Nie jestem fanem sformułowania, które widzicie stojące w tytule. Niezaprzeczalnie jest medialne. Spłyca i upraszcza, ignorując kontekst, co mówi wiele o współczesnych mediach. Z drugiej strony... hej, kto jeszcze rok-półtora temu ośmieliłby się podsumować takimi słowami Gran Derbi?!
Dlatego tak wdzięcznym wydaje się punktem wyjścia do krótkich rozważań o meczu sprzed tygodnia.
Kolejny raz w tym sezonie Valdés jednym z bohaterów meczu, ojców zwycięstwa. Mnogość błędów z obu stron. Piłkarskich, sędziowskich, taktycznych. Sferę tych ostatnich możemy chyba uznać za jedyną, gdzie Real jednoznacznie zdystansował tego wieczoru Blaugranę.
Zapadnie głęboko w pamięć z tego meczu nieskuteczność Realu obok drastycznie gorszej jakości gry niż za Mourinho, ale nie dajmy się tak łatwo zwieść zapędom idealistycznym kibicowskiego procesora. Choć podopieczni Martino bardziej od rywala wyglądali na grupę ludzi z zamysłem, to też nie zagrali partii doskonałej. Ba, można się spierać, czy określenie jej w wykonaniu gospodarzy „dobrą" byłoby na miejscu.
Wynik nie mówi wszystkiego o przebiegu meczu, nawet jeśli część obserwatorów chce, by mówił wszystko zawsze. Barceloniści wiedzieli, co chcą w tym meczu zrobić, i wiedzieli jak. Tylko, że realizowali to długimi momentami nieudolnie i nieefektywnie.
Gladiatorzy przemienieni w...
Takie były te Gran Derbi. Dziwne. Ostro kontrastujące z fanfaronadą piłkarskiej magii i zawziętości, do których przyzwyczaiły nas ostatnie lata. Ktoś podkradł czarodziejską różdżkę Juanowi Macie i sporą część starcia tytanów, pojedynku gladiatorów przemienił w jakąś metroseksualną piłkarsko formę podchodów. Intensywność i poziom GD otrzymaliśmy zdefiniowane na nowo. Stawka pozostała ta sama, co zwykle: o chwałę, dumę i przewagę punktową, choć obie strony wyglądały bardziej jakby nie chciały jej przegrać niż dążące wszystkimi siłami do zwycięstwa.
Koniec końców przeciąganie liny przez dwóch niedomagających z różnych przyczyn konkurentów wygrał ten dojrzalszy na tym etapie sezonu. Czy culés mieliby prawo pomstować na czym stoi świat, gdyby wynik był dokładnie odwrotny? Ewentualnie, remisowy?
O szprychy cień
Błysk geniuszu Neymara; strzał życia - życia, przynajmniej, barcelońskiego - Alexisa; parady Valdésa: w kategoriach wyniku o tyle lepsza była Barça od Realu. Czy to dużo? Niech każdy oceni sam.
Turbodoładowanie
Podoba mi się prognoza, że zeszłosobotni mecz był nie tylko wydarzeniem o wymiarze doraźnym. Doraźnie trzypunktowym, o prymat nad „Blancos" w tabeli, przejściową poprawę nastrojów fanów.
Ze względu na fundamentalne zmiany w obu klubach, mecz ten zapowiadano jako potencjalną trampolinę na resztę sezonu dla jednych i sceniczną zapadnię dla drugich. Okoliczności preferowały tu Azulgranę o tyle, że z trzech możliwych rezultatów aż dwa zapewniały jej pomeczowy komfort utrzymania przewagi nad przeciwnikiem.
Teza ta zyskuje oczywiście na wiarygodności w przypadku zwycięstwa którejkolwiek z ekip. Po fakcie podoba mi się tym bardziej. Z tarczą i trzema punktami zeszli z murawy właśnie bordowo-granatowi.
Poprzedni akapit polecam traktować z lekkim przymrużeniem oka. Nie zmienia to faktu, że końcowy wynik na Camp Nou wygląda na zgrabne i wymierne zwieńczenie początkowego etapu tego sezonu. Oba kluby nie zachwycały. Więcej cięgów za obraz gry zbierała Barca. Mimo pomyślnego układu planet i sędziowskich decyzji, kolekcjonowanie ligowych punktów z relatywnie większą trudnością przychodzi Realowi.
Po ostatnim gwizdku Gran Derbi i rzucie na 6-punktową różnicę w tabeli możemy tym bardziej uznać, że w rywalizacji z Realem bilans pierwszych 3 pełnych rund (czytaj: „miesięcy") sezonu 2013/2014 dla FC Barcelony. Jednak w przypływie wielkiej euforii nie wolno zapominać, że do rundy dwunastej wciąż daleko. To jeszcze nie koniec i długo nie będzie...
Trampolina dla zwycięskich, sceniczna zapadnia dla pokonanych? Zobaczymy.
Komentarze (33)