W ciszy stadionu. Należy winić Tito, a nie jego lokalizację

Karol Chowański 'Challenger'

27 lutego 2013, 21:23

121 komentarzy

Vilanova jest winny, bo decyzjami i niezdolnością do wyciągnięcia właściwych wniosków z tragedii mediolańskiej doprowadził do jej kolejnego aktu w półfinale Pucharu. Poprzez to, jakim jest trenerem, a nie ze względu na geolokalizację.

Roura nie wadził nikomu w meczu z Cordóbą zaraz po wyjeździe Vilanovy. W meczu ligowym z Málagą, gdy Barça pobijała rekord zdobytych punktów w rundzie jesiennej La Liga - też nie. Po tygodniu straty 4 goli w ćwierćfinale CdR z Málagą i porażki z Sociedadem, mimo rozczarowującej chwilami gry, mówiono tylko o futbolu. Remis w pierwszym pucharowym GD - znów nikt nie wytykał nieobecność Vilanovie, mówiliśmy o nieskuteczności piłkarzy, błędach popełnionych na boisku. Teraz nagle nie wszyscy potrafią?

To trochę nie fair - tak wobec Vilanovy, jak i Roury, którzy jako pracownicy klubu zasługują na najwyższy szacunek kibiców niezależnie od okoliczności.

Nie, nie neguję faktu, że brak Tito nie pomaga. Jestem jednak głęboko przekonany, że był to czynnik jeden z wielu, owszem, ale nie: decydujący. Nie w tym przypadku. Znacznie ważniejsze od nieobecności Tito na ławce we wtorek to w skrócie: naiwna taktyka z Xavim, Iniestą i Fàbregasem; nazbyt ofensywna gra Alby; brak partnera dla Messiego do gry z przodu (Villa), co determinowało cofanie się Argentyńczyka po piłkę, tłok barcelonistów i chaos w środku pola; brak skrzydłowego o dobrym sprincie i dryblingu (Tello zamiast Pedro) na słabych bocznych obrońców Realu.

Wszystko (poza pkt. 4:), co sugeruje „MD” we wczorajszym artykule jako przyczyny porażki, stanowi tu jedynie efekty. Nie przyczyny.

Jak już wspominałem przy poprzedniej okazji, właściwą decyzję co do wyjściowego składu można było podjąć z buszu na końcu świata. Play działa w metrze, Virgin na Bali, a Vodafone w środku kostarykańskiej dżungli - co to za problem dodzwonić się do Nowego Jorku? Nawet z kilkudniowym wyprzedzeniem, jeśli zdrowie nie pozwala w dniu meczu. Barcelona wyszłaby identycznym składem na wtorek z Tito na ławce, czy z Tito w Nowym Jorku. To skład - ustawienie, taktyka, personalia - był powodem królopucharowej klęski. Nie geografia.

No pewnie, że to wdzięczna interpretacja - zespół przegrał, bo nie było z nim trenera. Tylko, że trenerzy czasami chorują, jak każdy, Tito nie jest pierwszy i nawet w ósmej lidze nikt nie tragizuje, jak rezerwowy z masażystą muszą wisieć w trakcie meczu na linii ze szpitalem. Każdy ma prawo do własnego zdania, lecz słabo to wygląda, jak interpretacjom niebezpiecznie blisko do tłumaczeń, wymówek. Albo stają się nimi wprost.

A przecież miało ich nie być! Pamiętacie

już zapomnieliście? Wygodne to wytłumaczenie wtorkowej klęski, ta nieobecność Tito. Wygodne, da się uargumentować, nie trzeba nawet zbytnio wnikać w niuanse taktyczne meczu ani akceptować wzorcowego zneutralizowania wyjściowego ustawienia Barçy przez Real - no, idealne... Nie. Powierzchowne. Płytkie. Drugo- czy wręcz trzecioplanowe. Łatwe. Za łatwe.

Obraz gry był, jaki był, sztab nie wyciągnął wniosków na czas i nie można przy tak odniesionej porażce uznawać wymówek. Ani przed, ani po. Wybór Mallenco oznaczał, że w tym meczu Barcelonie nikt nie da nic za darmo, bo nikomu w federacji, mediach, spośród sponsorów nie było na rękę odpadnięcie Realu z krajowych rozgrywek już w lutym. Piłkarze zamiast zostać na to uczulonymi, uodpornionymi przez sztab by godnie znosić wszystkie faule rywali (było wiadome, że będą) i utrzymywać się przy akcjach za wszelką cenę - kładli się przy pierwszej lepszej okazji i błagalnym wzrokiem żebrali o karne sędziego, który jest znany od lat w całej Hiszpanii z najbardziej tolerancyjnego sięgania po gwizdek; szczególnie w meczach Realu. Gospodarze Camp Nou dobrze o tym wiedzieli, a i tak przy niekorzystnym wyniku chwytali się najbardziej wstydliwych dla siebie i ambarasujących dla kibiców metod nadgonienia wyniku.

Barcelona przegrała przez nietrafioną taktykę, nieumiejętność nauki na mediolańskich błędach, geografię ustawienia poszczególnych formacji, która była samobójcza na tak kompetentną w kontrach drużynę jak Real i personalia, które zaczęły wtorkowy mecz. To są główne powody prowadzące do porażki po ostatnim gwizdku Mallenco w zeszły wtorek. Wszystkie inne powody - owszem, są. Ale daleko na dalszym planie.

Nawiązując do tego, o czym napisałem na początku tego wątku - doskonale rozumiem argumenty wszystkich zwolenników tezy o nieobecności Vilanovy z chłopakami jako źródle porażki. Ale się nie zgadzam. Każdy zespół ludzi potrzebuje lidera, każdy projekt - koordynacji. Ale mamy XXI wiek. Prezesi największych spółek giełdowych świata zarządzają nimi z urlopów za kołem polarnym, z pokładu wycieczkowca na Karaibach, z siodła dromadera na środku Sahary.

Jasne, mister zawsze mógł mieć przedwczoraj chemię. Z jakichkolwiek powodów mógł nie być dostępny telefonicznie przez 2-3 dni. Ale rozrysować skuteczny plan na rewanż z 10 alternatywnymi scenariuszami na drugą połowę zależnie od wyniku i przebiegu gry, można było szczegółowo opracować już tydzień temu. Zaraz po meczu na San Siro.

Skoro mogli to zrobić - niekiedy bardzo kompetentnie i przekonująco - kibice na forach i fanzinach na całym świecie, niektórzy z najbardziej renomowanych dziennikarzy, to czemu całej posiadanej po meczach na Bernabéu sprzed miesiąca, w Mediolanie sprzed tygodnia i z Sevillą minionej niedzieli nie potrafił właściwie wykorzystać sztab najlepszej, najwyżej opłacanej drużyny piłkarskiej świata? O czym rozmawiają Tito i Roura przez telefon czy wideokonferencję? O pogodzie w Nowym Jorku, atrakcjach Manhattanu, o tym, co słychać u Pepa?

Popełniono błąd, błędy i popełnił je Vilanova. Ale nie dlatego, że leczy się za oceanem i pewnie trudno się do niego czasem dodzwonić, lecz dlatego, że jest mniej doświadczonym, słabszym taktycznie, gorzej reagującym trenerem i nieefektywniej przewidującym trenerem od José Mourinho. Przede wszystkim dlatego. Lokalizacja trenera miała, ma i będzie miała znaczenie. Ale nie należy tego znaczenia wyolbrzymiać w kontekście tegorocznego półfinału Pucharu Króla, o czym od wtorku czytam praktycznie w każdym zakątku bordowo-granatowego internetu.

Mecz z Sevillą - poprzez straconą wpierw bramkę, twarde warunki postawione przez Andaluzyjczyków, nieumiejętność członków wyjściowego składu w takiej konfiguracji taktycznej do zmiany wyniku, przebieg drugiej połowy i wreszcie nazwiska autorów sobotniej remontady - był nie tylko wymarzonym motywatorem dla piłkarzy ze względu na samy wynik przykrywający świeże wspomnienia z Włoch, ale właśnie pod względem taktycznym wydawał się krokiem we właściwą stronę.

Zarzucenie wspólnego ustawienia Xaviego, Iniesty i Fàbregasa. Powrót do klasycznej formacji 4-3-3 z dwoma skrzydłowymi (najlepiej: Villa i Tello) i dwoma ofensywnymi pomocnikami w środku pola (personalia dowolne, ale „bezpieczniej” z XavIniestą). Właściwe zmiany we właściwym czasie. Nie ma na co czekać przy złym wyniku i nieskuteczności w ataku: zmieniamy w przerwie. Efekty były widoczne niemal natychmiast od rozpoczęcia drugiej części meczu, zmieniając diametralnie obraz gry Barçy, wynik i zupełnie odmieniając losy spotkania.

Z pomeczowej perspektywy, rezultat pojedynku z Sevillą, jego przebieg i zakończenie - obok wcześniejszych „lekcji” z 30. stycznia i 20. lutego - był trzecim z kolei dostarczycielem wszystkich potrzebnych odpowiedzi na problemy, dylematy Barçy przed wtorkiem. Odpowiedzi były na ekranie, na zbliżeniach, na tablicy wyników. Zignorowano je wszystkie, za co przyszło Barcelonie bardzo gorzko zapłacić.

Z delikatnymi różnicami (odważniejsza gra Fàbregasa, większa różnorodność w postawie Xaviego, wyższa kreatywność Iniesty; znacznie słabsza indywidualnie postawa obrońców, gorsza gra Messiego) niemal doskonałą „powtórkę z rozrywki” w Mediolanie. Ten sam obraz gry, ta sama bezradność, ta sama nieskuteczność zastosowanych rozwiązań taktycznych, ta sama niezdolność osiągnięcia choćby remisu i ta sama niechęć sztabu do przeprowadzenia zmian nim będzie za późno. Te same problemy.

System z Xavim, Iniestą, Fàbregasem i tylko jednym nominalnym skrzydłowym działa dobrze, wydajnie w meczach ze słabszymi rywalami. Ci zostawiają Barcelonie znacznie więcej miejsca i pozwalają wykorzystać do maksimum potencjał wynikający z upchania w składzie sumy umiejętności i talentu przebywających wspólnie na boisku Messiego, Xaviego, Fàbregasa, Iniesty i Busquetsa. Jednak obie lekcje z Milanem i Realem nie zostawiają na tym koncepcie suchej nitki, jeśli chodzi o stosowanie go w starciach z lepszymi drużynami. Nawet wyrażające się w różnicy bramek rozmiary wyroku były na koniec identyczne we wtorek, co w Mediolanie...

Dla powtórzenia: taktyka, ustawienie, personalia. To są powody, dla których gospodarze zawalili mecz i w pełni zasłużenie odpadli z Pucharu Króla. Być może teza ta nie zyska popularności, ale czuję przekonanie graniczące z pewnością, że taktyka Barcelony byłaby identyczna, gdyby Vilanova zamiast w Nowym Jorku był we wtorek na Camp Nou.

 

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (121)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze
« Powrót do wszystkich komentarzy