„Przyzwyczajony byłem do rzucania kośćmi,
czułem strach w oczach moich wrogów.
Słuchałem, jak tłum śpiewa:
"Umarł król, niech żyje król!"
W jednej chwili ściskałem klucz,
a zaraz potem drzwi były dla mnie zamknięte.
I odkryłem, że moje zamki stoją na filarach zbudowanych z soli i piasku". **
- Chciałbym kontynuować drogę, jaką rozpoczęto tu przede mną. Podoba mi się praca Pepa Guardioli, który dokonał tu wielkich rzeczy. Chcemy wrócić do tego, co przyniosło Barcelonie tak wiele trofeów - powiedział na „dzień dobry" Gerardo Martino. Trudno o lepszy wstęp.
Odwołanie się do idei, która przyniosła klubowi najlepsze wyniki w historii, wsparte autorytetem ikony współczesnego barcelonismo. Od momentu, gdy Barcelona Guardioli łapczywie zagarniała dla siebie laury światowego futbolu, najwybitniejsi trenerzy globu zastanawiali się, jak skruszyć kataloński monument. Poprzednie dwa sezony pokazały, że tajny kod Blaugrany został rozszyfrowany. Nie w całości, ale w znacznej jego części. - Przez wiele lat prowadzili nas trenerzy z wewnątrz, najpierw Pep Guardiola, później Tito Vilanova, i przejaskrawiliśmy nasz styl gry do tego stopnia, że staliśmy się niewolnikami tiki-taki. Tata przyszedł z zewnątrz, ale posiada tę samą ideę gry w piłkę, jednak oprócz tego ma też w arsenale inne opcje gry - wyznał Gerard Piqué. W podobne tony uderzyli Adriano, Alexis czy Xavi, ale także Andreu Fontàs i Nico Pareja, którzy w bardziej lub mniej dyskretny sposób stwierdzili, że Barça Martino jest odpowiedzią na niedostatki Barçy Vilanovy. Trudno się z tym nie zgodzić, przy jednoczesnym zastrzeżeniu, że „barcelońskość Barcelony" jest jej największym osiągnięciem w historii. W moim przekonaniu kataloński sposób na wygrywanie jest najlepszy na świecie, ale drużyna potrzebuje planu „B". Drobne korekty nie oznaczają wyrzeczenia się unikalnej tożsamości Barçy czy wystąpienia przeciwko dotychczasowym wartościom.
- Sytuacja Taty jest skomplikowana. Z pewnością jedynym, co może zrobić, jest kontynuacja idei. Trudno jest powiedzieć co może nowego wnieść. Jak można ulepszyć Giocondę? Domalować jej wąsy? - pytał przekornie César Luis Menotti, który doskonale zobrazował niełatwą sytuację swojego rodaka.
Start Martino był niemal idealny. Pomimo wielu przeciwności losu Blaugrana sięgnęła po Superpuchar Hiszpanii, rywalizując z ekipą, w której wymagającego rywala dostrzeżono dopiero kilka kolejek po starcie Primera División. Błąd. Atlético Madryt Diego Simeone już wcześniej skutecznie prężyło muskuły. Po 7:0 z Levante nadszedł najlepszy start w historii klubu, wyhamowany cokolwiek spodziewanym 0:0 z Osasuną.
Tata stworzył najlepszą defensywę spośród wszystkich trenerskich debiutów na Camp Nou. Wprowadzając indywidualne krycie przy stałych fragmentach gry lepiej rozdzielił obowiązki defensywne. Długie przerzuty spod bramki lub bardziej bezpośrednie zawiązanie akcji przez Víctora Valdésa ograniczyły ryzyko utraty piłki pod własnym polem karnym. Zwłaszcza, gdy obrona Barçy straszyła nas wspomnieniem z poprzedniego sezonu. Istotnym jest zastrzeżenie, że słaba dyspozycja obrońców wynikała nie tylko z obniżenia lotów przez poszczególnych zawodników, ale również - a może przede wszystkim - ze słabszej pracy całego zespołu, mniej intensywnego pressingu czy krótszego czasu posiadania piłki. Krzyżowe podania Javiera Mascherano czy Gerarda Piqué to nic innego jak uproszczenie gry w sektorze, w którym dodatkowa komplikacja przyniosła nam sporo kłopotów. - Nie chcemy zmieniać stylu gry drużyny. Powiedziałem, że to nawiązanie do stylu gry Rafy Márqueza, ale zapomniałem o Koemanie. Dwadzieścia lat temu on też posyłał takie podania. Nie stosuję niczego, co byłoby Barcelonie obce - powiedział na jednej z konferencji Martino. Barcelona nie wywraca do góry nogami swojej taktyki, a jedynie poszerza jej potencjał. Na korzyść Argentyńczyka działają również rozsądna dyspozycja minutami powracającego do zdrowia Carlesa Puyola, rozkwit Marca Bartry (nieco wymuszony kontuzją Mascherano), konieczny odpoczynek dla Gerarda Piqué czy też zmyślna zamiana pozycji Geriego i El Jefecito na mecz z Realem Madryt. To był taktyczny majstersztyk! Niechaj podsumowaniem będą znamienne liczby. Barcelona Martino po 12 kolejkach w lidze, 2 meczach w Superpucharze Hiszpanii i 3 w Lidze Mistrzów: 9 straconych goli. Barcelona Vilanovy na tym samym etapie: 22 stracone gole. Czy Piqué, Alves czy Adriano poczynili aż tak zauważalne postępy? Czy są w olśniewającej dyspozycji? Nie, poprawiła się kolektywna gra obronna drużyny. No i Valdés. To przybysz z kosmosu, inna kategoria, coś co nie podlega liczbom, a stanowi przyczynek do dyskusji nad złożoną psychiką człowieka.
Wróciły również dawno niewidziane na Camp Nou pressing, intensywność oraz szaleńcze pościgi za rywalem bez piłki. - Pressing to coś, nad czym pracujesz na treningach, ale jego skuteczność zależy od zmotywowania piłkarzy i ich nastawienia - tłumaczył Gerardo Martino. Tata ewidentnie trafił do głów piłkarzy, przywracając im mentalność zwycięzców. To trudne zadanie, ponieważ cechy wolicjonalne, jak żadne inne u wyczynowych sportowców, są bardzo zindywidualizowane i zmienne. Blaugrana znów odczuwa głód sukcesów, wynikający z odwołania do dobrych wzorców. Raz jeszcze Menotti: „Prawdziwe zmęczenie u piłkarza nigdy nie dotyczy mięśni. O wiele łatwiej zregenerować się fizycznie, niż mentalnie". Ta grupa jest wygrana, tuzy Barçy są Mistrzami świata i Europy, w niektórych przypadkach trzykrotnymi zdobywcami Pucharu Europy. I choć trudno w to uwierzyć, to wciąż tylko ludzie. Podatni na samozadowolenie i próżność. Jest jednak ktoś, kto wyłamuje się spod omawianych reguł. To „ulepszony" przez Martino Sergio Busquets. A przecież wydawało się, że Busi osiągnął już doskonałość. U Taty w niektórych meczach gra nawet wyżej aniżeli Xavi czy Iniesta. Generał zostaje wówczas z tyłu, a Busquets może radować nasze oczy popisami w stylu tych mediolańskich, kiedy raz po raz rozrywał defensywę Milanu prostopadłymi, wertykalnymi piłkami. I tu dochodzimy do meritum. W wykonaniu Barçy obserwujemy więcej szybkich, bezpośrednich podań, które w krótszym czasie zbliżają Blaugranę do strefy obronnej przeciwnika. Najlepszym dowodem są gole zdobywane przez Barçę w meczach z Levante, Celtikiem, Rayo Vallecano czy Celtą Vigo (brawo za eksperyment z doble pivote, udany zwłaszcza w drugiej połowie).
Imponująca jest również odwaga z jaką Martino wprowadza rotacje. Na wszystkich pozycjach, w każdej formacji. Nietykalnym jest jedynie Víctor Valdés, niepewnym 90 minutowego występu może być nawet Leo Messi, co do tej pory wyobrażał sobie jedynie we frywolnych żartach. Tata pamięta o dotychczasowych dokonaniach tuzów Barçy, ale na pierwszym miejscu stawia ich aktualną dyspozycję, rozegrane mecze oraz charakter rywala. Przez pierwsze tygodnie pracy Argentyńczyka Andrés Iniesta pełnił rolę rezerwowego, aby przypomnieć o swoim geniuszu w najważniejszym momencie, w trakcie Gran Derbi.
Dla byłego szkoleniowca Newell's jasnym jest, że Xavi nie jest już tym zawodnikiem, co kiedyś. Ten niewielki, aczkolwiek znaczący dla całej drużyny spadek wydajności Generała, jest jednym z powodów, przez który Martino nie opiera całej gry Dumy Katalonii na maniakalnym posiadaniu piłki. Argentyńczyk umiejętnie przesunął ciężar dotychczas wykonywanych przez Xaviego zadań na doskonale dysponowanego Fàbregasa. Martino to pierwszy trener Barçy, który ma konkretny plan na wykorzystanie niepodważalnych umiejętności Cesca. Stąd gole i imponująca liczba ostatnich podań Fabsa, który jeszcze nigdy nie był tak decydujący.
Najbardziej decydujący jest jednak Neymar. Brazylijczyk stworzył zabójczy atak z Alexisem Sánchezem. Nie Messi, a właśnie Chilijczyk jest najefektywniejszym partnerem Neya. Wynika to m.in. z faktu, że Alexis dużo biega bez piłki, jest aktywny i chętny do uczestnictwa w niemal każdej akcji zaczepnej. Ponadto, został obdarzony niezbędnym zaufaniem przez trenera i klub, przez co czuje się doceniony i ważny. Słaba dyspozycja Messiego, tak sportowa, jak i mentalna, jest tematem na inną okazję. Neymar, ostrożnie wprowadzany przez Martino, otrzymał dużo swobody w ofensywie, przy czym szybko zrozumiał taktyczne zawiłości Barçy. Ponadto, dysponuje olbrzymim głodem brania na siebie ciężaru odpowiedzialności, przez co łatwiejsze zadanie mają dysponujący większą przestrzenią Messi i Alexis. Martino nie boi się również eksperymentów - w meczu z Celtikiem Ney wystąpił na środku ataku, co skutkowało większą swobodą Alexisa i Pedro.
A propos Pedrito - obok Tello jest w tej chwili najsłabiej dysponowanym zawodnikiem Barcelony. Efekt? Niewielka liczba minut w najważniejszych bojach. Brutalne, ale skuteczne i obiektywnie słuszne. Zadaniem Martino jest jednak odzyskanie dla drużyny tak Pedro, jak i Tello, a przede wszystkim Messiego, który pozostaje najlepszym piłkarzem świata. W danej chwili, gdy drużyna rozgrywa 3 mecze w przeciągu 6 dni (Real, Celta, Espanyol) akcenty muszą zostać przeniesione na bieżące funkcjonowanie drużyny. Kolejne „plusy" Martino? Paradoksalnie poświęcenie Messiego w Gran Derbi, Dani Alves atakujący środkiem boiska, reaktywacja Alexisa (7 goli i 3 asysty w Primera División, w poprzednim sezonie 8 trafień w całych rozgrywkach), rozsądne zmiany (np. Alexis z Realem czy Xavi na „uspokojenie" zawodów).
Gerardo Martino stara się znaleźć kompromis pomiędzy pierwotną filozofią Barcelony, a ewolucjami, które mają stanowić element zaskoczenia. Barça nadal jest urzekająco barcelońska, ale w skomplikowanych momentach oglądamy jej nową wersję. Blaugrana posiada piłkę i cieszy się z możliwości operowania nią, ale coraz częściej będziemy oglądać długie piłki z obrony do ataku, szczególnie kiedy „tyły" znajdą się pod presją. Przeniesienie akcentów z mniej produktywnej formacji pomocy na bardziej bezpośrednią grę wydaje się w zupełności logiczne. Miguel Ángel Lotina powiedział ostatnio: „Barça jest inna. Chociaż Martino powiedział, że nie ma wielkiego wpływu na grę swojego zespołu, to ja się z tym nie zgadzam. On w bardzo inteligentny sposób prowadzi drużynę i pozostaje silny, co sprawia, że staje się tak szanowany i podziwiany w świecie futbolu". I jeszcze Fabio Capello: „Martino przejął drużynę w szczególnym momencie: po okresie sukcesów Guardioli i Vilanovy. (...) Postępuje mądrze, nie chce wszystkiego zmienić. Jest niezwykle inteligentny, postępuje ze swoimi największymi gwiazdami w sposób, który mi się podoba. Ma jasno sprecyzowane cele i wie, jak przekonać zespół do własnych pomysłów".
Zapnijcie pasy. To nadal będzie fascynująca podróż.
* Artykuł powstał na kanwie felietonu Pepa Guardioli, który w marcu 2007 roku ukazał się na łamach El País".
** Coldplay, „Vida la vida".
Komentarze (16)