Cofnijmy się do atmosfery sprzed piątku. Zostaw psa. Służę pomocą. Mam... pewne
.
To będzie tekst długi, wielowątkowy i oparty w większości na poszlakach.
Taki, jakie lubimy najbardziej.
Na początek trzęsienie ziemi, a potem tylko ciekawiej
Wymiana uprzejmości pomiędzy Pepem i Tito – którą ktoś mniej ironiczny ode mnie nazwałby konfliktem – nie obchodziła mnie za bardzo. Mijały dni. Do czasu.
Puzzle z zasłyszanych gdzieś fragmentów ułożyły się wreszcie w malowniczo położony bawarski zamek, a poszczególne wypowiadane to przez jednego, to przez drugiego słowa - przestały li brzmieć jak po chińsku. Zadrżała ziemia w Bawarii, zatelepało Camp Nou. W całej historii, nie kryję, mam więcej pretensji do Guardioli (doświadczony to mówca; do tego żywa ikona klubu), ale po kolei.
Lojalność – wartość stara, jak świat. Starsza od busido, Zawiszy Czarnych i rodziny Borgiów. Każdy pojmuje ją po swojemu. Każdy ma swoje ambicje. Granice w niepisanych paktach lojalności pomiędzy przyjaciółmi są szczególnie płynne. Względne i nieuchwytne. Gdy przyjaciół łączy dodatkowo stosunek pracy lub dowolny inny - granice robią się cienkie jak nitki makaronu. Wygląda na to, że Pep z Tito granice własnej przyjaźni przebili z takim odrzutem, że minął rok, a urazy nie minęły.
- Rok?! Jaki rok? – przysłuchujący się naszej rozmowie ze stolika obok jegomość aż fiknął kozła z oburzenia, zdziwienia albo jednego i drugiego naraz. Jasne, Tito był w NYC w styczniu. Cały temat - zamieszanie i związane z tym emocje - leży w tym, iż czółna relacji Guardioli z Vilanovą po 28 latach płynięcia jedno za drugim (dosadniej: jedno w cieniu drugiego) w maju zeszłego roku wzięły i odpłynęły. W przeciwnych chyba kierunkach.
Połowa tego tandemu - jakże zróżnicowanego w zestawieniu swych boiskowych osiągnięć - postanowiła się oddzielić. Pójść nową drogą. Własną. Zapracować na nazwisko. Tym razem swoje, nie cudze. Zastąpić w klubie Pepa – i nie tyle jako swojego niedawnego przełożonego, co słońce świecące nad ich przyjaźnią przez tyle długich lat. Wyjść z cienia. Przez blisko 30 lat choć ten jeden, jedyny raz.
Wygląda na to, że Pep przyjął zachowanie swego byłego asystenta jako policzek. Gest nielojalności.
Co konkretnie? Ciężko powiedzieć, skoro zeznania są tak sprzeczne. Może to, że Tito nie opuścił klubu razem z nim? Może poszło o to, że w procesie stawania się następcą Pepa (którego Vilanova był naturalnie protegowanym, ale Zarząd mógł mieć dowolne inne plany) Tito był spoufalił się z Rosellem. Przy takim scenariuszu przyjaciel wszedł w sojusz z władzami – tymi samymi, które Pep nakłuwał szpilami. Skrytymi raz płycej, raz głębiej pod krasomówczą maską dyplomaty.
A może urazy zrodziły się z tego, że ta sama pożegnalna konferencja prasowa Pepa okazała się na koniec powitalną „presską” jego następcy? Jak już wspomniałem, Pep sam namaścił Vilanovę na swego sukcesora, wielokrotnie potwierdzały to wszystkie trzy strony: Zarząd i obaj trenerzy; nowy i stary. Czyżby jednak ktoś stracił przez kogoś show? Świadomie lub nie, w tamtym "Dniu Pepa" Vilanova przywitał się ze światem jako Pepa następca. Prezes pożegnał byłego pracownika, jak… pracownika. I nikogo więcej. Ogłoszenie giermka na następcę w tej samej chwili, co ogłoszenie jego odejścia – być może wywołało konsternację Guardioli. Z pewnością nie zostało z Pepem wcześniej skonsultowane, o co z kolei szkoleniowiec z Santpedor raczej nie poczuł sympatii do Rosella. Z punktu widzenia Guardioli: zrównano jego pożegnanie z powitaniem przyjaciela, ale instytucjonalnie postacią zdecydowanie dysproporcjonalną; która w danych okolicznościach mogła już - z pełną świadomością - wejść na drogę do bycia w nieformalnej strukturze klubowych współzależności pionkiem, pacynką
.
Czy ktoś kogoś nazwał karierowiczem, czy z drugiej strony padł zarzut o megalomanię?
To przeszłość. Przypomniała o sobie z hukiem 11 lipca w Monachium. Kontekst: w przededniu prezentacji Guardioli mediom, hiszpańska prasa wspomniała, że podczas terapii Vilanovy obaj nie widywali się często. Mimo tego, że Pep mieszkał w tym samym mieście, w którym na leczeniu był Tito. Dziwne, jak na znajomych od blisko trzech dekad, przyjaciół tym bardziej. Pisano, że w klubie różne osoby miały do Pepa o to żal. Trener Bayernu na pytanie jednego z dziennikarzy na sali na ten temat zareagował 5-minutowym monologiem. No i wybuchła medialna bomba.
Czy „przemówienie”, tyrada nieomal – w dodatku po katalońsku, co wymowne, bo Pep posługiwał się nim w sali konferencyjnej Camp Nou relatywnie rzadko w porównaniu do kastylijskiego – dopiero w rok po opisywanych wydarzeniach świadczy dobrze o Guardioli? O obranej przezeń strategii komunikacji w tej sytuacji? Kto się na kogo obraził pierwszy?
Pewna odpowiedź tylko na ostatnie z pytań. Resztę trochę nietypowo dla siebie, zostawiam bez odpowiedzi. Książka, gdzie zostaną one szczegółowo opisane, będzie bankowo hitem. Panie Hunter, do pióra!
Akcja wywołuje reakcję
Wielu korespondentów i publicystów piszących dla mediów z całego świata, Katalończyków i Hiszpanów, odebrało słowa Guardioli z zaskoczeniem. Inni wręcz z oburzeniem. Ten, który dawał Mourinho besztać bez lekkiego choćby rezonansu siebie, piłkarzy i klub z jednym potwierdzającym regułę wyjątkiem – nagle zaczyna wojować szablą niedawnego adwersarza? Przyjmuje taktykę insynuacji, oskarżeń z nazwiska?
Pamiętając o zachowaniach Pepa w Sali konferencyjnej Camp Nou za jego kadencji jako trenera, „zaskoczenie” to czysty eufemizm.
Aż tak dobrze widać wszystko z Monachium? Nie świadczy to najlepiej o Pepie, że uderzył w swój macierzysty klub właśnie teraz. Z wygodnego fotela sali konferencyjnej nowego pracodawcy. A może o to dokładnie chodziło…
O powyższe mniejsza; są ważniejsze pytania. Czemu Pep siedział cichutko na Camp Nou, przedłużając kontrakt o 12 miesięcy mając w serdecznym poważaniu stabilizację projektu sportowego jednego i potem drugiego Zarządu? Jak prezes może mówić o stabilizacji, gdy twój trener trzyma cały klub w szachu jednorocznymi umowami?! Pep mógł regularnie co 12 miesięcy zwyczajnie odejść z klubu. Bez powodu – taki przywilej pracownika zatrudnionego gdziekolwiek „tylko” na rok. „Wypalenie”, nuda, lepsza oferta – motywów cała szafa.
Dla pracodawcy ich postać liczy się tyle, o ile, bardziej liczy się efekt. A ten sprowadzał się do rok po roku tego samego bólu głowy w klubie. Przedłuży czy nie?
Pep to legenda tego klubu, reżyser największych jego sukcesów w historii – ale czy jego zachowanie nad mikrofonami, gdy był trenerem Barçy upoważnia go, legitymuje do tak agresywnego (jak na niego) ataku? Miał cały rok do wylania wszystkich swoich żalów. To samo mógł powiedzieć rok temu w chwili odejścia i byłoby normalniej. Zamiast tego wolał sprzedawać mediom i fanom ckliwe historyjki o „wspaniałym rozwiązaniu”, „słusznej decyzji dla klubu i wszystkich”, „potrzebie odzyskania radości”, spokoju i „poprawności wzajemnych relacji”.
Tym bardziej, że czasami gdy wszyscy opowiadają wokół, że wszystko jest w doskonałym porządku, tak naprawdę może być
odwrotnie.
Ile można pracować w czyimś cieniu? Wystarczy spytać „Miauczyka”. Obejrzeć kilka scen z udziałem tego, co „zawsze drugi”. I momentalnie widać jak na dłoni perspektywę Vilanovy.
Reakcja klubu nastąpiła po niespełna dniu. „Nigdy do niczego nie wykorzystywaliśmy choroby Tito”, oświadczył w imieniu Barçy i trenera wiceprezes Jordi Cardoner. Jego apel o zjednoczenie całego barcelonismo w momencie przejścia Pepa do klubu rywalizującego z Barçą na arenie europejskiej zabrzmiał wiarygodnie. Jakiekolwiek by nie były nieporozumienia Pepa z Rosellem, ewidentnie wyglądają mi na coś osobistego. Jak blisko Pep trzyma się z Laportą i czy ta relacja determinuje jego samopoczucie po opuszczeniu Camp Nou? Na premierowym wystąpieniu 11.07 w nowej roli miał inną minę niż ta z pożegnalnej konferencji w klubie. Skoro wtedy było OK, to czemu po roku przestało?
Z takimi pytaniami cisnącymi się na myśl, gwałtowna reakcja Pepa na konferencji i oskarżycielski ton przekazane długo po opisywanych zdarzeniach – uniemożliwiają mi sekundowanie jego wypowiedziom.
Nie ten czas. Nie ta forma. Klub ustami Cardonera ujął elegancko i delikatnie, że komu jak komu, ale Pepowi raczej nie wypada. Nie w ten sposób.
Wywołany do tablicy
Wkrótce po emisji słów Pepa w świat, FC Barcelona poinformowała o zorganizowaniu konferencji z udziałem Tito we wtorek, 16 lipca. Towarzyszyć trenerowi miał i Zubi.
„W Nowym Jorku spotkałem się z Pepem raz. Widzieliśmy się przez dwa dni (...) Przez kolejne dwa miesiące, po operacji i mojej terapii – już się nie spotkaliśmy. Nie z mojej winy. Pep nie zachował się w porządku i to mnie zaskoczyło. Nikt z zarządu nie wykorzystywał mojej choroby żeby go atakować. Pep nie ma racji, klub chciał mi pomóc i robił wszystko, co było trzeba” – żal w głosie Vilanovy zrobił wrażenie na wszystkich zgromadzonych w sali.
Vilanova powiedział, że potrzebował w tym czasie Pepa jako przyjaciela. Wskazał go wprost, bez zbędnych figur retorycznych jako odpowiedzialnego za brak takiego spotkania. Trudno się dziwić, że Tito poczuł się tym zawiedziony; widocznie dając temu wyraz w rozmowach z przedstawicielami klubu, którzy odwiedzali go później (jak Sandro Rosell). „Niezręcznie mi o tym mówić. On zachował się tak, ja zachowałbym się pewnie inaczej. Dziwnie rozmawia mi się z nim przez media” – zakończył wątek Vilanova, przechodząc w dalszej części spotkania z mediami do spraw kadrowych i transferowych.
Krajobraz „po”
Z całej tej wojenki wyłania się jeden prosty, przykry trochę wniosek. To by chyba było na tyle w kwestii, kto był człowiekiem Rosella, od kiedy i dlaczego. Tito był psychologicznym zakładnikiem przełożonych, die-hard-em prezesa. Został trenerem, bo pozwolił mu nim zostać Zarząd. Chcę tu podkreślić, że nie musiało to być złe dla klubu i zdobyte mistrzostwo jest tu silnym dowodem.
Tę jednostronną zależność wzmocniła dodatkowo konieczność wyjazdu mistera do Nowego Jorku. Nieobecność, którą wielu uważało za szkodliwą dla klubu, wymagającą powołania tymczasowego opiekuna przebywającego na rekonwalescencji szkoleniowca. Rosell zdecydował inaczej, wiedząc, że Vilanova jako trener będzie trenerem posłusznym.
Vilanova dostał zaś wielką szansę poprowadzenia klubu swego życia. Jeszcze większą, gdy spojrzymy na to przez jego okulary. Okulary osoby z cienia Pepa. Nic dziwnego, że od przejęcia stanowiska I trenera ani razu nie wystąpił publicznie przeciw swym szansodawcom. Na infantylność zakrawa zdziwienie wielu, że nie było inaczej.
Co opisane polemiki i ich odpryski przyniosą klubowi? Z punktu widzenia projektu sportowego i długofalowej stabilizacji w klubie, zaowocują pozytywnie czy niekoniecznie? W odróżnieniu od wielu culés nie uważam, aby którakolwiek z opcji miała większe prawdopodobieństwo ziszczenia się od drugiej. Sukces w sporcie zależy od zbyt wielu czynników. Atmosfery wokół klubu, wizerunku instytucji - też. Aczkolwiek ewentualne wystrzelenie duetu Neymar-Messi w stratosferę może przysłonić wszystkie inne jakościowe (drużyna, obrona) i polityczne (władze, post factum względem opisywanych zdarzeń: zmiana trenera) bolączki obecnej sytuacji w klubie.
Sukces w futbolu na najwyższym poziomie zależy od zbyt wiele zmiennych, aby silić się już dziś na proste wyjaśnienia, prognozy. Z głęboko posuniętymi wnioskami instant – poczekajmy. Wstrzymajmy się. Chociaż parę miesięcy. Nie dowiemy się, czy były pomocnik Pepa w tworzeniu jednej z najwspanialszych ekip klubowych w dziejach, awansowany na trenera z podpisem „klakier Zarządu” na tyle wizytówki - odnalazłby w sobie spokój i umiejętności, aby przywrócić tej drużynie jakość, triumfy i chwałę. Nie pozwoliło mu na to zdrowie.
Będę jednak z ogromną ciekawością obserwował, w jakim charakterze towarzyszył będzie Guardiola Laporcie podczas kolejnych wyborów w 2016 roku. Roku, w którym kontrakt Pepa z Bayernem właśnie się skończy. Niezależnie od okoliczności i aktualnej sytuacji w klubie, Barça nie potrzebuje od swojej legendy takich „niespodzianek”.
Mam nadzieję, że podobne słowa pod adresem osób, które zostały na Camp Nou – nie padną już ze strony Guardioli. Dlatego, że nie jestem cruyffistą, laportistą, guardiolistą, zamordystą czy vilanovistą. Ani rosellistą czy martinistą.
Jestem fcbarcelonistą. Jestem culé.
Epilog OK, panie i panowie. Ppsssss, wędrują w górę drzwi. Czas na wysiadkę z DeLoreana. 25 lipca, wtorek o parędziesiąt minut za nami. Nic dziwnego, że po tym wszystkim, co w międzyczasie, Pepowi jest "bardzo, bardzo trudno". Oby wyciągnął parę wniosków na przyszłość i nie torpedował już zbędnymi słowami swego piłkarskiego matecznika - niezależnie od tego, co sam osobiście czuje do obecnego prezesa klubu.
Oby konferencja po dzisiejszym meczu była w wypowiedziach publicznych trenera Bayernu zwiastunem powrotu Pepa, którego znamy najlepiej. Kulturalnego i emanującego spokojem dyplomaty mikrofonu.
Komentarze (81)