W ciszy stadionu. Zmęczenie kibica bezsilnego

Karol Chowański 'Challenger'

23 września 2013, 08:20

199 komentarzy

Jestem zmęczony. Zmęczony tym, jak od kilkunastu miesięcy gra i wygląda na boisku FC Barcelona.

Credo „prawdziwego kibica" zdecydowanie wyklucza takie deklaracje. „Kibic prawdziwy" nie śpi, nie je, wszelkie inne zobowiązania w porze meczu eksmituje na drugi czy ósmy plan. Z klubem jest „zawsze", „na maksa" i każdy mecz ogląda musowo. Choćby realny obraz gry skłaniał do myśli samobójczych bądź womitacji zamiast zaznawania piłkarskiej fiesty. Prawdziwy kibic ogląda mecze swojego klubu zawsze i wszędzie, choćby walił się świat.

Kto ustala takie definicje? Jakieś Stowarzyszenie Kibica Prawdziwego? Czy obowiązują one wszystkich? Bzdura. Granice estetycznej tolerancji na oglądane zjawiska futbolowe (i sportowe w ogóle) każdy wyznacza sobie sam. Subiektywnie. W moim przypadku Barça nie spełnia ich od długiego czasu. Dwumecz Supercopy to tylko haust bezsilności przelewający czarę zmęczenia oglądanym stanem rzeczy.

Uganianie się 22 facetów za gałą obserwuję od tylu lat i na tylu ligowych frontach, że potrafię względnie oszacować arsenał sportowy i potencjał pucharowy każdej drużyny, tak myślę. Nie mam daru przewidywania wyników ligi malezyjskiej, nie mylcie mnie z wróżką, ale ruchy tektoniczne na mapie europejskiego futbolu klubowego obserwuję-śledzę jak partię szachów w takich dawkach, ligowym kolorycie i od takiego czasu, że mam czelność stwierdzić, iż względnie się na tym znam.

Potencjał Barçy do czynienia rzeczy wielkich z takim składem jest praktycznie nieskończony. Co robi z tym potencjałem kataloński klub? Marnuje. Niemal na wszystkich możliwych frontach.

Ostatni wynik jakiegoś ważnego meczu jaki szczerze mnie zaskoczył to finał Ligi Mistrzów Chelsea-MU. Londyńczycy z wygrywania takich meczów uczynili swój znak firmowy. Z drugiej strony, SAF ma w tym samym większe doświadczenie... Przebieg meczu z Atlético zaskoczyć mnie nie zaskoczył. Zaskoczyło, że Barça nie mogła z nim sobie poradzić. Skutkiem tego, jej gry nie dawało się oglądać.

Barçy wartość realna. Nie: sentymentalna

Wobec innych jestem wymagający jak wobec siebie. Współczesna nam Barça skład ma absolutnie mocarstwowy. O jej niepowodzeniach na przestrzeni ostatnich 24 miesięcy decydują wyłącznie decyzje podejmowane z dala od murawy przez działaczy i trenerów. Błędy i zaniedbania.

Charakterystyczne dla obecnego kryzysu Barçy, że ich ofiarami są nie tylko kibice ze swymi zawiedzionymi nadziejami, ale też piłkarze, którzy chcieliby, ale z różnych względów nie mogą. Widzieliśmy to aż za dobrze w obu przegranych na wiosnę starciach z Madrytem, pierwszym meczu z Milanem, podczas porażki z Sociedad i w dwumeczu z Bayernem. W tym ostatnim przypadku widzieliśmy to zresztą z totalnie onieśmielającą potęgą tajfunu.

Te względy, przyczyny niepomyślnego dla wyników Barçy stanu rzeczy, to przede wszystkim chybione decyzje taktyczne, personalne i nieudolna polityka transferowa. Nieuzasadnione forowanie jednych graczy kosztem innych, brak niezbędnego drużynie od dwóch lat nowego stopera światowej klasy, przykry fakt, że Barça umie w futbolu wiele rzeczy, ale jednej nie potrafi. Sprzedawać piłkarzy.

By diagnozę tę dla klubu ze stolicy Katalonii uczynić bardziej przykrą i przy tym bliższą prawdzie, stwierdzić trzeba, że przez cały ten okres są to błędy praktycznie te same.

Rachunek niewykorzystanych możliwości

„Na papierze" z zasobami kadrowymi „Dumy Katalonii" równają się ze 4 inne kluby świata. Powiedzmy, że na dziś to City, Chelsea FC, Bayern i PSG, w zupełnie nieprzypadkowej kolejności. Stan sprzed roku-półtora to Real, długo nic i Chelsea przed City z Bayernem.

Nie ma przypadku, że grono finalistów LM z ostatnich 2 lat wyglądało inaczej, bez Barçy, bez Realu, z przepadłymi dawno w grupie „The Citizens". Decyduje o tym holistyczna sytuacja doraźna klubów, transfery, kontuzje, kunszt jednych trenerów i nieudolność innych. Nieprzewidywalność futbolu to cecha, za którą kochamy go najbardziej. Brak dotarcia Barçy do finałów 2012 i 2013 o Puchar Europy był zawodem dla wielu culés. Styl - a raczej jego brak w obu tych przypadkach - zmartwieniem powinien być znacznie większym.

Spróbujmy spojrzeć na Barçę z zewnątrz. Jaka to Barca?

Generująca najwyższe pensje dla graczy (bez podziału na dyscypliny) w świecie podczas sezonów 2010/2011 i 2011/2012 + III miejsce tego samego zestawienia w roku 2010 i IV w edycji tegorocznej. Skład wytapetowany mistrzami świata i Europy. Imponujące 444,5 miliona euro wydane tylko przez ostatnie 5 lat na „wzmocnienia"*. Najlepszy piłkarz świata. Duet wychowanych w domu i triumfujących od RPA po Polskę geniuszy środka pola. Swego czasu najlepszy piłkarz całej Premier League. Najlepszy strzelec La Roja. Niby najbardziej perspektywiczny stoper futbolu. Dwóch najwspanialszych defensywnych pomocników Premiership, o równie na Camp Nou marnowanym talencie. Cała galeria innych czołowych graczy globu na swoich pozycjach.

Efekt tych faktów jest jaki jest. Drugi rok z rzędu zdarzyła się pucharowa posucha. Mistrzostwo Hiszpanii 2013 smakuje jak jałmużna postawione obok 0:7 z Bayernem i 2:4 w CdR; tym bardziej, że Mourinho odpuścił ją już w listopadzie. (Co było jego wielkim błędem, ale faktu nie zmienia.)

Nieznośny obraz gry, nie odpowiadający w żaden sposób wizualnym kryteriom, do których PepTeam przyzwyczaił nas za swoich najlepszych czasów.

A jak to wygląda w nowym sezonie? Że największym bohaterem, herosem katalońskiego zespołu wzmocnionego kolejną gwiazdą za grube miliony okazuje się... bramkarz.

Przeraźliwie słaby mecz na Vicente Calderón z „przypadkową" wobec przebiegu - praktycznie całego - meczu pod dyktando gospodarzy bramką Neymara. Jeszcze słabszy rewanż Supercopy na własnym boisku. Miny po ostatnim gwizdku barcelonistów, którzy wygrali to trofeum po dwóch remisach, jednej strzelonej bramce i zerowym dorobku na własnym boisku - bezcenne... Nie lepiej było w lidze, gdzie oglądaliśmy kolejno: przeciętny mecz z Málagą, walkę do ostatnich minut o 3 pkt. po dwóch straconych golach na własne życzenie w 45+ minucie I połowy, no i cudem uratowany komplet punktów po kolejnym pokazie defensywnej indolencji w domowym meczu z Sevillą. Barça straciła dwa gole w ostatnich 10 minutach i gdyby nie akcja przeprowadzona w 94. minucie spotkania, które arbiter wydłużył o minuty trzy - Barça z hukiem spadłaby z pozycji lidera tabeli.

Obniżyć kryteria? Tak, pewnie, tak łatwiej. Wielu próbuje. Działacze, dziennikarze, kibice także... Nie. Nie przy wspaniałości składu, jaki Blaugrana po pierwszych niepowodzeniach i odejściu Pepa nadal zachowuje w szatni. Nie przy nakładach łożonych na tę drużynę rok w rok. Nie przy stratosferycznej akumulacji piłkarskiego talentu i umiejętności w tym jednym miejscu na całym piłkarskim globie. Na Camp Nou.

Niewykorzystane możliwości. Czy mówi się o nich wiele? Nie wydaje mi się. Zamiast tego słyszę od fanów odtrąbienie półsukcesów, jak trwająca już 6 lat passa półfinałów w LM... Barça nie stoi dziś na krawędzi. Może w marcu na Bernabéu, na San Siro czy na Stamford Bridge stała. Dziś, po Bayernie, po bezpłciowym Superpucharze, którego największym bohaterem został portero - Barça wisi na gałęzi kilkanaście metrów krawędzią wzgórza pod.

To drogi rachunek. Wystawiam go z przykrością, żalem i zawodem. Trochę głupio, jak jakiś skromny kibic z daleka ma przeświadczenie, że zrobiłby różne rzeczy lepiej pod względem kierowania klubem niż władze pod wieloma względami najbardziej podziwianego klubu świata. Trudno, tak czuję.

Co pozostaje kibicowi?

Co może zrobić kibic? Siłować się z koniem? Petycje pisać, listy dostępnych na rynku za rozsądną cenę stoperów podtykać pod nos, któremu za list tych na pamięć znawstwo i ze znawstwa tego na rzecz klubu korzystanie - klub teoretycznie płaci? Ruch społeczny „Oburzonych culés" powołać? Na jego czele stanąć i na Camp Nou ruszyć uzbrojeni w śpiwory, transparenty i gorzałę? Czasustratodziecinada.

Jestem panem mojego wolnego czasu i to ja decyduję, kiedy co z nim robię. Jako człowiek, jako facet, jako partner, jako przyjaciel, jako syn, jako tego czy owego hobbysta. Dlaczego rola kibica względem wszystkich pozostałych ról człowieka w życiu miałaby być w jakikolwiek sposób dominująca? Bardziej wyrozumiała? A mniej wybredna? Nie wymagająca? Zamiast tego zadowalająca się ochłapami jakości, szczątkami magii, promilem radochy z 90+przerwa+to-co-doliczy-sędzia minut spędzonych przed odbiornikiem za moje kibicowskie zaangażowanie, jakiekolwiek by ono nie było.

To dużo czasu jest, półtorej ponad godziny. Mnóstwo pięknych rzeczy wtenczas da się zaczynić. Radujących i uśmiechających znacznie bardziej niż padaka grana aktualnie przez Twoją ulubioną drużynę. Która - i to w tym wszystkim kluczowe - ma warunki i możliwości gry na znacznie lepszym poziomie. Nie mówię: najlepszym; środowisko konkurencyjne nie śpi i trudno mu się dziwić. Mówię: lepszym niż to, co FCB serwuje mi jako kibicowidzowi już drugi rok z rzędu.

Problem mój z tak grającą Barçą polega na tym, że z jakichś powodów tych warunków i możliwości wykorzystać nie potrafi... Nie mam na to żadnego wpływu. W przeciwieństwie do trenerów i działaczy klubu z Camp Nou, powody te - taktyczne niedoskonałości, kadrowe wakaty, ignorowanie rynkowych okazji oraz rozwoju rywali, uczynienie stawiania na półśrodki strategią, skrajna nieumiejętność prowadzenia transferów wychodzących, brak logiki w budowaniu drużyny - wydają mi się bardzo konkretne.

Złe decyzje podejmowane przez Rosella i jego ludzi, a także byłych i obecnych trenerów - nie są dla mnie irytujące ani frustrujące. Byłbym skrajnie przykrym, smutnym człowiekiem, gdyby takie rzeczy były w stanie trwale psuć mi samopoczucie. Są jednak dla mnie zwyczajnie nudne. Męczące.

Nie mam żadnego wpływu, jak decydenci z Camp Nou interpretują oczywiste fakty. Mam natomiast pełny wpływ na to, kiedy oglądam mecz, a kiedy w tym samym czasie robię coś dowolnie innego. Gdy oglądanie gry Azulgrany przyprawia kibicowi więcej zmęczenia, trudu - niż radości - to decyzja należy do kibica.

Wybór kibica

Po wybuchu powstania 17 czerwca, sekretarz Związku Pisarzy polecił rozdać w Alei Stalina ulotki, w których można było przeczytać, że naród stracił zaufanie rządu i mógłby je odzyskać tylko przez zdwojoną pracę. Czy nie byłoby wszak prościej, gdyby rząd rozwiązał naród i wybrał sobie drugi?   Bertold Brecht

Niemiecka Republika Demokratyczna powstała po wojnie na terenie byłej sowieckiej strefy okupacyjnej. Jak w innych „demoludach", na przestrzeni lat 80. obywatele czuli, że reżim chyli się ku upadkowi. Pozorne reformy Éricha Honeckera nie wystarczały ludziom do godnego życia. Za zjednoczeniem z RFN, wschodni Niemcy „głosowali nogami". Masowo uciekano do Niemiec zachodnich przez Czechosłowację, Polskę, Węgry i Austrię. Exodus ten zmusił władze marionetkowego rządu NRD do oddania władzy, przyspieszył upadek muru i zjednoczenie Niemiec.

Kibic nie musi głosować nogami. Może głosować pilotem i swoim kalendarzem.

Jak w każdym stosunku wiernopoddańczym - typu: demokracja, kapitalizm, terytorium-mieszkańcy, pracodawca-pracownik, muzyk-słuchacz itd. - klub zawsze zostawia kibicowi wybór. Mi, Tobie, nam wszystkim. Zostań lub odejdź. Z nami lub bez nas. Jak się nie podoba, to wyoddalaj. W dzisiejszych czasach to wybór momentami bardzo pozorny, by nie powiedzieć, że żaden (vide względem demokracji czy korporacyjnej supremacji rynkowej), lecz nie piszę tu rozprawy filo-etycznej o całokształcie porządku współczesnego świata, lecz rozprawkę około-tylko-sportową. A w przypadku relacji między klubem, a jego kibicami ten wybór całkiem realnie leży po stronie kibica.

Albo w sobotni, wtorkowy, niedzielny wieczór decydujesz się spędzić niespełna dwie godziny z marnej jakości widowiskiem sportowym, albo robisz z tym czasem cokolwiek innego.

Ostatni raz oglądałem Barçę tak rzadko w ostatnim sezonie Rijkaarda. Mam co robić z wolnym czasem. Futbol nie jest moją jedyną życiową pasją. Co rzekłszy, dodaję, że do regularnego podziwiania wyczynów jedenastu bordowo-granatowych koszulek wrócę gdy jej właściciele znów będą znów zasługiwać na mój czas.

W przeciwieństwie do dwumeczu z Atlético, jakość występów z Ajaxem (nie oglądałem) i Rayo (oglądałem) skłania mnie do nadziei, że powrót tego momentu jest bliższy niż dalszy. Choć bliższy - to wciąż odległy.

Jestem culé i będę nim zawsze. Cule wymagającym. I takim, który, wystawia rachunki, gdy jest za co. Dziś jest.


* Jeśli przy ostatnich wydatkach Realu („Królewscy" zapłacili w tym czasie 693,6 mln), PSG czy Manchesteru City - kwota ta na kimś nie robi wrażenia, to spieszę ze statystykami uzupełniającymi. Ostatni raz, kiedy Barça zanotowała dodatni bilans transferowy to lato 2005. Od ośmiu lat rok po roku Katalończycy kupują za więcej niż sprzedają. Z tego tylko dwukrotnie (2006 i 2012) różnica ta była skromniejsza niż 60 milionów (!) euro „na minusie".

W nowym tysiącleciu (za nami już 13 pełnych sezonów z dwójką na przedzie), Barça tylko dwukrotnie miała na koniec sezonu dodatni bilans transferowy. To sezony 2002/2003 (+ 50... tysięcy euro) i 2005/2006 (+ 3 miliony euro).

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (199)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze