W ciszy stadionu. Powinno być gorzej

Karol Chowański 'Challenger'

8 października 2012, 11:12

277 komentarzy

Mogło być gorzej? Nie wiem, może i mogło. Mnie się wydaje, że powinno. Zachowujący 8-punktowe status quo remis po takim meczu „biorę” bez mrugnięcia okiem.

Defensywa, pomoc, atak, taktyka, zmiany...
Nie będzie chyba wielką przesadą stwierdzenie, że Barça była wczoraj słabsza w każdym elemencie gry.

Gdzie jesteś, Davidzie Villo?

Czekam z utęsknieniem na moment, gdy sztab szkoleniowy "Dumy Katalonii" przypomni sobie, że po latach biegania na szpicy i wszędzie indziej Leo Messi wciąż jest też prawoskrzydłowym. Wczoraj był nim w jednej jedynej akcji tuż po przerwie i była to najlepsza akcja Lionela w całym meczu.

Nie chodzi tylko o to, że Argentyńczyk zaczynał na tej pozycji karierę w klubie i przez długi czas ani myślano szastać nim po innych strefach boiska. Coraz więcej drużyn patent na Messiego-środkowego napastnika ma opanowany do perfekcji. Zagęszczenie środka pola, wystawienie zasieków pod polem karnym i jak nie zatrzyma Leo defensywny pomocnik, drugi defensywny pomocnik, żaden z duetu środkowych obrońców, to będzie to schodzący do środka boczny obrońca. Lewy albo prawy. Gra Messim w roli snajpera coraz częściej wychodzi drużynie bokiem. Szczególnie z drużynami silniejszymi (Chelsea, Real, Sevilla) niż ligowy plankton.

Ciągle spóźniony i nie skuteczny w odbiorze Marcelo swoją grą przez pełne 90 minut gry aż prosił się, by ktoś w bordowo-granatowej koszulce zrobił z niego wreszcie wiatrak po drodze do gola. Szczerze szkoda było z tego nie skorzystać. Co skłania mnie do zażyczenia sobie w tym roku od Mikołaja, by powrót do zdrowia Davida Villi skończył się też powrotem Davida Villi na środek ataku. Zwiastując taktyczne „wypchnięcie” Leo na prawe skrzydło. Przynajmniej od czasu do czasu, dwa mecze w miesiącu, w wyjątkowych okolicznościach na wyjątkowych rywali. Jak pokazuje ostatni rok, wielu drużyn Leo-napastnik nie jest już w stanie zaskoczyć, albo jest dopiero po wzniesieniu się na absolutne wyżyny swego talentu. Czas coś zmienić.

Skoro Tello może tak kręcić rywalami pod liniami bocznymi – to co robiłby tam Messi, zwolniony z obciążenia grą w środku, i to de facto od linii środkowej do linii bramkowej?! Chyba minąłby jakiś czas nim rywale znaleźli by na to sposób. Na powrót Leo do strefy boiska, w której urodził się jako piłkarz. Jeden warunek: optymalna dyspozycja Villi. Leo na środku nie zastąpi ani Sánchez, ani Fàbregas, ani nikt inny – już wiemy, że takie wyjścia stanowią tylko osłabienie ofensywnego potencjału drużyny. Co innego podtatusiały, ale wypoczęty, głodny gry i mający coś do udowodnienia sobie i całemu światu asturyjski lis pola karnego. Tylko on może dać Vilanovie powody do bujnej twórczości w konfigurowaniu ataku Barçy. Neymar przejdzie do Barçy, to pewne, ale równie pewne, że nie prędko.

Taktyka

O inne aspekty taktyczne niż nieśmiało zarysowane lekkie trzęsienie ziemi, trudno mieć do Tito jakieś większe pretensje. Brak pojawienia się na boisku Villi tłumaczyć można tym, że mister wolał mieć na froncie stadko rączych jeleni niż piłkarza relatywnie bardziej od nich statycznego. W takim razie, czemu na boisku nie zobaczyliśmy Tello, choćby na pięć minut?

Krojczy kraje jak materiału staje, więc nic dziwnego, że Tito musiał improwizować przy zestawieniu obrony. Ale posłanie w bój Adriano, Alvesa i Alby jednocześnie? Ten odcinek sponsorowała literka „A”, czy co? Czy będący w barcelońskiej obronie wciąż na dorobku, ale mający swoje atuty Song nie stanowiłby wartościowszego uzupełnienia defensywy niż Adriano? A może poświęcenie któregoś z „kreatywnych” (Cesc wrócił w boiskowy niebyt; Iniesta nie był sobą; Xavi skazany na grę z Messim albo... z Messim) pomocników na rzecz wstawienia Kameruńczyka ramię w ramię z Busim wyszłoby drużynie na lepsze? Mogę tylko mnożyć znaki zapytania. Nie dowiemy się do kolejnej okazji. Nie mam jednak wątpliwości, że nadejdzie dzień, w którym Song będzie godzien pełnowymiarowej szansy z naszym arcyrywalem – na środku obrony albo jako (drugi?) DM. Póki co, minimum jeden wymagający test czeka byłego gracza Arsenalu w Lidze Mistrzów.

Niemoc

Nie pamiętam derbów nudniejszych - z perspektywy kibica Barcelony - i cięższych do oglądania. Defensywa „Królewskich” prezentowała się co prawda lepiej niż w obu odsłonach Supercopy, meczu z City i paru ligowych batalii bieżącego sezonu, była skrajnie skoncentrowana i nad wyraz efektywna, lecz nie może to być wymówką dla dysponującej potencjałem Fabsa, Iniesty, Xaviego, Messiego i Pedro ofensywy Barçy! No dobra, wymówka może może być – ale mało wiarygodną.

Długimi fragmentami meczu, Blaugrana nie potrafiła zmajstrować na połowie „Królewskich” niczego sensownego. Powiedzieć, że gra się podopiecznym Tito nie kleiła, to nic nie powiedzieć. Z rzadkimi wyjątkami, ofensywa gospodarzy była wobec konsekwentnej gry gości zwyczajnie bezradny. Duet Fàbregas-Iniesta zawiódł. Pojedynczymi zrywami szarpał Messi, ale wystarczy zerknąć na statystykę jego strzałów i kluczowych podań by zdać sobie sprawę, ile korzyści przyniosło to zespołowi. Niewiele.

Akcji ładnych, szybkich, precyzyjnych wymian na małej przestrzeni i rozmachu w pobliżu pola karnego było z gry Barçy jak na lekarstwo. Nawet najciekawsza akcja Katalończyków (szansa Pedro) była bardziej efektem błędu (zmęczenia?) rywala niż kunsztu wychowanków La Masíi. Barça grała od pierwszej do ostatniej minuty z wytrąconymi z ręki głównymi atutami. Choć w żadnym momencie gry losy meczu ani wynik nie uciekły im z pola widzenia, to przez dominującą w ich staraniach bezsilność, gra po raz pierwszy od bardzo dawna sprawiała „Dumie Katalonii” tak widoczną trudność.

Na jałowe klepanie w poprzek boiska i lawinową liczbę strat całego wspomnianego kwintetu ofensywnego i wszystkich bez wyjątku zawodników Tito patrzyło się z trudem nawet największym entuzjastom barcelońskiej interpretacji futbolu.

Remis w czasach zarazy

Wyjmując ten wynik z kontekstu, trudno uznać go za sukces – Barça grała u siebie, rozpędzona serią zwycięstw z ostatnich tygodni, z wyjściowym składem rojącym się od cracków. Rzecz w tym, że w tak długich rozgrywkach jak współczesny piłkarski sezon trudno rozpatrywać rzeczy „wyjęte z kontekstu”. To znaczy, rozpatrywać można, i nawet lubuje się w tym kilku rodzimych dziennikarzy nibysportowych – ale sensu i rzetelności pozbawione to zupełnie.

Barça nie zasłużyła na wygraną i jej nie odniosła, bo zabrakło jej do tego faktycznych i logicznych podstaw. Tylko jedna z drużyn ma prawo odczuwać z remisu niedosyt i na pewno nie są nią gospodarze.

Podobnie jak w rewanżu Superpucharu, więcej z gry miał Real i wyrażało się to nie tylko banalną przewagą w strzałach. Mając pół sytuacji bramkowej w meczu – i wcale nie mam tu na myśli żadnej z akcji, które przyniosły Azulgranie gole – gospodarzom udało się dotrwać do ostatniego gwizdka z wynikiem, który nie stanowi dla Realu premii punktowej ani żadnej innej. I z tego, w obliczu kontuzji istnej „zarazy” – Culés mogą się tylko cieszyć. Ufając, że Barçy nie zabraknie koncentracji, determinacji, umiejętności i zdrowia by jakoś ogarnąć resztę jesieni, odbudować strzelecką formę w meczach ze słabszymi przeciwnikami i tę sutą ligową zaliczkę dowieźć w tej czy lekko okrojonej postaci do madryckiego rewanżu na wiosnę.

Co innego nam pozostaje?

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (277)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze