Nie było drugiego Iniestazo, bo piłka lubi czasem przypominać kibicom, co syci, że takie rzeczy zdarzają się raz na dekadę. Albo rzadziej.
Jeśli istnieje zjawisko pisania felietonów w afekcie, to być może ten takim będzie. Uniknę jednak wtykania palców w oczodoły, kolana pod kolano ani łokietka na żebra. To był żywy, zacięty mecz i nie brak powodów, by postawą Barçy cieszyć się niezależnie od wyniku. Możecie na ten przykład nie wiedzieć, że Real w drugiej połowie też grał w liczebnej przewadze.
Mimo szczerych chęci, i tak po prostu szkoda. Cholernie, cholernie szkoda.
Miałem sen
Choć będzie okazja, by poświęcić pierwszym tygodniom Asystenta, Który Został Trenerem osobny tekst, już teraz można stwierdzić, że Vilanova jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Jego kompetencje nie pozostawiają wątpliwości, autorytet u piłkarzy widać gołym okiem, a odważne decyzje z meczu w Pampelunie dobitnie wskazują, że w tym wszystkim Tito ma własną trenerską tożsamość. „Ewolucja” brzmi zbyt banalnie.
Wolę określenie „ewolucja twórcza”.
„Sen” przed dzisiejszym meczem traktował o tym, że oto w Madrycie Tito wykazuje się jeszcze większą odwagą. Zaskakuje wszystkich, z piłkarzami na czele. W kontekście zaliczki z Camp Nou i graniczącym z pewnością przeczuciu, że Real zacznie z ogromnym animuszem, mówię o taktyce z dwoma pivotami.
Tito obrał inną strategię. Typową dla Blaugrany – która i tak doprowadziła przegrany praktycznie mecz na wynik stykowy i od 60. minuty z całych sił stawiała pod znakiem zapytania fakt, kto tu gra w dziesiątkę, a kto w jedenastkę.
Wracając do wątku „snu” – nie byłoby to ustawienie z trójką w obronie takie, jak u Guardioli, gdzie trio obrońców składało się przeważnie z Alvesa i dwóch z kwartetu Masche/Piqué/Abidal/Puyol grających jak obrońcy środkowi. Lewego defensora koncept ten praktycznie nie przewidywał. Pep nie wystawiał w takich sytuacjach dwóch pomocników zorientowanych defensywnie, a nawet jeśli Keita wychodził z rzadka obok Busiego, to próbował „grać” Xaviego. Z łatwym do przewidzenia skutkiem.
Z Jordim Albą i Aleksem Songiem w składzie, są perspektywy na to by grać trójką z tyłu, ale inaczej niż Pep. Z Alvesem (lub Adriano) i Albą (lub Adriano) na bokach przy zmieszczeniu w jedenastce wspomnianego duetu pomocników, nominalny środkowy obrońca (z niziołkami po bokach, najrozsądniejszym wyjściem jest w takim systemie Piqué) ma w swojej strefie regularne wsparcie „z doskoku” Kameruńczyka lub Busiego. W potrzebie – obydwóch. Prócz zagęszczenia najgroźniejszego w starciach z Realem środka pola, taktyka ta pozwala dodatkowo oszczędzać siły obu pivotów. Zmordowana twarz schodzącego z pola Busquetsa pokazuje, że w systemie 4-3-3 przeciw tak wymagającemu i dynamicznemu rywalowi, „samotny” defensywny pomocnik męczy się szybciej i bardziej. Przy ustawieniu, o którym nieśmiało sobie filozofuję, miałby obok kolegę dającego możliwość wymieniania się zadaniami i wzajemnego odciążania na dystansie całego meczu.
Osobny atut tej koncepcji to piłkarska różnorodność cechująca duet pivotów, jakim w teorii dysponuje nagle skład Barçy. Podczas gdy Busquets świetnie sprawdza się w pressingu, grze na jeden kontakt i ogólnym "czuciu gry", to Song oferuje dużo lepsze warunki fizyczne, większą agresję w grze i na dodatek „ma” świetne prostopadłe podanie, zarówno po ziemi, jak i górą.
Jak mieliśmy okazję zobaczyć, zmuszony do nadrabiania strat z Barcelony Real, grający u siebie i z trybunami – od pierwszej minuty czuł się dobrze w skomasowanym ataku. „Królewscy” napierali z wiarą. Systematycznie wzmacniała ją postawa dominowanej Barçy – swojego rytmu gry drużyna Tito nie znalazła do przerwy. Poza faktem, że Adriano zupełnie nie był w tym meczu sobą, to źródło wszystkich problemów leżało w środku pola. Real nie jest zespołem rozgrywającym z lubością piłki na 20.-30. metrze, i wiemy o tym od dawna. Gra środkiem, holując piłkę kończynami Cristiano lub Özila, którzy błyskawicznie docierają z nią w pole karne lub sprzed niego odgrywają na skrzydła. Tam gdzie stali Masche i Piqué – nie działo się nic, a jak się działo to ze względu na ich względnie wysokie ustawienie i dwa wymarzone zbiegi okoliczności, było już pozamiatane.
Nie, akcje zaczepne Realu nie rozbiją się o Xaviego ani Iniestę. Z kolei Piqué, Mascherano i Adriano grali za blisko siebie, a Busquets jako jedyna barcelońska skała środka pola też okazał się wrażliwy na potęgę rozkręcających się gospodarzy. Walczył dzielnie, ale sam drużyny nie zbawił. A gdyby tak miał u boku drugą skałę do pomocy?
Skoro wpaść na taką idée fixe może w przypływie nagłej weny skromny kibic, to Tito też do tego dojdzie. Wcześniej czy później. Nie brak mu na to trenerskiej odwagi. Tego dnia zaskoczy kibiców, sędziego i publicystów, ale najbardziej zaskoczy najmniej się tego spodziewających. Rywali. Szczerze mówiąc, nie mogę się tego dnia doczekać. Tym bardziej, że Song już w kwadrans pokazał, że w bordowo-granatowej koszulce czuje się lepiej niż w domu.
Każdy ma chwile
... słabości, oczywiście.
O błędach indywidualnych w tym kontekście napisać można głównie tyle, że po prostu były. Zarówno Mascherano, Adriano, jak i Piqué, ale też – przy drugim golu – Valdésa. Rozgrywający poza tym fenomenalne spotkanie bramkarz Barçy może nie słyszał Piqué, a może młody obrońca w ferworze walki zgubił zimną krew zachowując ciszę. W każdym razie, gdyby Valdés piłkę przepuścił, Piqué miałby ją idealnie na nodze. A tak znalazł ją wzrokiem w siatce.
Szkoda mi chłopaków, bo grając niemal cały mecz w dziesiątkę z drugą najsilniejszą drużyną klubową świata, do ostatniego gwizdka sędziego dbali o nadgryzione do krwi paznokcie wszystkich madridistas. Pozostali wierni swojemu stylowi gry, nie zważając na kolejne zagrożenia jakie prowokuje otwarta gra przy „stratach w ludziach”.
Już po raz drugi w ostatnich latach, szansa na wzniesienie pucharu na oczach zgromadzonego na Bernabéu tłumu umyka Barcelonie przed nosem o błysk szprychy. Bywa i tak, każdy ma chwile. Nie szkodzi. Wciąż jest o co walczyć. Innym razem.
To dla moich ludzi
Kto po meczu nr 1 i rezultatach z ligowego weekendu przywitał się już z gąską niosącą w podskokach czwarty Superpuchar z rzędu – ten się, ocenzurowano, zdziwił.
Pomimo tak przykrego dla culés wyniku oznaczającego pozostanie trofeum wraz ze skrajnym samozachwytem w Madrycie, bardziej niż pełen żalu, śmiem być pełen nadziei. Nadziei, że w sezonie, który ledwo się zaczął, będzie jeszcze niejedna szansa na wzniesienie w górę pucharu. Tym razem wykorzystana przez zespół Tito.
Błędy są dobre. Uczą. Dawno temu pisałem o błędach, które wykształciły Pepa, wczorajszy mecz dostarczył strategicznych omyłek Tito: grający na prawej stronie raz na rok Adriano zamiast Montoyi; notujący trzeci słaby mecz z rzędu Sánchez; zostawienie silnego fizycznie Songa na ławce, skoro było wiadome, że Real (szczególnie na początku meczu!) zagra zdecydowanie i momentami ostro.
Bezkompromisowo stawiając sprawę, to trochę przegrana na własne życzenie... ale wydaje się, że Barcelona w pełni ma tego świadomość. Po ostatnim gwizdku nie było frustracji czy obłędu w oczach. W ich miejsce: gratulacje. Przegrywać można w różny sposób. Akceptacja doraźnej porażki to pierwszy krok do sukcesu w przyszłości. W przypadku tej drużyny możemy być spokojni, że gorycz porażki zastąpi motywacyjny zastrzyk w serce. Piłkarze zgrają się lepiej z czasem, a nowe twarze głębiej wsiąkną w DNA Barçy. Wnioski wyciągnie trener. Wróci silniejszy, mądrzejszy.
Okazji na odkucie się w tym sezonie nie zabraknie. W Lidze Mistrzów wszystko jest otwarte i pozostanie takim do wiosny. To długo na zgranie się drużyny pod wodzą nowego szkoleniowca. Z kolei w ligowej tabeli po dwóch kolejkach zrobiło się luksusowo dla Barcelony i mało przyjemnie dla Realu. Na tę chwilę to nic więcej, jak dobry punkt wyjścia. Tylko i aż.
Ktoś stwierdził ostatnio, że gdyby miał przegrać Supercopę, ale wygrać Ligę – nawet by się nie zastanawiał. Kto wie, może przewrotny los zechce sprawić, że scenariusz wymarzony dla José Mourinho okaże się udziałem jego ulubionego rywala. Ktoś ma coś przeciwko?
Komentarze (69)