Vilanova jest winny, bo decyzjami i niezdolnością do wyciągnięcia właściwych wniosków z tragedii mediolańskiej doprowadził do jej kolejnego aktu w półfinale Pucharu. Poprzez to, jakim jest trenerem, a nie ze względu na geolokalizację.
Roura nie wadził nikomu w meczu z Cordóbą zaraz po wyjeździe Vilanovy. W meczu ligowym z Málagą, gdy Barça pobijała rekord zdobytych punktów w rundzie jesiennej La Liga - też nie. Po tygodniu straty 4 goli w ćwierćfinale CdR z Málagą i porażki z Sociedadem, mimo rozczarowującej chwilami gry, mówiono tylko o futbolu. Remis w pierwszym pucharowym GD - znów nikt nie wytykał nieobecność Vilanovie, mówiliśmy o nieskuteczności piłkarzy, błędach popełnionych na boisku. Teraz nagle nie wszyscy potrafią?
To trochę nie fair - tak wobec Vilanovy, jak i Roury, którzy jako pracownicy klubu zasługują na najwyższy szacunek kibiców niezależnie od okoliczności.
Nie, nie neguję faktu, że brak Tito nie pomaga. Jestem jednak głęboko przekonany, że był to czynnik jeden z wielu, owszem, ale nie: decydujący. Nie w tym przypadku. Znacznie ważniejsze od nieobecności Tito na ławce we wtorek to w skrócie: naiwna taktyka z Xavim, Iniestą i Fàbregasem; nazbyt ofensywna gra Alby; brak partnera dla Messiego do gry z przodu (Villa), co determinowało cofanie się Argentyńczyka po piłkę, tłok barcelonistów i chaos w środku pola; brak skrzydłowego o dobrym sprincie i dryblingu (Tello zamiast Pedro) na słabych bocznych obrońców Realu.
Wszystko (poza pkt. 4:), co sugeruje „MD” we wczorajszym artykule jako przyczyny porażki, stanowi tu jedynie efekty. Nie przyczyny.
Jak już wspominałem przy poprzedniej okazji, właściwą decyzję co do wyjściowego składu można było podjąć z buszu na końcu świata. Play działa w metrze, Virgin na Bali, a Vodafone w środku kostarykańskiej dżungli - co to za problem dodzwonić się do Nowego Jorku? Nawet z kilkudniowym wyprzedzeniem, jeśli zdrowie nie pozwala w dniu meczu. Barcelona wyszłaby identycznym składem na wtorek z Tito na ławce, czy z Tito w Nowym Jorku. To skład - ustawienie, taktyka, personalia - był powodem królopucharowej klęski. Nie geografia.
No pewnie, że to wdzięczna interpretacja - zespół przegrał, bo nie było z nim trenera. Tylko, że trenerzy czasami chorują, jak każdy, Tito nie jest pierwszy i nawet w ósmej lidze nikt nie tragizuje, jak rezerwowy z masażystą muszą wisieć w trakcie meczu na linii ze szpitalem. Każdy ma prawo do własnego zdania, lecz słabo to wygląda, jak interpretacjom niebezpiecznie blisko do tłumaczeń, wymówek. Albo stają się nimi wprost.
już zapomnieliście? Wygodne to wytłumaczenie wtorkowej klęski, ta nieobecność Tito. Wygodne, da się uargumentować, nie trzeba nawet zbytnio wnikać w niuanse taktyczne meczu ani akceptować wzorcowego zneutralizowania wyjściowego ustawienia Barçy przez Real - no, idealne... Nie. Powierzchowne. Płytkie. Drugo- czy wręcz trzecioplanowe. Łatwe. Za łatwe.
Obraz gry był, jaki był, sztab nie wyciągnął wniosków na czas i nie można przy tak odniesionej porażce uznawać wymówek. Ani przed, ani po. Wybór Mallenco oznaczał, że w tym meczu Barcelonie nikt nie da nic za darmo, bo nikomu w federacji, mediach, spośród sponsorów nie było na rękę odpadnięcie Realu z krajowych rozgrywek już w lutym. Piłkarze zamiast zostać na to uczulonymi, uodpornionymi przez sztab by godnie znosić wszystkie faule rywali (było wiadome, że będą) i utrzymywać się przy akcjach za wszelką cenę - kładli się przy pierwszej lepszej okazji i błagalnym wzrokiem żebrali o karne sędziego, który jest znany od lat w całej Hiszpanii z najbardziej tolerancyjnego sięgania po gwizdek; szczególnie w meczach Realu. Gospodarze Camp Nou dobrze o tym wiedzieli, a i tak przy niekorzystnym wyniku chwytali się najbardziej wstydliwych dla siebie i ambarasujących dla kibiców metod nadgonienia wyniku.
Barcelona przegrała przez nietrafioną taktykę, nieumiejętność nauki na mediolańskich błędach, geografię ustawienia poszczególnych formacji, która była samobójcza na tak kompetentną w kontrach drużynę jak Real i personalia, które zaczęły wtorkowy mecz. To są główne powody prowadzące do porażki po ostatnim gwizdku Mallenco w zeszły wtorek. Wszystkie inne powody - owszem, są. Ale daleko na dalszym planie.
Nawiązując do tego, o czym napisałem na początku tego wątku - doskonale rozumiem argumenty wszystkich zwolenników tezy o nieobecności Vilanovy z chłopakami jako źródle porażki. Ale się nie zgadzam. Każdy zespół ludzi potrzebuje lidera, każdy projekt - koordynacji. Ale mamy XXI wiek. Prezesi największych spółek giełdowych świata zarządzają nimi z urlopów za kołem polarnym, z pokładu wycieczkowca na Karaibach, z siodła dromadera na środku Sahary.
Jasne, mister zawsze mógł mieć przedwczoraj chemię. Z jakichkolwiek powodów mógł nie być dostępny telefonicznie przez 2-3 dni. Ale rozrysować skuteczny plan na rewanż z 10 alternatywnymi scenariuszami na drugą połowę zależnie od wyniku i przebiegu gry, można było szczegółowo opracować już tydzień temu. Zaraz po meczu na San Siro.
Skoro mogli to zrobić - niekiedy bardzo kompetentnie i przekonująco - kibice na forach i fanzinach na całym świecie, niektórzy z najbardziej renomowanych dziennikarzy, to czemu całej posiadanej po meczach na Bernabéu sprzed miesiąca, w Mediolanie sprzed tygodnia i z Sevillą minionej niedzieli nie potrafił właściwie wykorzystać sztab najlepszej, najwyżej opłacanej drużyny piłkarskiej świata? O czym rozmawiają Tito i Roura przez telefon czy wideokonferencję? O pogodzie w Nowym Jorku, atrakcjach Manhattanu, o tym, co słychać u Pepa?
Popełniono błąd, błędy i popełnił je Vilanova. Ale nie dlatego, że leczy się za oceanem i pewnie trudno się do niego czasem dodzwonić, lecz dlatego, że jest mniej doświadczonym, słabszym taktycznie, gorzej reagującym trenerem i nieefektywniej przewidującym trenerem od José Mourinho. Przede wszystkim dlatego. Lokalizacja trenera miała, ma i będzie miała znaczenie. Ale nie należy tego znaczenia wyolbrzymiać w kontekście tegorocznego półfinału Pucharu Króla, o czym od wtorku czytam praktycznie w każdym zakątku bordowo-granatowego internetu.
Mecz z Sevillą - poprzez straconą wpierw bramkę, twarde warunki postawione przez Andaluzyjczyków, nieumiejętność członków wyjściowego składu w takiej konfiguracji taktycznej do zmiany wyniku, przebieg drugiej połowy i wreszcie nazwiska autorów sobotniej remontady - był nie tylko wymarzonym motywatorem dla piłkarzy ze względu na samy wynik przykrywający świeże wspomnienia z Włoch, ale właśnie pod względem taktycznym wydawał się krokiem we właściwą stronę.
Zarzucenie wspólnego ustawienia Xaviego, Iniesty i Fàbregasa. Powrót do klasycznej formacji 4-3-3 z dwoma skrzydłowymi (najlepiej: Villa i Tello) i dwoma ofensywnymi pomocnikami w środku pola (personalia dowolne, ale „bezpieczniej” z XavIniestą). Właściwe zmiany we właściwym czasie. Nie ma na co czekać przy złym wyniku i nieskuteczności w ataku: zmieniamy w przerwie. Efekty były widoczne niemal natychmiast od rozpoczęcia drugiej części meczu, zmieniając diametralnie obraz gry Barçy, wynik i zupełnie odmieniając losy spotkania.
Z pomeczowej perspektywy, rezultat pojedynku z Sevillą, jego przebieg i zakończenie - obok wcześniejszych „lekcji” z 30. stycznia i 20. lutego - był trzecim z kolei dostarczycielem wszystkich potrzebnych odpowiedzi na problemy, dylematy Barçy przed wtorkiem. Odpowiedzi były na ekranie, na zbliżeniach, na tablicy wyników. Zignorowano je wszystkie, za co przyszło Barcelonie bardzo gorzko zapłacić.
Z delikatnymi różnicami (odważniejsza gra Fàbregasa, większa różnorodność w postawie Xaviego, wyższa kreatywność Iniesty; znacznie słabsza indywidualnie postawa obrońców, gorsza gra Messiego) niemal doskonałą „powtórkę z rozrywki” w Mediolanie. Ten sam obraz gry, ta sama bezradność, ta sama nieskuteczność zastosowanych rozwiązań taktycznych, ta sama niezdolność osiągnięcia choćby remisu i ta sama niechęć sztabu do przeprowadzenia zmian nim będzie za późno. Te same problemy.
System z Xavim, Iniestą, Fàbregasem i tylko jednym nominalnym skrzydłowym działa dobrze, wydajnie w meczach ze słabszymi rywalami. Ci zostawiają Barcelonie znacznie więcej miejsca i pozwalają wykorzystać do maksimum potencjał wynikający z upchania w składzie sumy umiejętności i talentu przebywających wspólnie na boisku Messiego, Xaviego, Fàbregasa, Iniesty i Busquetsa. Jednak obie lekcje z Milanem i Realem nie zostawiają na tym koncepcie suchej nitki, jeśli chodzi o stosowanie go w starciach z lepszymi drużynami. Nawet wyrażające się w różnicy bramek rozmiary wyroku były na koniec identyczne we wtorek, co w Mediolanie...
Dla powtórzenia: taktyka, ustawienie, personalia. To są powody, dla których gospodarze zawalili mecz i w pełni zasłużenie odpadli z Pucharu Króla. Być może teza ta nie zyska popularności, ale czuję przekonanie graniczące z pewnością, że taktyka Barcelony byłaby identyczna, gdyby Vilanova zamiast w Nowym Jorku był we wtorek na Camp Nou.
Komentarze (121)