranie i Leo Messiemu „fałszywą dziewiątkę". Playmakerami na Allianz Arena są Bastian Schweinsteiger i Toni Kroos, rzadziej Mario Götze. Ribéry, ze swoją dynamiką, techniką użytkową, szybkością oraz doświadczeniem, jest piłkarzem bardzo decydującym. Zresztą trudno oprzeć się wrażeniu, że Pep udoskonalił i tak już imponująco skuteczną współpracę na linii Ribéry - Alaba. Czy nie dostrzegacie oczywistego odniesienia do kooperacji Daniego Alvesa z Messim z początku pracy Katalończyka na Camp Nou? Dwójkowe akcje, obiegnięcia defensora, zwrotne wykładanie piłki do środka pola karnego lub płaskie wstrzelenie wzdłuż linii bramkowej...

W omawianym meczu z City Bayern doskonale organizował grę zaraz po stracie piłki. Intensywny, agresywny, pełen pasji pressing zakładany już przez Thomasa Müllera (Niemiec zagrał kosztem słabszego w tym elemencie Mario Mandzukicia, to nie przypadek) był dla Manchesteru niemal zabójczy. W okolicach piłki momentalnie pojawiało się ok. trzech zawodników Guardioli, którzy zaraz po wykonaniu sprintu wracali na swoje pozycje. Imponujący był kolektywny aspekt takiego działania. Każdy piłkarz znał swoją rolę i zadania, wiedział co i jak powinien wykonać, aby praca jego kolegów nie poszła na marne. To był wysoki pressing zorientowany na piłkę, nie na rywala. Zawodnik gospodarzy, który właśnie otrzymał futbolówkę, miał możliwość jej oddania, ale kiedy tylko się zawahał lub wybrał ryzykowne rozwiązanie, Manchester tracił piłkę, nierzadko pod własną bramką. To zwyczajowo kończyło się dobrą okazją Bayernu. The Citizens, którzy w normalnych warunkach dysponują szerokim wachlarzem ofensywnych możliwości, nie mogli odszukać choćby jednego kanału dystrybucji piłki. Totalny paraliż!

Warto pochylić się nad rolą Müllera nie tylko w pressingu. Reprezentant Niemiec wystąpił w tym spotkaniu na pozycji środkowego napastnika, nie zaś „fałszywej dziewiątki". Wychowanek Bayernu doskonale czuł się w powietrznych pojedynkach z Matiją Nastasiciem i Vincentem Kompanym, choć ewidentnie preferował grę naprzeciwko Gaela Clichy'ego. Müller umiejętnie „łamał" akcje z prawej strony do środka, „wyciągając" Francuza z jego posterunku. To z kolei otwierało pole dla Robbena, który mógł pozwolić sobie na ulubiony strzał lewą nogą lub dośrodkowanie na wbiegających w pole karne Joe Harta Ribéry'ego, Alabę czy Kroosa.

W drugiej połowie na nic zdało się logiczne przesunięcie Agüero na wysokość Dzeko. Ciekawy zamiar zaowocował jednak totalną bezproduktywnością drugiej linii gospodarzy. Na tle bezsilności w szeregach Obywateli lepiej dostrzegalna była uniwersalność i zmienność środków atakowania Bayernu. Elastyczność monachijczyków zachwyciła piłkarski świat już w poprzednim sezonie, jednak wydaje się, że Guardiola nieco ją ograniczył, przesuwając akcenty na posiadanie piłki i wymianę niezliczonej ilości podań. Mimo to, monachijczycy potrafili tego dnia przeprowadzić groźny kontratak, chwilę wcześniej nabierając sił w spokojnej, nieco głębiej okopanej defensywie, aby w następnej akcji zdecydować się na długie podanie pod pole karne Harta od Dante. Ta mnogość środków dezorganizowała grę obronną Manchesteru.

W końcu Bayern zaczął słabnąć. Na tym etapie sezonu przygotowanie motoryczno-kondycyjne drużyny nie znajduje się na optymalnym poziomie. Interwałowa intensywność gry Bawarczyków sprawiła, że okolicach 75. minuty The Citizens wreszcie doszli do głosu. Guardiola oddelegował do pracy w środku boiska jednego ze swoich ulubionych zmienników, Jana Kirchhoffa. Była to odpowiedź na wprowadzenie przez Pellegriniego trudnego do upilnowania Álvaro Negredo oraz nieco statycznego, ale skutecznego w walce fizycznej, Jamesa Milnera. Przede wszystkim jednak chodziło o zneutralizowanie najgroźniejszego ze zmienników gospodarzy, Davida Silvy, który zajął miejsce „dziesiątki". Kirchhoff wzmocnił drugą linię, ale nierzadko wraz z Lahmem schodził do obrony. Milner sprawił Rafinhi dużo kłopotów, choć największą krzywdę wyrządził gościom duet Negredo - Silva. Zresztą, po zdobyciu gola na 3:1 były snajper Sevilli miał świetną okazję do wpakowania bramki kontaktowej. Bayern grał już wówczas w dziesięciu, bowiem czerwoną kartkę otrzymał Jerome Boateng. Znamienne, że do końca na ławce pozostali Daniel Van Buyten oraz Diego Contento, a obok Kirchhoffa na boisku pojawili się Xherdan Shaqiri oraz Mario Götze.

Pep ciągle chciał mieć piłkę, wychodząc z prostego, jakże „barcelońskiego" założenia, że to najlepszy sposób na obronę. Nie: głęboka defensywa i blokowanie dostępu do bramki, lecz: nieustanne operowanie futbolówką i oddalanie gry od własnej strefy obronnej. Skończyło się na komfortowym 3:1 i zachwytach piłkarskiego świata.

Nie twierdzę, że Bayern do złudzenia przypomina Barcelonę. Jestem od tego daleki, także zważywszy na fakt, że aż 11-krotnie w tym sezonie Bawarczycy grali w wyjściowym ustawieniu 4-1-4-1, co na Camp Nou za kadencji Guardioli nigdy nie miało miejsca. Byłoby jednak dziwne, gdyby Pep nagle wystąpił przeciwko swoim priorytetowym przekonaniom. To zrozumiałe, że stara się odcisnąć autorskie piętno na zwycięskim, niemal doskonałym zespole Heynckesa w sposób sobie właściwy. Katalończykowi idzie o ewolucję, a nie rewolucję. Aksamitne przeobrażenie odbywa się jednak wg modelu przypominającego najlepszą Barçę w historii. Koronnym dowodem na przynajmniej częściową „barcelońskość" Bayernu z meczu z Manchesterem City jest wspomnienie spotkania z 31 marca 2010 roku.

Wówczas w 1/4 finału Ligi Mistrzów Blaugrana zmierzyła się w Londynie z Arsenalem. Goście objęli prowadzenie dzięki golowi Zlatana Ibrahimovića, następnie Szwed dołożył drugie trafienie. Barcelona prezentowała się doskonale, nie dopuszczając Kanonierów (z Alexem Songiem, Ceskiem Fàbregasem czy Nasrim w składzie) do głosu przez 70 minut batalii. Potem jednak coś się zacięło. Kontaktowego gola zdobył Theo Walcott, a na 5 minut przed końcem wyrównał Fabs. Wychowanek Barçy wykorzystał rzut karny podyktowany za faul Carlesa Puyola, a Blaugrana kończyła ten mecz w „dziesiątkę". Pierwszym zmiennikiem Pepa, jeszcze przy stanie 1:2, był... Thierry Henry. Analogia wydaje się oczywista.

Mateusz Bystrzycki - od 12 lat wykonuje zawód dziennikarza sportowego. W 2009 roku trafił do stacji Sportklub Polska, gdzie pracuje do dziś. Na przestrzeni ostatnich lat skomentował blisko 400 meczów z udziałem najlepszych drużyn świata.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (20)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze