W drodze do Hiszpanii

Eoren

8 lipca 2013, 14:48

69 komentarzy

To jeden z najgroźniejszych Brazylijczyków, który właśnie idzie do Hiszpanii" - powiedział w trakcie meczu Pucharu Konfederacji dziadek mojej współlokatorki. „Idzie? To chyba długo będzie musiał tam iść z Brazylii?". I faktycznie, z ligi brazylijskiej do hiszpańskiej droga jest bardzo długa.

Barcelona z przytupem otwiera listę klubów z La Liga, które w tym letnim okienku wydały jak na razie na transfery najwyższe kwoty. W przypadku Barçy kwota ta wynosi 57 milionów euro i cała przypisana jest do nazwiska jednego piłkarza - Neymara. O niemal 20 milionów mniej wydał jak dotąd Real Madryt. Z klubowym budżetem uszczuplonym o 41,8 milionów udało im się sprowadzić na Santiago Bernabéu trzech piłkarzy: Carvajala, Casemiro i przede wszystkim Isco. Daleko w tyle, na trzeciej pozycji pod względem tego swoistego rankingu rozrzutności, majaczy Atheltic Bilbao. Baskom, wydając 12,5 miliona, udało się pozyskać w swoje szeregi między innymi Beñata Etxebarrię.

Preludium do Mundialu, preludium do Europy

Trudno mi sobie wyobrazić, że można było kupić Neymara jeszcze drożej. Mimo to muszę uczciwie przyznać, że tegoroczny Puchar Konfederacji tej, było nie było, astronomicznej ceny raczej by nie obniżył. Brazylijczykowi udało się zdobyć nie tylko trofeum tych rozgrywek ale także tytuł najlepszego piłkarza turnieju i najlepszego zawodnika meczu finałowego. Cztery trafienia i dwie asysty pozostawiają bardzo dobre wrażenie, zwłaszcza w świetle tego, że same w sobie występy Neymara pozostawiły wrażenie jeszcze lepsze niż suche statystyki. Najważniejsze wydaje się jednak to, że nowy nabytek Barçy miał sznasę zaprezentować się na tle europejskich defensyw i to defensyw reprezentacji takich jak Włochy i Hiszpania.

Mimo prestiżu ranga Pucharu Konfederacji nie jest najwyższa pośród innych turniejów reprezentacyjnych. Zwykle pełnił on dla większości drużyn fromę swoistego preludium do Mundialu, dawał możliwość zaaklimatyzowania się do warunków panujących w kraju gospodarzy, sprawdzenia na tle najlepszych i pozostania w rytmie wakacyjnych rozgrywek na rok przed meczami o Puchar Świata. Tym razem dla Neymara Puchar Konfederacji z pewnością znaczył więcej, był nie tyle sprawdzianem przed Mundialem, co sprawdzianem przed Europą. Prawdziwy test dla Brazylijczyka zacznie się oczywiście dopiero w przyszłym sezonie, kiedy przyjdzie mu grać co trzy dni, w dużej mierze z topowymi europejskimi drużynami i to (miejmy nadzieję) na każdym etapie rozgrywek o ligę, puchar i Champions. Jak na razie Puchar Konfederacji był dla Neymara jedynie egzaminem wstępnym i jako taki został przez niego zdany.

Efektowność a efektywność

W kwestii Neymara Puchar Konfederacji znacznie podniósł mnie na duchu. Nie ukrywam, że nigdy największą zwolenniczką jego transferu do Barçy nie byłam. Podstawową wątpliwością względem Neymara była dla mnie proporcja między jego efektowonością a efektywnością. Co do tego, że Brazylijczyk potrafi grać widowiskowo nie ma najmniejszych wątpliwości*. Pozostaje kwestia tego w jakim stopniu jego, bezsprzecznie imponujące, umiejętności techniczne i przyspieszenie przekładają się na wymierną korzyść dla drużyny. Na Pucharze Konfederacji Neymar był prawdziwym motorem napędowym Canarinhos. Zostawiając na dalszym planie technikę, którą każdy prawdopodobnie widział, nawet jeśli jedynie na kompilacji z YouTube, Neymar wykorzystał swoją szansę pokazując się od jak najlepszej strony w grze wzajemnej i kreowaniu akcji kończonych przez kolegów. Naprawdę błyszczy się wtedy, gdy dekoracyjnym akcjom towarzyszy realna wydajność a tej na Pucharze Konfederacji Neymarowi nie sposób odmówić. I choć jego zwycięska reprezentacja pod wodzą Scolariego wciąż jeszcze cierpi na mocne niepoukładanie i chaotyczność w ofensywie**, swoiste pozostałości „postmenezesowskie", to w tej chwili wydaje się, że Neymar szybciej rozpoczął podróż w stronę Ordem e Progresso niż reszta jego kolegów. W jego grze coraz więcej jest poukładania i rozsądku, coraz więcej ładu i postępu. To dobrze, że rozpoczął podróż wcześniej, bo powinien ją zakończyć w chwili, gdy dotrze do Europy.

Kwestia argentyńska

Johan Cruyff ze sporym, choć nieco zawoalowanym, sceptycyzmem wyraził się ostatnio o transferze Neymara. „Mając Neymara rozważyłbym sprzedaż Messiego" - ironicznie stwierdził Holender, choć jego słowa można by zamknąć w innych, z pewnością mniej dyplomatycznych: skoro tak bardzo zależało wam na Neymarze, to teraz będziecie musieli sobie radzić z nim i Messim. Mniej lub bardziej zdecydowanie wątpliwości Cruyffa podziela wielu. W rozlicznych wywiadach zarówno jednemu jak i drugiemu zawodnikowi dziennikarze zadają to samo pytanie: jak w jednym klubie poradzą sobie dwie gwiazdy pokroju Neymara i Messiego? Czy nie będzie tarć? Pytanie jest źle sformułowane, bo Messi i Neymar nie są „gwiazdami" tego samego pokroju. Neymar z pewnością jest niekwestionowaną gwiazdą marketingową, zwłaszcza w swoim własnym kraju, ale nie zapominajmy, że pod względem sportowych osiagnięć przy Argentyńczyku jest on zaledwie pretendentem do miana cracka. Leo na swoją pozycję już sobie zapracował, jest dojrzałym piłkarzem, który potrafi wziąć na swoje barki losy meczu i potrafi je też udźwignąć, często w najcięższych warunkach. Akcenty od początku powinny być jasno rozłożone; tak jak kiedyś Messi uczył się od Ronaldinho, tak teraz Neymar będzie miał okazję uczyć się od Messiego kontynuując tę brazylijsko-argentyńską sztafetę.

Ze strony Neymara już na pierwszej konferencji można było usłyszeć deklaracje, że chce żeby tak właśnie było. Zarówno on jak i Messi w wypowiedziach medialnych przerzucają się kurtuazjami na temat tego, jak to bardzo się cieszą, że będą mogli grać w jednym klubie. Cały ten wizerunek zaistniałej sytuacji wygląda na od początku do końca wyreżyserowany przez PR-owców, jednak nawet takie deklaracje powinno się przyjąć za dobrą monetę.

Messipesadilla?

Pod nieobecność kontuzjowanego Messiego Barça finiszowała w lidze skutecznie. Niebawem zaczęły się plenić statystyki pokazujące, że wyniki Barcelony w meczach, w których Argentyńczyk nie mógł wystąpić są nie gorsze a wręcz lepsze od reszty. Wniosek dość latwy do podważenia, bo i próba meczów bez Leo niż tych z nim była nieporównywalnie mniejsza. Mój przyjaciel stwierdził wtedy pół-żartem, że niebawem okaże się, że Barcelonie nie doskwiera Messidependencia a Messipesadilla (hiszp. koszmar Messiego). Owa Messipesadilla miałaby się objawiać wampirycznym blokowaniem umiejętności Alexisa czy ruganiem Tello i Villi. Tak naprawdę to właśnie w Messipesadilli większość obserwatorów dopatruje się możliwej przyczyny przyszłych i hipotetycznych tarć na linii Neymar-Messi. Niektórzy już oczyma przerażonej wyobraźni widzą Brazylijczyka obsesyjnie wycofującego piłkę niczym Maxwell w swoich najlepszych najgorszych czasach w koszulce Barçy.

Jak zwykle legenda o Messipesadilli, tak samo jak o Messidependencji, jest półprawdą, ćwierćprawdą lub trzyczwarteprawdą - w zależności od sytuacji. Messi z pewnością bierze na siebie wielką odpowiedzialność, z pewnością często jest ona zbyt wielka i niebezpiecznie przesuwa granicę równowagi w drużynie. Z pewnością także Leo wymaga od siebie bardzo dużo, jednocześnie bardzo dużo wymagając od innych. Są zawodnicy, których te wymagania potrafią paraliżować tak, jak niekiedy dzieje się to z Alexisem. Warto jednak zwrócić uwagę na jeszcze jeden fakt: w grze Argentyńczyka jest bardzo dużo przydatnej drużynie rozwagi, bo tak jak przesuwa się w strefę boiska, z której jest w stanie w danym meczu stworzyć największe zagrożenie, tak też wybiera sobie do gry w ataku najlepiej dysponowanego partnera. Nawet w tym zdominowanym bramkarsko przez Messiego sezonie mieliśmy przykłady jego nienagannej współpracy z Davidem Villą. Jednak miała ona miejsce jedynie wtedy, kiedy Villa grał efektywnie, wtedy Messi bezbłędnie wyczuwał jego wysoką formę i angażował się z nim w grę ze świetnymi efektami. Jednak jeśli Villa jest pod formą, kopie się w czoło i z pięciu metrów nie trafia do bramki podanie od Leo po prostu do niego nie wędruje. Jest w tym pewne błędne koło ponieważ w ten sposób odcięty od gry zawodnik prezentuje się jeszcze gorzej i powoli opada na piłkarską mieliznę. Tak samo sprawa współpracy z Messim w ofensywie wygląda w wykonaniu wszystkich innych zawodników, nawet Cesca. Grasz dobrze - graj, grasz źle - nie graj wcale, ja sobie sam poradzę.

Jak już wspomniałam w Messipesadilli trochę prawdy jest. Ale na razie wszystko w nogach i (może przede wszystkim) głowie Neymara. Jeśli Brazylijczyk sprosta oczekiwaniom, które wszyscy w nim pokładają Messi nie stanie na drodze do jego sukcesu w Barcelonie. Obaj zawodnicy dysponują ego sporych rozmiarów, to nie ulega wątpliwości, jednak Messi jest wystarczająco boiskowo inteligentny, by wiedzieć, że przy silnych partnerach sam jest jeszcze silniejszy. Jeśli więc chcemy się czymś martwić to martwmy się tylko kwestiami czysto piłkarskimi. Gdy one będą grać, reszta też się ułoży.

Najtrudniejsza pozycja

Bardziej niż o przyszłą współpracę z Messim martwiłabym się o to, że Neymar wyląduje na najtrudniejszej pozycji na jakiej można grać w Barcelonie. Zaryzykuję stwierdzenie, że może jest to nawet najtrudniejsza pozycja w jakimkolwiek klubie. Barcelońskie skrzydło z pewnością jest wyzwaniem bardzo wymagającym, nawet dla tych najlepszych. Ofensywność bocznych obrońców sprawia, że w pewnym momencie dochodzimy to paradoksalnej sytuacji, w której skrzydłowi mają więcej obowiązków defensywnych. Obu tak skrajnie ofensywnych bocznych obrońców może sprawiać, że wbrew pozorom drużyna traci niekiedy na swojej agresywności w ataku chociażby z powodu ciągłej asekuracji obrony ze strony skrzydłowych. Ale to już materiał na zupełnie inną historię... Ustawienie pozbawione klasycznej dziewiątki także nie sprzyja ułatwieniu pracy skrzydłowego.

Przyjście Neymara prawdopodobnie sprawi, że cała drużyna nieco odetchnie. Mam nadzieję, że Brazylijczyk będzie w stanie wypracować sobie miejsce na skrzydle z piłką przy nodze, nawet przy większym zagęszczeniu rywali. Z pewnością zadziała magia nowego piłkarza w lidze, którego obrońcy jeszcze nie znają i nie zdołali jeszcze rozpracować. To ta niewielka przewaga, którą z początku będzie dysponować Neymar i którą od razu musi wykorzystać. Potem będzie już tylko trudniej. Nie dziwmy się i nie bulwersujmy jeśli przyjdzie moment, w którym sposób na to novum w La Liga zostanie znaleziony a Neymar zneutralizowany. Prawdopodobieństwo, że taki moment przyjdzie jest bardzo wysokie ale będzie to właśnie chwila, która potwierdza klasę piłkarza. Ci naprawdę wielcy potrafią prędzej czy później dostosować swoją grę do zmieniających się warunków.

Jeszcze jeden plus przyniesie ze sobą pojawienie się Neymara. Jeśli uda się wydajnie uruchomić jedno skrzydło zyska na tym też drugie. Jeżeli tylko akcent w grze nie zostanie zbyt niebezpiecznie przechylony na stronę Neymara korzyści, które może odnieść Barcelona mogą być naprawdę duże. O wymiernym zwiększeniu konkurencji o trzy pozycje w ataku nawet nie wspominam. To oczywista korzyść, której nie sposób podważyć a ja w głębi duszy cieszę się, że (mam nadzieję) nie będę już oglądać Iniesty męczącego się po zupełnie nienaturalnym przesunięciu na skrzydło.

Priorytety

Największym moim zmartwieniem w kwestii Neymara jest to o czym wspomniałam na początku a co właściwie Brazylijczyka bezpośrednio nie dotyczy. Przy liście transferowych wydatków Bracy widnieje już pokaźna kwota 57 milionów dająca klubowi pierwsze miejsce w La Liga pod tym względem. Szkoda jedynie, że jak na razie dokonano transferu na pozycję, która bezsprzecznie wymagała wzmocnienia, jednak nie wydaje się być dla drużyny priorytetem. Mam nadzieję, że w kwestii obrony zostaną podjęte rozsądne decyzje a Braca nie da się uwikłać w modną zabawę kolekcjonowania utalentowanych piłkrzy bez rozważenia ich potencjalnej roli w pierwszym składzie. Mam nadzieję, że nie da się też uwikłać w budowę drużyny niezbilansowanej, gdzie jedna pozycja na boisku rozpycha się łokciami we wszystkie strony wyrzucając inne poza linię boczną. Mam nadzieję, że nie da się uwikłać, a jeśli już się w to uwikłała to pozostaje liczyć na to, że w porę uda jej się stamtąd wydostać. Barcelona znalazła się na krawędzi kadrowej równowagi i mimo dużego i głośnego transferu rozwaga i rozsądek są jej teraz konieczne by wyjść z tego okienka transferowego z twarzą. Stanie się tak tylko wtedy jeśli środek obrony zostanie realnie wzmocniony. Wszelkie półśrodki zatuszują jedynie problemy, zamiotą je pod dywan i sprawią, że w przyszłym sezonie trzeba się będzie z nimi zmierzyć powtórnie.

Zaś Neymarowi pozostaje życzyć szczęścia. Kiedy dotrze już do Hiszpanii wszystko będzie w jego rękach.

*Chociaż to też w dużym stopniu kwestia personalanych odczuć estetycznych - osobiście wolę raczej styl bardziej oszczędny niż ten, który zwykle prezentuje nam Brazylijczyk.

**Choć niektórzy powiedzieli by pewnie, że mimo motta wypisanego na fladze kraju cierpi po prostu na chroniczne bycie Brazylią...

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (69)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze