"Genialnie" przegrany finał

Blazeq

30 sierpnia 2012, 03:15

227 komentarzy

Oglądanie klasyków, nie tylko tych pomiędzy Realem a Barceloną, ale po prostu pojedynków pomiędzy wielkimi klubami, które na takie miano w historii piłki nożnej sobie zasłużyły, to zwykle wielka uczta. Rośnie adrenalina, postrzega się futbol trochę inaczej. Można odnaleźć pierwiastek tej dziecięcej radości, kiedy zasiadało się przed telewizorem i nie orientując się wcale w taktycznych niuansach, wręcz pożerało wzrokiem każdą kolejną akcję, czując przy tym kipiącą w nogach energię. Ilu z nas po takiej dawce emocji po prostu musiało wybiec na trawiastą nawierzchnię, często zupełnie innego przeznaczenia, niż ta z „futbolowych świątyń” i kopnąć piłkę, dając upust drzemiącej w ciele radości… lub goryczy?

Człowiek od zadań specjalnych

Będąc dorosłym, dojrzałym odbiorcą futbolu, można jednak dostrzec ciekawsze elementy, niż przeprowadzane w wielkim tempie akcje ofensywne. Można docenić tych panów, zyskujących kolejne siwe włosy podczas dyrygowania swoimi orkiestrami. I dzisiejszego wieczora taką szansę mieli wszyscy, oglądający Gran Derbi. Moja koszulka usiana pasami blaugrana jeszcze nie spoczywa dobrze na wieszaku. Całkowicie nad tą goryczą, która przypomniała mi czasy Bonano, także jeszcze nie zapanowałem. Ale analityczny umysł dał znać o sobie i kazał odnotować nagłówek: „Kolejne zwycięstwo człowieka od zadań specjalnych”

Oczywiście można napisać, gdzie był ten człowiek, kiedy niejaki Jeffren podnosił tętno Florentino Pereza do poziomu dalece odbiegającego od norm. Oglądając kasowe produkcje filmowe przywykliśmy jednak do tego, że charyzmatyczni bohaterowie nigdy nie przegrywają, tymczasem w życiu jest zupełnie inaczej i nie brak porażek decyduje o tym, że w danej dziedzinie jest się wybitnym specjalistą, ale opresje z jakich jest się w stanie wyjść, mając do dyspozycji równowartość kilku zapałek i szpulki nitki. Dziś Portugalski gwiazdor (nie, nie ten z numerem siedem na plecach) przystępował do meczu, trzymając w dłoniach takie karty, że tylko dobrze blefując, mógł wygrać. Nie zawahał się. Mając naprzeciwko tak wytrawnego gracza, podjął to ryzyko i zwyciężył - w wielkim stylu.

Trzy kolejne mecze bez zwycięstwa, wyczerpani zawodnicy, brak odpowiedniego przygotowania motorycznego i rywal w postaci drużyny uwielbiającej zamęczać przeciwnika, zmuszając do biegania za piłką. Ponadto dodatkowa komplikacja - gra na zero nic nie da, tutaj trzeba jeszcze wygrać! Obudzić w zespole wiarę w to, że jest to możliwe to jedno, ale nakreślić plan, który pozwoli tego dokonać, to już zupełnie inna bajka…

Wóz albo przewóz

Mourinho wiedział doskonale, że intensywność gry pozwalającą na rozbrojenie Barcelony, jego podopieczni będą w stanie utrzymać przez dwadzieścia, może trzydzieści minut. Wiedział także, że minuty upływające przy bezbramkowym rezultacie źle wpłyną na głowy jego zawodników, a ponadto pozwolą rywalowi zwyczajowo wejść w mecz i zyskać pewność. Podjął więc szaloną decyzję - rzucamy na szale wszystko, co mamy w pierwszych minutach i strzelamy bramki. Dlaczego szaloną? Ponieważ wiedział doskonale, że jeśli plan się nie powiedzie, to pozostanie mu tylko wątpliwej jakości - w obliczu formy fizycznej wykonawców - rozwiązanie awaryjne: umiejętnie się bronić i czyhać na błąd lepiej przygotowanego do sezonu rywala.

Barcelona dała się jednak zaskoczyć i zdezorientować w pierwszych minutach. Mourinho zaryzykował, sprawił, że w oczach rywali pojawił się strach, a ten spętał nogi Katalończyków, ograniczył kreatywność, w końcu zmusił do błędów, kosztownych błędów. Powrót do meczu zafundował dopiero lider - Leo Messi. Był to moment kluczowy dla przebiegu spotkania, gdyż jego koledzy byli wyraźnie zagubieni, widząc agresję, zdecydowanie i szybkość w niemal każdym zagraniu gospodarzy. To dzięki niesamowitemu Argentyńczykowi goście dostali szansę - mogli przez wiele minut budować akcje, szukać bramki, kontrolując sytuację w środku pola. Stworzyli sobie nawet kilka okazji, ale to Real, pomimo mizernej skuteczności, wygrał spotkanie i sięgnął po puchar - zupełnie zasłużenie.

Zwycięskie wyrachowanie

Cała druga połowa dzisiejszego pojedynku była lekcją zarządzania ograniczonymi zasobami. Gospodarze nie byli już nawet w stanie narzucić swojego stylu rywalowi grającemu w osłabieniu, jednak Mourinho pokazał, że jest ekspertem najwyższej próby. Kartki otrzymali niemal wszyscy zaangażowani defensywnie zawodnicy, ale żaden nie otarł się nawet o czerwień. Rywale mogli kontrolować środkową strefę boiska, ale nie mogli przejąć kontroli nad przebiegiem spotkania. Portugalczyk rozniecił pożar i spokojnie obserwował, jak ofiary próbują się wydostać z opresji, a kiedy wydawało się, że mogą tego dokonać, odcinał im drogę ucieczki.

Błędne jest rozumowanie, że mógł to rozegrać lepiej. Co prawda można pomyśleć - miał Barcelonę „na deskach”, czemu nie zaatakował osłabionego rywala? Odpowiedź jest prostsza, niż mogłoby się wydawać - Mourinho zwyczajnie zdawał sobie sprawę z tego, że po tych kilkudziesięciu minutach nieustannego natarcia, jego podopieczni nie mają już siły, a wtedy przy otwartej grze zbyt łatwo o błędy, które tak doświadczony rywal może wykorzystać w każdej sekundzie. Podjął decyzję najlepszą z możliwych, obronił korzystny rezultat, zdobył trofeum i co najważniejsze - nie pozwolił Barcelonie świętować w Madrycie.

Optymizm wciąż ma podstawy

Odchodząc jednak na koniec od sukcesu Realu, można dostrzec nie tyle światełko w tunelu, co poważne powody do uśmiechu. Barcelona rywalizację o Superpuchar przegrała o włos, pomimo wyraźnego zwycięstwa trenera Królewskich nad Tito Vilanovą. Świetnie zaprezentował się najnowszy nabytek, swoje wielkie umiejętności udowodnił Alba, a zespół grając w osłabieniu, zdołał poważnie postraszyć odwiecznego rywala. W końcu - w lidze Barcelona jest przed Realem i aby tak pozostało już do końca sezonu, trzeba teraz zająć się wyciąganiem wniosków z tej „genialnej" porażki. Ja jestem dobrej myśli - tots units fem força!

Poleć artykuł

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.

"Tw Huntelaar (Schalke): "I want to welcome Ibrahim Afellay at #S04.!! Tomorrow training at 16.00.. Don't forget ;)" [@kj_huntelaar] #fcblive"

Jednak czy zart ?
« Powrót do wszystkich komentarzy