Przedłużyć passę zwycięstw

Challenger

19 kwietnia 2013, 23:38

294 komentarze

FC Barcelona

FCB

Herb FC Barcelona

1:0

Herb FC Barcelona

Levante UD

LUD

  • Cesc Fabregas 84'


Strategia gry „drugim garniturem" w obu poprzednich kolejkach dała świetne wyniki. Osiem zdobytych goli i zero straconych - to brzmi dumnie. Tym bardziej, że uzyskanie czystego konta w dwóch ligowych starciach z rzędu udało się „Dumie Katalonii" po raz pierwszy w sezonie. Przy okazji Levante warto by przedłużyć tę optymistyczną passę. Wchodzimy w fazę sezonu, kiedy utrzymanie równej, wysokiej formy decyduje o tym, ile srebra trafi na koniec w gablotę.

W przeciwieństwie do klubów z Palma de Mallorca i Saragossy, najbliższy rywal podopiecznych Tito Vilanovy nie wyciera spodu tabeli. Wciąż jest w grze o Ligę Europy. Po 31 kolejkach Levante traci do zajmującego siódme miejsce Betisu 8 punktów. W La Liga, gdzie forma klubów z miejsc 3-20 bywa zmienna jak humory kota w marcu - to tyle co nic. Wszystko zależy od piłkarzy.

Kopciuszek na salonach

Walka „

drugiego" klubu z Walencji o LE będzie trwać do ostatniej minuty ostatniej kolejki. Podopieczni trenera Juana Ignacio Martíneza bardzo dobrze zadomowili się w tych rozgrywkach w obecnym sezonie. Kopciuszek z Hiszpanii o obecnym budżecie na poziomie 7-8 milionów euro osiągnął to, co nie udało się żadnemu z polskich klubów i w europejskich pucharach doczekał się wiosny. Granotes po wyjściu z grupy pewnie pokonali faworyzowanych spadochroniarzy z Ligi Mistrzów z Olympiakosu Pireus (4:0 w dwumeczu, 2 gole Obafemi Martínsa). Awans do ćwierćfinału przegrali dopiero w dogrywce rewanżowego meczu z Rubinem Kazań. Po remisie 0:0 u siebie, Levante nie sprostało dysponującemu grubszym portfelem i szerszą kadrą rywalowi w stolicy Tatarstanu.

Drużyna prowadzona przez - dobrze znanego nam z października 2009 roku - Gökdeniza Karadeniza oraz pamiętanego z występów dla Málagi Salomona Rondóna po 100 minutach gry zdołała przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. W drugiej części dogrywki Rosjanie podwoili prowadzenie i hiszpański klub znalazł się za burtą Ligi Europy. Levante chętnie do niej wróci. Bilans 5-3-2 z tegorocznej edycji na pewno poprawił humor prezesa „Quico" Catalana, zaś piłkarzom zapewnił to, co jeszcze półtora roku temu na Estadi Ciudad de Valencia było zjawiskiem nieznanym: stałe pensje. Można być pewnym, że Granotes wykażą maksymalną determinację na każdym odwiedzanym stadionie, na którym przyjdzie im walczyć o potrzebne do osiągnięcia celu ligowe punkty.

W tym kontekście jutrzejsze starcie na Camp Nou zanosi się dla gospodarzy na wyzwanie, a nie romantyczny spacerek przy rozgwieżdżonym niebie. Na jednej nodze i pół gwizdka można było zagrać z Saragossą, do Levante będzie się trzeba przyłożyć. Przewidywany skład Blaugrany na pewno nie będzie taki sam jak we wtorek, ale mając na myśli morale barcelońskiej szatni - spotkanie ze zmotywowanym, ściśle zorientowanym na cel przeciwnikiem będzie dla „Dumy Katalonii" solidnym przetarciem przed wyprawą do Monachium.

„Ci drudzy" z Walencji

Wbrew pozorom, Levante Unión Deportes ma więcej wspólnego z FC Barceloną niż położenie na tym samym wybrzeżu. To przydomek. 350 kilometrów na południe od miejsca, gdzie swoje mecze rozgrywa dziś Blaugrana, przy ulicy Św. Wincentego à Paulo w Walencji swój stadion mają Blaugranas. Gdy w latach 40. tutejszy klub zmieniał barwy trykotów z czerwono-białych na bardziej wyraziste - o skojarzeniach z Barceloną nikt nawet nie myślał. Levante grało wtedy w lidze okręgowej.

Wśród miłośników hiszpańskiej piłki istnieje wiele różnych teorii wyjaśniających nazwę klubu z Estadi Ciudad de Valencia. Pochodzi ona od leżącej w dzielnicy Malvarrosa plaży, przy której założyciele klubu mieli swoje pierwsze „boisko". Rosnąca popularność tej formy spędzania czasu wśród rybaków z Malvarrosy na progu XX wieku doprowadziła do powstania klubu. Dekady dziejów robią swoje i nazwę „Playa de Levante" pamięta już niewielu. Dziś to miejsce jest znane w Walencji jako „plaża Cabanyal" czy po prostu: Cabanyal. Obok plaży głównej w San Sebastian jedna z najładniejszych plaż miejskich Hiszpanii, szeroka, piaszczysta i kwitnąca tłumem młodych ciał. Mniej pięknie jest tylko po drodze, bo żeby dojść na Cabanyal w linii prostej, trzeba pokonać rozsypujące się kwartały Malvarrosy, od dawna zamieszkałej niemal w całości przez hiszpańskich Cyganów.

Korzenie klubu, znajdującego się dziś w zupełnie innej części miasta, sięgają głębiej niż wielkich sąsiadów z Mestalli, bo aż do 1909 roku. To jedyna kategoria, w której Levante wyprzedza „Nietoperzy". Włącznie z obecnym, jutrzejszy rywal "Dumy Katalonii" legitymuje się ledwie siedmioma sezonami spędzonymi w najwyższej klasie hiszpańskich rozgrywek. Dwa z nich przypadły na lata 1963-1965. Na ponowny awans do Primera División czekano tu cztery długie dekady, do 2004 roku. Znacznie częściej w swej historii Blaugranas tułali się pomiędzy drugą a trzecią ligą. Niżej spadali rzadko, ale nie zdołali tego uniknąć.

W przeciwieństwie do paru innych klubów Hiszpanii, które niepowodzenia ligowe potrafiły powetować sobie w rozgrywkach pucharowych, Levante przeważnie kończyło przygodę z Pucharem Króla na II lub III rundzie. Najdalej, do półfinałów, zaszło tu kosztem... FC Barcelony. W edycji 1935 roku skromny klub z regionu Valenciano wyeliminował Barçę po dwóch remisach i wygranej 3:0 w meczu dodatkowym.

Szóste miejsce uzyskane przed rokiem jest najwyższym w historii występów Levante w Primera. Choć ekstremalnie krótka, pierwszoligowa historia Levante aż puchnie od chwil wspominanych w barcelonismo z łezką w oku. Najpierw, Walencja spłynęła katalońską cavą gdy w 2005 roku FC Barcelona zapewniła sobie na stadionie Levante XVIII Mistrzostwo Hiszpanii w 2005 roku, sześć lat później na tej samej arenie świętowała ponownie. Oba momenty w malowniczy sposób opisał nieoceniony Sid Lowe.

Wynik to sprawa drugorzędna jeśli tylko grasz z sercem

W ich grze nie ma finezji, kunsztu, a jednak Levante zdobywa swoją postawą coraz większą sympatię, w Hiszpanii i nie tylko. Zaangażowanie, pasja i oddanie są niezwykle inspirujące ilekroć ogląda się ich w grze. Mogą wygrać albo przegrać, ale zawsze zostawią na boisku serce. Symbolem zespołu jest oczywiście Sergio Ballesteros, rodyjski kolos, którego łatwiej przeskoczyć niż minąć z piłką. W Levante króluje minimalizm. Przede wszystkim finansowy. Kadra opiera się na wypożyczeniach i darmowych "transferach" graczy niechcianych w klubach całej Europy. Ten minimalizm widać też w ich stylu gry. Zespół Martíneza praktycznie zawsze miewa niższy wskaźnik posiadania piłki od rywala, bo tu zmierza się po punkty najprostszymi możliwymi środkami. Z 10 golami po 23 strzałach Felipe Caicedo był po 2/3 sezonu 2010/2011 najefektywniejszym strzelcem całej ligi.

Z bilansem 3-4-7 w 14 meczach od początku roku kalendarzowego i dwoma ostatnimi porażkami z rzędu, Levante na pewno nie jest obecnie na fali. Oznacza to tylko tyle, że podopieczni trenera nazywanego przez lokalnych kibiców i dziennikarzy JIM'em, będą jutro zmobilizowani wizją powrotu do bezpośredniej walki o Ligę Europy z przytupem. Wyborowy strzelec Granotes Obafemi Martíns w lutym zabrał swą bramkostrzelność do Seattle (za 3 miliony euro). Mający zastąpić Nigeryjczyka Robert Acquafresca nie trafia tak regularnie. Do tej pory dał drużynie jedną bramkę w dziewięciu występach. Poza Włochem o polskich korzeniach, o konkurencyjności Levante decydują defensor Vicente Iborra, były gracz Bayernu Christian Lell, ofensywny pomocnik José Javier Barkero, Nabil El Zhar z przeszłością w Liverpoolu oraz skrzydłowi Rios i Juanlu.

Dariusz Dudka za bardzo o niczym nie decyduje. Trudno o to z szafki w szatni, pola golfowego, plaży, czy gdzie on tam przebywa gdy Levante gra mecze. Na ławce najczęściej próżno go szukać. Były gracz Auxerre rozegrał przez cały sezon 141 minut w pięciu meczach. Ma kontrakt typowy dla swojego klubu. Jednoroczny.

O jak najlepsze nastroje przed Bayernem

Tym razem FC Barcelona nie zagra z Levante o tytuł. Przewaga nad Realem jest bezpieczna, ale nie będzie to dla Katalończyków mecz bez znaczenia. Wręcz przeciwnie. Dla kilku członków obecnego składu sobotni mecz wydaje się kolejnym epizodem walki o barceloński byt na przyszły sezon. Dla paru innych być może o występ w Niemczech.

Dochodzi do tego wątek „Ligi rekordów", o której myślą wszyscy culés, nawet jeśli większość nie przyzna się do tego sami przed sobą. Ja myślę. Barça ma obecnie 81 punktów, zostało 7 kolejek do końca rozgrywek. Teoretycznie może sobie pozwolić na jeden remis, ale taki „luksus" zawsze warto zostawić sobie na później...

Oczywiście, puszczam tu do Was oko. Rekordy ustala się przy okazji, a w kontekście meczu z Levante Barça ma przecież cel dużo bardziej realny: nabrać jak najlepszego samopoczucia w przeddzień pierwszej rundy walki o przepustkę do wielkiego finału.

Nie ma lepszego motywatora niż zatroszczenie się o 3 punkty w poprzedzającym wielką próbę meczu. Sobota, 20:00, mecz o spokojny lot do Bawarii. Bez turbulencji.


Ostatnie pojedynki
:

25.11.2012 Levante UD 0:4 FC Barcelona
14.04.2012 Levante UD 1:2 FC Barcelona
03.12.2011 FC Barcelona 5:0 Levante UD
11.05.2011 Levante UD 1:1 FC Barcelona
02.01.2011 FC Barcelona 2:1 Levante UD

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (294)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze
« Powrót do wszystkich komentarzy