Była połowa września, gdy w Madrycie nastał mróz.
Minus osiem stopni i efekty gotowe. Konsternacja madridismo przekroczyła próg krytyczny. Przynajmniej dla José Mourinho, który wypowiedziami z dwóch ostatnich miesięcy skacze z jednej miny na drugą. Jedna po drugiej remontady Barçy robią wrażenie nawet na Bernabéu. Co osiągnie w sezonie Barça z taką determinacją? Nie wiem. Miast tego wiem co innego: Barça gra jak Real wiosną wygrywając przegrane mecze, a Mou w całej swojej karierze nie był na tylu wojnach jednocześnie. Wymowny, cenny komplement z Kastylii dla dotychczasowych dokonań teamu Vilanovy.
Portugalczyk w polowaniu na winne 8-punktowej stracie do lidera czarownice zapędził w kozi róg siebie, piłkarzy, żurnalistów i rykoszetem nawet Florentino Péreza. Prezes Pérez na zeszłotygodniowym zgromadzeniu socios tłumaczył się z ostatnich harców swojego trenera gęściej od ścisku w dekolcie Carmen Electry za jej bujnej młodości. Tymczasem w Barcelonie? Drużyna nie jest bynajmniej wolna od własnych kryzysików. Kolosalne kłopoty w obronie, kiepskie wejście w sezon Víctora Valdésa, rozchwiana jak wahadło Foucaulta forma Sáncheza, Mascherano czy, ostatnio, Pedro. I (choć poprzednie starcie przegrali mu piłkarze) to zostaje jeszcze pytanie nad pytaniami: jak tym razem sprawdzi się Tito?
Łatwo nie będzie nikomu. Napięcie rośnie stosownie do okazji. Przed nami wielki mecz.
Równy równemu równym
Ani Real nie jest obecnie tak słaby, jak sugerowałoby 8 oczek ligowej różnicy, ani 9-punktowa strata Barcelony z maja nie oddaje wiernie przebiegu ligowej kampanii w zeszłym sezonie. Showtime startuje w niedzielę o 19:50.
Supremacja FC Barcelony nad Realem Madryt należy do przyjemnej, acz minionej przeszłości. Jeżeli ktokolwiek miał co do tego jakieś wątpliwości w maju na koniec Ligi, to po Superpucharze powinien wyzbyć się ich zupełnie. Barça i Real są na tę chwilę drużynami równymi. Różnymi, to jasne; napędzanymi innymi wartościami, silne innymi talentami, groźnymi odmiennymi strategiami taktycznymi, ale koniec końców równe sportowo. Osiągnęły stan, w którym jeden może wygrać z drugim, a drugi z pierwszym i nie do przewidzenia, kto kiedy. Czego SH świeżym i koronnym dowodem.
Czy jest w piłkarskiej rywalizacji cokolwiek piękniejszego? Nie, panowie Wenger, Ferguson, Ancelotti i Mancini. Nie ma i nigdy nie było.
Wiedza redaktora Wołowskiego o La Liga, na polskim poletku dziennikarskiej marności zasługuje na szacunek, ale jako zdeklarowany madridista w ostatnim felietonie nie utrzymał był na smyczy swego subiektywizmu. Sugerowanie Realu w roli faworyta przez pryzmat wyników z kwietnia i sierpnia nawet nie „zakrawa na żart”, lecz jest nim od początku do końca. Fakt, że w kwietniu felietoniści Marki, ASa, a nawet El Pais unisono odtrąbili zmazanie przez Mou manitowej hańby. Po wyniku 1:2. Podobnie nagina się rzeczywistość po Superpucharze – triumf, zwycięstwo itd. Ciekawe. Z tego, co powszechnie wiadomo, w dwumeczu był remis. I to wyłącznie dzięki dwóm samobójom FC Barcelony.
Hiperbolizacja wyników z kwietnia i sierpnia to tylko mierniki irytacji nieurodzajem, jaki na Bernabéu od ponad czterech lat. Pomimo kupna CR7 i Kaki. Pomimo sprowadzenia Mourinho. Pomimo zaprzedania wartości madryckiego Klubu w imię pogoni za sukcesem. Nic dziwnego, że w tym kontekście madridismo obśpiewuje Superpuchar podarowany przez defensywę Blaugrany co najmniej jak upragnioną Decimę. Czyżby podświadome przeczucie, że kolejne trofeum ugrane na Blaugranie może się szybko nie powtórzyć? [mrug]
Także co do faworyta, to w piłce nożnej bez zmian. W kontekście niedzieli brzemię to spoczywa tam, gdzie zwykle przy dwóch zespołach o tak zbliżonym potencjale. Pośrodku. Nie wierzę nawet bukmacherom. U żadnego nie znajduję stosownych stawek. Trudno. Proponuję własne. Na remis, wygraną 1 i wygraną 2 sugeruję takie, których nie znajdziesz u żadnego buka. Identyczne.
Barça niewątpliwie ma komfort gospodarza. Pytanie, co z tym komfortem zrobią Vilanova i jego szatnia. Czy uskrzydli, czy onieśmieli...
Coś do udowodnienia
Gdyby wiosenne ligowe Gran Derbi odbywały się w polskiej lidze, można by zaryzykować tezę, że Barça tamten mecz sprzedała – tak jałowa była jej gra, tak nieobecna, tak dotkliwie bezowocna. Piłkarze Guardioli – zresztą być może z Pepem na czele, o czym rozmawialiśmy swego czasu z Grahamem Hunterem – zaiste „sprzedali” tamten mecz, ale w głowach. Wyprowadzeni z rytmu przez Chelsea i wiosenny festiwal kontuzji, barceloniści wyszli na mecz o Ligę 2012 jak skazaniec kroczący zieloną milą. Jakby z góry znali wynik. Budowanie na tym gruncie projekcji przed meczem niedzielnym jest bardziej kruche niż psychika piętnastolatki.
Tym razem musi być inaczej. Barça jest silna siłą kolektywu otwarcie wyrażającego w medialnych wypowiedziach niedosyt po sezonie ubiegłym. Dalsze atuty podopiecznych Tito to słuszna ligowa przewaga, bezcenna (jak pokazał kwiecień) w determinowaniu morale przed ostatnimi GD, a także cicha chęć do marzeń Realu w zakresie obronie ligowego tytułu i wzniesieniu La Decimy spuszczeniu do toalety. Kto jak kto, ale Barça potrafi odzierać na boisku ze złudzeń. Do szpiku lśniąco nagich kości.
Wyniki z wiosny, sierpnia, stycznia, a nawet grudnia premiować nie premiują nikogo. W kontekście pojutra są dosadnie bez znaczenia.
Barça vs Real, czyli jak zwykle gra o wszystko
Realowi – niezależnie od wyniku – niedzielne starcie ustawi całą rundę jesienną. W kraju i LM. Pozytywnie bądź negatywnie; innych opcji los de facto nie przewiduje. Różnica w lidze na dziś jest za duża, rywale w grupie LM za silni na ewentualną czkawkę po derbach.
Oczywiście, Real i Cristiano (w szczególności) – rozpędzili się ostatnio jak Tommy Lee Jones w „Ściganym”. Jak to zinterpretować w kontekście nabrania Barçy wprawy w wygrywaniu meczów, które rok temu przegrywała hurtem? Nie wiem, można na przykład zjawiska oba wziąć i sobie zrównać... Tak jak Cristiano w przedniej formie strzeleckiej doskonale równoważy Leo w nie gorszej formie asystenckiej. Równi.
Chciałbym wierzyć – i wiara to chyba nie bezpodstawna – że Barcelonie z kolei niedzielna wizyta MouTeamu może dodać determinacji w walce o odzyskanie pełnej dominacji w kraju i Europie bez względu na wynik. Przegrają - z taką przewagą wystarczy, że zepną się w pozostałych meczach jesieni i jakąkolwiek przewagę zachowają do wycieczki na Bernabéu. Nadzieje płonne?! Rezultaty ze Spartakiem, Granadą, Sevillą nie sugerują, że nie.
Nawet poległszy w starciu z pogrążoną dylematami egzystencjalnymi i rozpędzoną ostatnimi goleadami machiną Mou w niedzielnej bitwie o Camp Nou – w zanadrzu nie zostanie Blaugranie punkt jeden, dwa, cztery, lecz pięć. PIĘĆ punkciorów! W przypadku tego duetu taka różnica to (jak pokazują ostatnie dwa lata wspólnej rywalizacji) cholernie mnóstwo bardzo dużo.
Nie rozstrzyga to podstawowego dylematu co do niedzieli. Kto wygra? Przewidzieć nie sposób. Równi. Poza pozycją bramkarza, formacja (obrony) przez formację (pomocy) do formacji (ataku).
Kto kogo pierwszy?
Nawiązując do polemik o wejściu obu zespołów w mecz, sądzę, że mimo wszystko na musiku jest Real. "Otwarcie" ligi w wykonaniu podopiecznych Mourinho sprawia, że mają do końca sezonu mniejszy margines błędu. Mało optymistycznie zacząć domniemaną pogoń za Barçą od porażki na Camp Nou - co z kolei implikować może, że nogi z waty przez pierwsze pięć minut ich występu wcale nie brzmią nieRealnie. Pomimo odprawiania wudu przez szamana Mourinho, nawet on nie wyjmie im z głów jednej rzeczy. Dwudziestu dwóch piłkarzy wyjdzie na murawę Camp Nou z pełną świadomością, jaki był układ tabeli przed pierwszym gwizdkiem.
Poza tym, po popisach Valdésa z grudnia i sierpnia, najwyższy czas, by coś „nawaliło” nareszcie po drugiej stronie barykady. Rachunek prawdopodobieństwa, sprawiedliwość dziejowa i tak dalej...
No i kwestia motywacji u jednych i drugich. To jasne, że Real przyjedzie zmotywowany skrajnie. Superpuchar pokazał, że nawet na drugim biegu fizycznej dyzpozycji, pod względem mentalnej siły potrafią wznieść się ponad Barcelonę. Albo przynajmniej na tyle by zachować przewagę bramek na wyjeździe.
Ale czy Barça nie ma wszystkich przesłanek, by zdeterminowaną być równie skrajnie? Z innych przyczyn, naturalnie, ale dwie półlitrówki dają przecież tyle samo radochy co ekwiwalent w "małpkach" czy parę drinków...
Atuty, argumenty każdy ma swoje, ale nikt mniejsze bądź słabsze.
Chwila, gdy zetrą się tytani...
Poza wszystkim innym, osobiście nie wierzę w trzy tak słabe "domowe" GD Barçy z rzędu i cztery ogółem (tj. od rewanżu w CdR). Po stronie Blaugrany „coś” do udowodnienia od lutego mają niemal wszyscy, inni "ledwie" od sierpnia. Z Messim i Xavim na czele, bo to oni najlepiej, najwydajniej przekuwają klęski z madrytczykami przy najbliższej nadarzającej się okazji. Ale i cała reszta: Valdés (!), Sánchez, Mascherano, Song, Villa, Fàbregas i przywrócony drużynie z rehab’u Iniesta. Oddane Realowi dwa tytuły z rzędu (tj. Liga 2011/2012 i SH 2012/2013) pieką przecież do żywego zaangażowanych w to tylko przez telewizor fanów. Dla piłkarzy to codzienna krew, pot i łzy + kapka splendoru od czasu do czasu. To, że ostatnio "na wozie" Real, sportowo "drażni" barcelonistów z całą pewnością.
Każdy ma swoją "skrajną" mobilizację i swoje motywatory, determinację, pragnienie odegrania się. Powodów nie brakuje żadnej ze stron. Real przecież nadal kontynuuje nieustanną pogoń za mitem Barçy 14 trofeów. Trzy miesiące i -8 punktów później ucichły w Madrycie refleksje dziennikarzy i piłkarzy o końcu epoki.
Co z tego wszystkiego wyniknie, przekonamy się już za niecałe 26 godzin. Czas zamknąć oczy. Telefon odrzucony gdzieś w kąt. Weekend, co wolny od całej reszty. I zaraz niedziela, i zaraz na pamięć znany hymn, a ekrany niosą nas wszystkich na Camp Nou. Od wiosny 2007 roku nie pamiętam derbów, na które czekałem z taką intensywnością.
Co by się nie stało, niech wygra lepszy. A gdy los porażkę chowa dla gospodarzy, to z tak wszechstronnie silnym rywalem jakim stał się Real pod wodzą Mourinho, nie będzie ona złą wiadomością. Ni podstawą ku lamentom, defenestracji telewizora czy innego czarnowidztwa. Ani przez bordowo-granatowych piłkarzy, ani sztab szkoleniowy, ani kibiców. Gdy przegrana jest zasłużona, sprawiedliwa, po daniu z siebie wszystkiego - wzmacnia wiarę, mobilizację i kolektyw, stanowiąc bodziec do jeszcze cięższej pracy.
Vide postawa Barçy po Superpucharze.
Komentarze (95)