W ciszy stadionu. Mecz o cały sezon

Karol Chowański 'Challenger'

26 lutego 2013, 12:45

204 komentarze

Cztery tygodnie temu Barça miała na widelcu rywala, który obficie krwawi i ma trudności z oddychaniem. Madryt zaczął ostro, ale nieskutecznie, co z wyjątkowo niepozorną postawą Cristiano Ronaldo długo czyniło wynik otwartym. Barcelona nie zdołała wykorzystać tych okoliczności i pomimo objęcia prowadzenia, drużyna Vilanovy i Roury nie wykorzystała szans na jego podwyższenie. Gra Barçy nie wyglądała źle, zespół przywiózł korzystny wynik wyjazdowy. Mimo jakości zaprezentowanej przez podopiecznych Mourinho, nikt w Katalonii i hiszpańskiej prasie nie uciekał od wniosku, że goście pozwolili zwierzynie zbiec.

Jutro wchodzą w grę dwa scenariusze, żaden inny. Albo Real wylizał się z ran, zregenerował, gotów wrócić silniejszym i poderżnie Blaugranie gardło na jej własnym koloseum; albo to Barcelona zada wreszcie śmiertelny cios. Chcę wierzyć, że sprawdzi się ta druga agenda. Ostatnie mecze ligowe obu wielkich rywali dają trochę odmienne wnioski, ale to są Gran Derbi. Szanse znowu będą równe. Jak zawsze od trzech lat.

Nie tylko Puchar Króla

Rywalizacja ofensywnej, przez wielu zwanej "romantyczną", Barcelony Guardioli i Vilanovy z Realem Mourinho urosła do rangi starcia tytanów, najważniejszego wydarzenia w piłkarskim świecie. Nie ma żadnego znaczenia, o co akurat grają: Puchar Króla, Supercopę czy finał Ligi Mistrzów. Nikt z nich nieprędko zaprosi drugiego na swoje święto otwierające sezon, ale gdyby rywalizowano o Trofeo Bernabéu lub Puchar Gampera – te mecze wyglądałyby tak samo.

Wśród wielu wniosków, jakie barcelonismo, mediom i włodarzom katalońskiego klubu dostarczył zeszły sezon, najważniejszym wydaje mi się ten, że nawet na najwyższym, przeraźliwie konkurencyjnym poziomie współczesnej piłki, o tytułach, zwycięstwach, sukcesach i chwale niezmiennie od zarania tej dyscypliny decyduje jeden i ten sam czynnik. To ludzka psychika. W kluczowych chwilach, momentach próby największych sportowców staje się największym atutem bądź największym przeciwnikiem.

Nieudane eksperymenty taktyczne w początkowej fazie sezonu 2011/2012 nie tylko kosztowały Barçę furę punktów w rundzie jesiennej (zespół zdobył 41 punktów* na 54 możliwe, to 75%), ale mówiąc o bilansie na koniec sezonu okazały się dla piłkarzy jak bliskie sąsiedztwo wylewającego wiosną strumyku, regularnie podmywającego okoliczne domy. Pomniejszych, późniejszych przyczyn klęski na dwóch najważniejszych frontach tamtego sezonu było kilka, ale to morale podkopane rozczarowującymi wynikami z jesieni – było ziarnem, które wykiełkowało na wiosnę. Drużyna wpadła z początkiem 2012 roku w niespotykany nigdy wcześniej za Pepa spadek pewności siebie, kryzys wiary we własne umiejętności. Z tygodnia na tydzień gorzej znosiła presję i nie potrafiła znaleźć stabilizacji w grze na dłużej niż 2-3 tygodnie. Niezdolność Guardioli do znalezienie Fàbregasowi stałego miejsca na boisku oczywiście nie pomagała.

Szereg złych wyników rundy jesiennej, ta łatka drużyny niepotrafiącej grać na wyjazdach, którą Barça wpięła sobie sama, ciągłe oglądanie pleców Madrytu już od dziewiątej kolejki ligowej – w ostatecznym rozrachunku zdeterminowały cały sezon. Barcelona przez pół roku bezskutecznie goniła Blancos w tabeli, aż kwietniowe Gran Derbi ostatecznie rozwiały wątpliwości komu tym razem przypadnie mistrzostwo kraju.

Remisy kolejno z Sociedad (III kolejka), słabym Milanem w Lidze Mistrzów, Valencią (IV), Sevillą (IX), Bilbao (XII), nieprzekonująca postawa w 0:1 ze Sportingiem (VII) i Granadą (X) wraz z zaskakująco bezradną porażką z Getafe 26. listopada (XIV) sprawiły, że gdzieś na przełomie grudnia i stycznia „Duma Katalonii” jakby zapomniała o swojej dumie. Weszła w kluczową, lutowo-kwietniową fazę sezonu z kryzysem tożsamości, w lidze wciąż za plecami Realu i remisowymi wspomnieniami ze wszystkich pozostałych frontów. Zwycięski mundial klubów stanowił zastrzyk optymizmu, ale na krótką metę. Zespół Guardioli zatracił pewność siebie, mentalność zwycięzców. Regularność, powtarzalność zwycięstw, ich automatyzm skończyły się gdzieś w połowie jesieni.

Pierwsze zwiastuny problemów, pierwsze fałsze katalońskiej orkiestry zostały powszechnie bagatelizowane. Po styczniowym remisie z Espanyolem (XVIII) i nierównym występie z Betisem (XIX) na Camp Nou wciąż było cicho. Czkawka jaka została po rewanżowym meczu pucharowym z Realem została nadzwyczajnie łatwo zagłuszona euforią z... samego wyeliminowania „Królewskich”. Kolejne szorstkie akordy – remisy z Villarreal (XXI) w lidze i Valencią w CdR, mocno przeciętna postawa 4. lutego w San Sebastián (XXII) – też zostały wspaniałomyślnie zignorowane aż wybuchła bomba po Osasunie. Ligowa klęska z drużyną ledwie miesiąc wcześniej wyrzuconą przez Barçę z Pucharu Króla na bilansie 6:1 obok ciężkiej przeprawy na Vicente Calderón (XXV; gol Messiego z wolnego w 79. minucie) stanowiły dwa poważne ostrzeżenia przed wyjazdem na ostatnią prostą sezonu. Obudzili się dziennikarze, wrócili do powtórek meczów z ubiegłych tygodni i nagle podniosło się ogólnonarodowe larum. Na zmiany było za późno.

Barça wpadła już w poślizg i dawno minęła szczyt zakrętu. Spektakularnego roztrzaskania się w lidze i Pucharze Europy ostatecznie nie udało się uniknąć. Proces erozji mentalnej, i w efekcie: sportowej, siły FC Barcelony był mocno rozciągnięty w czasie, ale najbardziej widoczne efekty przyniósł właśnie w kluczowych meczach sezonu.

Na ligowe Gran Derbi, które pod warunkiem zainkasowania trzech punktów mogły jeszcze zmienić losy mistrzowskiego tytułu w lidze – drużyna wyszła bez animuszu, bez woli walki, bez żądzy krwi. Wyszła też bez paru ważnych ogniw, ale to już decyzja Pepa. Barça była nieswoja. Jeden z najbardziej apatycznych meczów Blaugrany za kadencji Guardioli, z punktu widzenia culé niemal w ogóle nie wyglądał jak El Clásico. Niezależnie od personaliów biegającej po boisku jedenastki we wszystkich Wielkich Derbach w erze Pepa przede wszystkim „grał” w drużynie duch, dopiero potem: piłkarze. W tamten wieczór ten duch był tak słaby, że ledwie dostrzegalny i tylko postawa Alexisa Sáncheza (zdobyty gol i ogólnie jeden z najlepszych występów Chilijczyka w barwach Barçy) stanowiła jeden z niewielu pozytywów w postawie gospodarzy. Końcowy gwizdek, przegrana i po lidze.

Trzy dni później Barcelona odpada z drugich najważniejszych rozgrywek sezonu. Z Madrytem podopieczni Pepa nie potrafili „zabić meczu” po trafieniu na 1:1, zaś z Chelsea nie zdołali przyklepać awansu prowadząc w dwumeczu 2:1 i mając mnóstwo okazji na podwyższenie tego rezultatu.

Całe szczęście, że w tamtym sezonie finał Pucharu Króla był wyznaczony cały miesiąc po rewanżu w półfinale Ligi Mistrzów. Na fali obu porażek, nawet Bilbao byłoby groźnym przeciwnikiem. Tymczasem Barça miała aż nadto międzyczasu, by otrząsnąć się po niebiesko-białej katastrofie z kwietnia, notując po drodze dwa przekonujące zwycięstwa w lidze i siedmioma golami wyjazdowo wyżywając się na Rayo.

Po tych kilku tygodniach, które minęły do chwili finałowego starcia z Baskami, barceloniści znów byli sobą. Odpoczęli, zregenerowali się psychicznie, byli gotowi. Mecz okazał się łatwy, prosty i przyjemny. Już po pół godzinie piłkarze zagwarantowali Guardioli jego czternaste trofeum w roli trenera.

Tak, rok temu wiosną los dosadnie przypomniał wszystkim culés, że na ścisłym piłkarskim Olimpie wszystkie możliwe rozgrywki w zbliżonym stopniu budują mentalność drużyny i wzajemnie decydują o jej sile na decydujące starcia w poszczególnych zawodach. Owszem, rzadko się o tym mówi, ale ile klubów świata ma warunki, potencjał, kadrę i trenera by zwyciężać we wszystkich rozgrywkach, w jakim wezmą udział?

Superpucharowa dogrywka o supremację w Europie, zawsze cenny triumf w KMŚ, Superpuchar krajowy przeciw Realowi, Puchar Hiszpanii, wreszcie Liga i Liga Mistrzów – złożony mechanizm naczyń połączonych. Zależnie od ułożenia w kalendarzu, postawa w kolejnych rundach Ligi Mistrzów przekłada się na wyniki w lidze i odwrotnie, a budowana w najpierwszych rundach krajowego pucharu pewność siebie i skuteczność pod bramką rywali będzie procentować w późniejszym okresie sezonu, procentując w najważniejszych meczach wiosny bądź dodatkowo komplikując ich przebieg.

Naturalnie, nie można w tym wszystkim zapominać o meczach ważnych i ważniejszych, którego stałego towarzystwa bynajmniej nie chcę negować, nie chodzi tu też o wystawianie co mecz galowej jedenastki (od tego jest Mourinho) i 100% zwycięstw w sezonie (to z kolei jest banalnie nieosiągalne przy rozbudowanym do granic możliwości kalendarzu), ale systematyczność. Stale budowaną jakość gry, regularnie umacnianą optymistycznymi wynikami motywację piłkarzy, pewność drużyny jako kolektywu i wypracowanych schematów taktycznych – porządek i ręka na pulsie przez całe 10 miesięcy sezonu.

Przebieg rozgrywek 2011/2012 przytaczam tu wyłącznie z jednego powodu: Jeśli Barça przegra jutro z Realem i odpadnie z Pucharu Króla, szanse na "przejście" Milanu w Lidze Mistrzów natychmiast spadają do minimum. Osobiście, zupełnie nie wierzę w taki scenariusz, że po ewentualnej porażce we wtorek Barça awansuje do ćwierćfinału Ligi Mistrzów choć zmuszony sekwencją zdarzeń do takiej okoliczności, bardzo chętnie dałbym się zaskoczyć.

Wolę ufać, że nie będzie takiej konieczności. Nic nie zmotywuje barcelonistów lepiej do rewanżowego starcia z drużyną Allegriego niż spuszczenie Realu ze zjeżdżalni Pucharu Hiszpanii.

Wtorek, 21:00

Jeśli w wyjściowym ustawieniu Barçy na jutrzejszy mecz jest cokolwiek pewnego, to obecność Pedro Rodrígueza. Kanaryjski skrzydłowy nie zagrał ani minuty z Sevillą, jest świeży, a z Realem zawsze spisywał się dobrze. W obronie z Piqué zobaczymy Puyola czy Mascherano? To „Kapitan Katalonia” zagrał z Milanem, ale akurat o jego morale nie musimy się martwić. Obecność „Szefo” dawałaby lepszą szybkość w konfrontacji z madryckimi pędziwiatrami, ale zagrał cały mecz z Sevillą, co raczej przekreśla jego grę w podstawowej jedenastce we wtorek. Dlatego stawiam na Puyola, który jak zwykle zostawi na boisko serce, minimalizując zaangażowaniem (oby!) coraz wyraźniejsze niedostatki dyspozycji fizycznej. Przewidywania kończą się na bokach obrony złożonych z Alvesa i Alby, szczególnie w świetle ostatnich problemów zdrowotnych Adriano.

Co do bramkarza, jeśli sztab Azulgrany będzie konsekwentny, zagra José Pinto. Życzę mu tego. Przez pryzmat wyniku z pierwszego meczu (co innego, gdyby Barça miała wynik "w plecy"), kandydatura Valdésa byłaby zaskoczeniem. W każdym razie nie sądzę, by tożamość bramkarza gospodarzy odegrała większe znaczenie we wtorkowym meczu. Nawet jeśli 36-letni nestor barcelońskiej szatni popełni jakiś poważny błąd, na który tylko czekał będzie Real – nie powinno to stanowić usprawiedliwienia dla wyniku. Jedynym zadaniem Barçy w tym meczu jest zdobycie większej ilości goli od gości. Bez względu na wszystko.

Patrząc na zestawienie środka pola z Sevillą, wysoce prawdopodobne wydaje się zrezygnowanie ze składu all-star (Xavi, Iniesta, Cesc razem) w pomocy i ograniczenie tej formacji do tria Busi-Xavi-Fàbregas-lub-Iniesta. Atak złożony z Messiego i dwójki klasycznych skrzydłowych daje w meczach z silnymi kadrowo rywalami ewidentnie lepsze wyniki niż formacja z fałszywym lewoskrzydłowym z "8" na bordowo-granatowych plecach.

Wielkie pytanie brzmi: czy od pierwszej minuty zobaczymy w pomocy Cesca czy Andrésito? I tu – ze względu na 70 minut tego pierwszego w sobotę – upatrywałbym pierwszej niespodzianki na Real polegającej na zaskoczeniu gości wystawieniem byłego kapitana Arsenalu u boku Xaviego. Gdy Iniesta 70 minut spędzał na boisku z fizycznie grającą Sevillą, Fabs w tym samym czasie odpoczywał. Naturalnie, „galowy” skład z Xavim i Iniestą również wydaje się właściwym pomysłem (choć bardziej przewidywalnym), Fàbregas stanowi wtedy opcję z ławki zależnie od przebiegu meczu.

Z kolei sobotni 10-minutowy test z Songiem obok Busiego wydaje się przygotowaniem gruntu pod to ustawienie na przyszłość i jednocześnie wyraźnym sygnałem dla Kameruńczyka, że przy zadowalającym wyniku dla Barçy może spodziewać się wejścia na boisko jutro jako dodatkowy bufor bezpieczeństwa w defensywie. Czy jest szansa na bivote już od pierwszych minut? Wątpię. Ktoś te bramki najpierw musi strzelić, a o to będzie łatwiej z graczem kreatywnym na murawie i Songiem na początek na ławce.

W formacji ataku wiemy na pewno jeszcze jedną rzecz. Od początku meczu zobaczymy na boisko Messiego. Kto będzie go wspierał przy założeniu, że rzeczywiście zacznie Pedro? Tello, Villa czy Alexis? Nie podejmę się jednoznacznej prognozy. Dajmy się zaskoczyć trenerom.

Wystawienie Villi w sobotę i „zagranie nim” 80 minut wydaje się klarownym sygnałem traktowanego ostatnio po macoszemu napastnika, że może liczyć na minuty we wtorek. Podobnie w przypadku Tello, który z Sevillą dał bardzo dobrą zmianę. Villa zagrał dłużej, a w jego przypadku stanowi to silny asumpt do tezy, że jeśli pojawi się na boisku z Madrytem, to w drugiej połowie.

Oznaczałoby to, że rywalizacja o ostatnie wolne miejsce w wyjściowym składzie na rewanżowy półfinał Pucharu Króla rozstrzygnie się pomiędzy Tello a Alexisem. Chilijczyk spisał się gorzej w sobotę, ale daje inne korzyści, które będą bardzo potrzebne zespołowi od pierwszej minuty meczu z Realem – mam tu na myśli harówę w pressingu. Tello pod tym względem jest jeszcze graczem raczkującym, poza tym jest znacząco słabszy fizycznie od Sáncheza; we wtorek będzie to miało niebagatelne znaczenie naprzeciw takich graczy jak Ramos, Pepe, Alonso, Khedira i Arbeloa. Podobnie jak w przypadku Villi, wydaje mi się, że Tello pojawi się na boisku, ale dopiero w drugiej połowie, ok. 55.-65. minuty, na defensorów Realu już podmęczonych aktywnością Alexisa.

Naturalnie, wszystkie opcje w ataku mają swoje plusy. „Wyjście” Tello na pewno niosłoby element zaskoczenia, razem z Pedro mogli by sobie urządzać regularne wyścigi na 50 metrów, uprzykrzając życie niekiedy zbytnio statycznym stoperom „Królewskich”. Z kolei opcja z Alexisem mimo wszystko wydaje się bezpieczniejsza i teoretycznie bardziej korzystna ze względu na ogromną siłę fizyczną Realu. Czyżby zatem Messi-Pedro-Alexis? Zobaczymy jutro.

Niezależnie od tego, kogo ostatecznie desygnuje Tito do gry od pierwszych minut, można oczekiwać, że tym razem Barça nie prześpi zmian. Tello w sobotę pojawił się już w przerwie choć Chilijczyk nie grał tak słabo, jak w tym sezonie zdarzyło mu się już parę razy; drugą zmianę przeprowadzono przed 70. minutą, a zastąpienie Villi Busquetsem było fantastycznym manewrem na zabezpieczenie się przed ewentualnymi zapędami Sevilli w poszukiwaniu remisu. Choć Busi niczym szczególnym się nie wyróżnił, to pozostaje faktem, że po jego wejściu gościom znacznie trudniej niż wcześniej szło przedostawanie się pod bramkę Valdésa. Plan się powiódł.

Wybory personalne dotyczące Sevilli otwierają trenerom – zależnie od postawy piłkarzy desygnowanych do gry od pierwszej minuty i losów wtorkowego meczu – możliwość wykorzystania wszystkich pięciu strzelb barcelońskiego ataku, w domyśle: dwóch wprowadzonych z ławki. Zobaczymy, czy trenerzy skorzystają z takiej opcji, ale przy regularnych występach Sáncheza i Pedro, po 80 minutach Villi w sobotę i 45-minutowej szansie Tello cała czwórka jest w rytmie meczowym. I pełnej gotowości.

Przed nami piłkarska uczta. Wielki, wspaniały mecz. Gospodarzom czas dokończyć dzieła sprzed czterech tygodni. Problemy Realu wcale się w międzyczasie nie rozpłynęły, a remis z Manchesterem (u siebie) i niedzielne męki z ostatnią drużyną tabeli (bardziej niż sam wynik, mam na myśli obraz gry "Królewskich", po potrójnej zmianie w 57. minucie także) to tylko najbardziej namacalne objawy. José Mourinho nadal nie ma nikogo na szpicy. Od miesięcy na aktualności nie traci opinia, że ani Benzema, ani Higuaín nie należą dziś do ścisłego światowego topu napastników, a Callejón zatracił skuteczność. Poza tym trwa w najlepsze kryzys formy Di Maríi, który gra ostatnio najgorzej odkąd trafił do Madrytu. Real nie ma też stałego lewego obrońcy – Marcelo po urazie, bez formy, za to z paroma okrągłościami, zaś klasa Coentrão słusznie kwestionowana jest przez madrycką prasę. Barcelona nie należy bynajmniej do ulubionych rywali portugalskiego piłkarza. W obronie można spodziewać się Varane’a i wypadałoby, żeby tym razem Barcelona przypomniała Francuzowi ile ma lat. Obok niego zagra pewnie Pepe.

Patrząc na środek pola MouTeamu, można się spodziewać duetu Alonso-Khedira. Forma Hiszpana była ostatnio względnie stabilna, ale Niemca – niekoniecznie. Jak zwykle miano samotnego ofensywnego pomocnika „grozi” Özilowi. Gdy Mourinho postanowi zostawić na ławce Di Maríę, Mesut będzie mógł liczyć od pierwszych minut na wsparcie Kaki, co też mówi wiele o sytuacji w Madrycie. Wszyscy na pokład, o wypychaniu Brazylijczyka Berlusconiemu tylnymi drzwiami (ale nie za półdarmo) w styczniu już nikt nie pamięta. Gdyby Ricardo Izecson faktycznie wyszedł na Camp Nou w wyjściowej jedenastce byłaby to chyba pomyślna wieść dla Barcelony, bo poza przepięknym golem zanotował z Deportivo raczej przeciętny występ. Miał wiele strat w środku pola (łącznie: 7), wśród których przydarzyło się brazylijskiemu pomocnikowi kilka naprawdę prostych błędów. Na koniec wypada dodać, że na tym samym Riazor Diego López przypomniał wczoraj, czemu jesienią nie mieścił się w podstawowej jedenastce Rojiblancos.


Madrycki zwierz dalej krwawi. Trzeba go tylko „dobić”. Oby tym razem Barcelona potrafiła to zrobić. Na żadne wymówki nie będzie miejsca. VAMOS!!!


* Pamiętając o przełożonej kolejce otwierającej ligowy sezon, mówimy tu o pierwszych 18 meczach "kalendarzowo", tj. od pojedynku z Villarreal 29. sierpnia do starcia z Betisem 15. stycznia.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (204)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze