Miałem sen. Świat był w nim trochę doskonalszy niż za oknem, co wyrażało się między innymi tym, że ceny wszystkich dóbr pozbawione były jednego zera, do biura można sobie przychodzić kiedy się chce, wredni ludzie nie istnieją, a piłkarze – nigdy nie starzeją. Całkiem miły oku miraż rzeczywistości, w wolnej chwili zapraszam w odwiedziny.
Pstryk. Pobudka. Jak całe barcelonismo bardzo chciałbym, aby kariera Carlesa Puyola trwała po wieki wieków, zdrowie dopisywało mu nieskończenie, a motoryka 20-latka trzymała do dziś, bo... uwielbiam tego faceta uczuciem tak ciepłym i wyrozumiałym jak by był członkiem najbliższej rodziny. Tym bardziej boli, gdzieś tam głęboko, bólem przenikliwym i uciążliwym – że to kategorycznie niemożliwe.
Żaden z nas nie jest
na zawsze. Tych kilka kolejnych akapitów to historia o starości, bezradności, nieodwracalności rzeczy i jednokierunkowości, z jaką funkcjonują wszystkie wodospady czasu. Temat, pisanie o którym nie jest, wierzcie na słowo, żadną przyjemnością. W każdej rodzinie, tych sportowych też, zdarzają się co jakiś czas tematy, o których rozmawiać nie chcemy, których unikamy jak tylko się da, a które w swoim czasie muszą być i w końcu zostaną omówione. To jedna z takich sytuacji. Historia przenikliwie gorzka, jak tylko koleje losu mogą być. Przypominająca na swój nieznośny sposób, że życie, a z nim futbol, sport w swym ogóle, od zarania dziejów jakoś nie chce się składać z samych pudełek czekoladek.
Zmierzch ery dinozaura
Uważam zaproponowanie żywej legendzie klubu przedłużenia jego kontraktu aż o 4 lata, do 2016 roku, za wspaniały, piękny gest zaufania, solidarności oraz szacunku. Taki punkt widzenia nie uwalnia mnie od wątpliwości, czy zdoła go wypełnić. Ile jeszcze nie potrwa sportowa kariera „Kapitana Jaskiniowca”, w tym zespole z pewnością jest dla niego miejsce na lata. Miejsce ważne i potrzebne każdej wielkiej drużynie: nestora drużyny, wzorca dla innych, wielkiego motywatora, opiekuna i wsparcia dla młodszych kolegów, ale... członka pierwszego składu "już nie dłużej".
Nikt tu nie mówi o ze sceny schodzeniu, lecz: ustąpieniu (np. miejsca w pierwszej jedenastce) na rzecz futbolistów młodych, pięknych i bogatych... wróć: młodych, szybkich i skutecznych.
Barcelona nie zamierza kupić latem topowego defensora za kilkadziesiąt milionów euro po to by posadzić go na ławce z funkcją zastępcy 35-letniego Puyola. Zadaniem sztabu szkoleniowego i władz klubu jest bycie mądrym przed faktem, a nie po. Stąd większe prawdopodobieństwo sytuacji, w której to „Tarzan” będzie rezerwowym dla kupionego latem, bezwzględnie niezbędnego drużynie obrońcy, a nie na odwrót.
Przyglądając się od kilku tygodni grze Puyola jeszcze bardziej wnikliwie niż kiedykolwiek wcześniej, uważam, że jego kariera nie wchodzi, lecz weszła już w fazę zmierzchu. W którymś, nieuchwytnym do precyzyjnego wskazania z punktów tego sezonu. Patrząc na głosy fanów tu i ówdzie, ta smutna prawda dociera do barcelonismo bardzo opornie. Karmić się nawzajem złudzeniami w większym gronie jest fajnie, czasem pomaga na krótką metę, ale życia, organizmu się nie oszuka. To moment, gdy ten starszy – świadom upływającego czasu, swych niedoskonałości i stawiający dobro zespołu ponad własną ambicję wydłużania bez końca kariery sportowca – usuwa się w cień. Robi miejsce tym młodszym.
To już nie to samo
Przyznam szczerze, że do obecnego sezonu metryczka Kapitana Katalonii nie interesowała mnie w ogóle. Jasne, to, że żaden z niego młodzieniaszek jest mi wiadome już od jakiegoś czasu, ja naprawdę oglądam te mecze od czasu do czasu:), ale do tej pory nie liczyłem mu lat oglądając go w akcji sezon po sezonie. Szczerze powiedziawszy, spytany podchwytliwie jakieś parę miesięcy, nawet nie potrafiłbym jednoznacznie odpowiedzieć czy Puyi ma 32 czy 33 lata, a nawet jeśli akurat trafiłbym celnie, to bez cienia przekonania.
Teraz już wiem. Za miesiąc skończy 35. I to widać.
To już nie ten Puyol, co kiedyś, bez dwóch zdań. Twierdzenie inaczej to polemika z faktami, zaklinanie rzeczywistości. Smutnej do szpiku kości dla każdego fana tego klubu, ale przez to ani mniej rzeczywistej. Wolniejszy, słabszy fizycznie, mniej skuteczny w kryciu, walce przy stałych fragmentach gry, gorzej nadążający za najbardziej szybkonogimi graczami rywali. Ustawianie się, refleks, zdolność przewidywania boiskowych zdarzeń – to nie mija, ale cechy te nie mogą wystarczać, by w klubie walczącym co roku o wszystkie możliwe trofea bezkrytycznie dostawać od trenerów występy tydzień w tydzień. Solidna porcja meczów tego sezonu nie zostawia w tej kwestii złudzeń.
Nie wiem, czy fani i dziennikarze boją się o tym wspominać ze względu na obawę przed forumowym linczem, czy ze względu na to, że boją się tego przyznać choćby sami przed sobą – fakt faktem, że katastrofalny bilans straconych bramek Barcelony w obecnej kampanii też wynika z drastycznie zniżkującej formy Kapitana. Symptomy widzieliśmy wcześniej, ale nasiliły się dopiero teraz, od lata zeszłego roku. Nie chodzi mi tu o pojedyncze, wyrwane z kontekstu błędy, raczej o taki całokształt, którego nie da się określić jako „spadek formy”, „wpadka”, „chwila słabości”. Tu najlepiej pasuje słowo: „starość”.
46 meczów we wszystkich rozgrywkach i tylko 14 razy (30%) czyste konto zachowane przez formację defensywną FC Barcelony – to nie wystawia pozytywnej cenzurki żadnemu z członków tej formacji. W przypadku Puyola, przyjrzenie się detalom czyni ją jeszcze gorszą. Z 14 czystych kont zachowanych przez zespół, tylko w 7 przypadkach kapitan Blaugrany grał w wyjściowym składzie. Puyol należy do trójki piłkarzy, z którym w składzie Barcelona najczęściej traci w tym sezonie gole. Od późnej jesieni jego forma fizyczna, motoryka, z tygodnia na tydzień były coraz bardziej alarmujące.
Wszystko to sprawia, że być może jesteśmy świadkami ostatniego sezonu Carlesa Puyola w jego dotychczasowej roli – zawodnika, od którego (jeśli tylko jest zdrowy) trenerzy latami rozpoczynali ustalanie składu. Każda legenda klubu zostaje w końcu piłkarzem byłym i legendą na emeryturze.
Ekstremum negatywnej dyspozycji kapitana przypadło oczywiście na decydujące mecze sezonu: okraszoną szpagatem katastrofę z Realem w półfinałowym rewanżu Pucharu Króla i słaby występ podczas klęski na San Siro. Biologiczny zegar tykał, tykał, aż kibicom i drużynie wybuchł prosto w twarze.
Stary człowiek może. Ale gorzej i rzadziej. Gdy on sam i najbliższe otoczenie są tego świadomi i dokonają odpowiedniej rewizji akcentów w zespole – ten żołnierz posłuży jeszcze latami. Wzbogacając drużynę swym doświadczeniem, mądrością, intuicją, radami. Każda wielka drużyna potrzebuje takiej postaci. Wymienione dwa zdania temu kompetencje nie przemijają z wiekiem. O cechach fizycznych nie można powiedzieć tego samego.
Piłkarskie atuty, które starzeją się pierwsze
Wytrzymałość, zaangażowanie, dynamika, zwrotność, skoczność, waleczność, kondycja, przysłowiowe wpychanie głowy tam, gdzie inni nie włożyli by czubka buta – tak grał Puyi przez całą swoją seniorską karierę. Nic zatem dziwnego, że po latach wślizgów, ciągłej walki bark w bark i nieustannego ganiania za rywalami, organizm upomina się Puyolowi o swoje. Jego styl gry zawsze dawał bezkres korzyści drużynie, ale bynajmniej nie odwlecze piłkarzowi emerytury. Wprost przeciwnie.
Od lat protestują mu między innymi dolegliwościami stawy kolanowe. Ostatnia artroskopia jest piątą w jego karierze i trzecią na prawym kolanie.
Nowa rola Puyola
Od przyszłego sezonu widzę Puyola jako trzeciego-czwartego stopera w kolejce do gry w jedenastce najlepszej drużyny świata. Grupowe potyczki Ligi Mistrzów, Puchar Króla, ligowy plankton – to będą jego minuty. Przy ponad 60 meczach w sezonie, co roku jest tych minut wystarczająco mnóstwo, by zapewnić „Tarzanowi” godną piłkarską starość. To FC Barcelona. Gdzie jak nie tu, miejsca wystarczało zawsze na sentymenty, ale przestrzeni na porażki jest tyle samo, co w każdym innym czołowym klubie świata. Jak najmniej.
Jak długo jeszcze może potrwać kariera klubowej legendy przy częstszym niż zwykle przesiadywaniu na ławce, omijaniu najważniejszych meczów, wchodzeniu na ostatni ledwie kwadrans w Gran Derbi? Może rok, może dwa, a może wszyscy będą z takiego układu zadowoleni na tyle, że Puyol pomimo osobistego sceptycyzmu wielu culés jednak wypełni podpisany w styczniu do 2016 r. kontrakt... Trudno zatem przewidzieć: ile? To wypadkowa wielu czynników, z których kluczowy jest jeden: Carles Puyol, wychowanek z 14-letnim stażem, kapitan, wieloletni lider i opoka defensywy będzie zakładał swą ukochaną bordowo-granatową koszulkę tak długo, jak sam będzie tego chciał, czuł się w niej dobrze i konkurencyjnie.
To ostatni gość na świecie, który akceptowałby miejsce w drużynie za zasługi. Szczególnie w drużynie klubu, w którym się wychował, któremu zawdzięcza wszystkie swoje sportowe osiągnięcia i który kocha trwale swym bordowo-granatowym sercem Katalończyka. Barça zbyt wiele dla niego znaczy, by lekce sobie ważył kolejne strajki swego ciała osłabiając potencjał klubu swego życia.
Jeśli odejdzie – to nie: pokonany.
EPILOG
Mógłbym tu postawić kropkę, ale nie chcę. Mam wrażenie, że ten tekst nie byłby pełny bez paru nietypowych dla tych łamów słów na marginesie.
Smutno mi pisząc te słowa. Wejście Puyola do drużyny wiąże się z okresem, kiedy zacząłem na poważnie pasjonować się klubem ze stolicy Katalonii. Tym samym pochodzę z generacji, dla której Puyi to nie tylko symbol klubu w ogóle, ale pozostanie przede wszystkim symbolem w dużo bardziej poufałym sensie: symbolem naszym własnym, ikoną na zawsze Barçy naszej młodości, bo gdy zaczął otrzymywać powołania do pierwszej drużyny, zaczynał się nasz romans z klubem. Nie był to wdzięczny okres z powodu szerokiego omijania gablot Camp Nou przez wszelkie srebra i patery, ale właśnie obecność takich postaci, jak Puyi, Gabri, Xavi – młodzieży stąd, ze szkółki, z widocznymi na pierwszy rzut oka ograniczeniami; nadrabiający walecznością i sercem, będący antytezą piłkarskiej gwiazdy, z przejawami gwiazdorstwa walczący w ogródku własnym i cudzych – uczyniła Barçę moim klubem.
Starałem się silić na obiektywizm i racjonalizm w popełnieniu powyższego zlepku słów, bo w kontekście histerii, która toczy się właśnie przez barcelonismo w sprawie Puyola, wypada przypomnieć trywialną prawdę, że nikt jeszcze nie oszukał czasu. Gra za zasługi, bez względu na aktualną dyspozycję, największą obrazę stanowiłaby dla samego piłkarza... Jednakże rozsądek, logika, świadomość naturalnej kolei rzeczy z pewnością okażą się zupełnie bezsilne, gdy chwila zakończenia jego kariery pewnego dnia okaże się dniem dzisiejszym. Tamtego dnia parę łez wsiąknie sobie swobodnie w kołnierzyk. W każdym domu i każdym sercu, w których jest miejsce na szalik tej wspaniałej piłkarskiej instytucji z odległej Katalonii, to pewne już dziś, gdy tylko się o tym pomyśli.
"El Capitan" jest i pozostanie tylko jeden. Ten, który grał zawsze z „sercem na ramieniu i włosami zarzuconymi na oczy”. Młodsi zajmą jego miejsce w składzie, rolę w szatni. Może nawet przejmą jego numer.
Nikt inny nie zajmie jego miejsca w naszych sercach.
Komentarze (55)