Valencia "przykręca śrubę" żądając 15 mln euro za Jordiego Albę. Barcelona nie zamierza jednak płacić tej kwoty, obstając przy swojej pierwotnej propozycji i nie działając w pośpiechu. Kontrakt zawodnika wygasa za rok, a przykłady transferów Cesca, Mascherano, Villi i Alexia pokazują, że cierpliwość popłaca.
Najnowsza historia jest pouczająca. W lecie 2009 roku Barça starała się o Filipe Luisa z Deportivo, ale prezes tego klubu Augusto César Lendoiro grał na zwłokę cały czas oczekując kwoty 15 mln euro. Katalończycy w końcu mieli dość i w tym samym dniu, gdy Depor ponownie zażądało za swojego piłkarza 15 mln, oficjalnie ogłosili transfer Maxwella, który kosztował 4,5 mln euro.
Rozmowy w sprawie Davida Villi to osobny przypadek - minął rok zanim od rozpoczęcia negocjacji Guaje trafił na Camp Nou. W 2009 roku Barcelona złożyła ofertę na 40 mln euro, którą odrzucił prezes Valencii Manuel Llorente, wiedząc że Real Madryt zaproponował 50, a później nawet 60 mln. Sam zawodnik postanowił jednak, że jeśli odejdzie to tylko do Barçy, ale sprawa przeciągnęła się aż do kolejnego sezonu, aż w 2010 roku Villa trafił do Katalonii za 40 mln euro.
David zasilił zespół kilka tygodni przed Javierem Mascherano. Liverpool nie chciał sprzedawać Argentyńczyka, sprawa urosła do rangi dużego problemu dla obu stron, aż w końcu piłkarz zdecydował się oddać 4 mln ze swojego wynagrodzenia, by trafić do Barçy za 24 mln euro. Zaprezentowany został 30 sierpnia 2010 roku - dzień przed zamknięciem okna transferowego i jako następca Yaya Toure, który kilka tygodni wcześniej odszedł do Manchesteru City.
Prawdziwa "opera mydlana" miała miejsce jednak w przypadku Cesca Fàbregasa. W sierpniu 2008 roku pojawiły się pierwsze informacje o chęci odzyskania piłkarza przez Barcelonę. W lutym 2009 roku ówczesny sekretarz techniczny Txiki Begiristian powiedział, że któregoś dnia kapitan Arsenalu ponownie zagra na Camp Nou. Miał rację, ale sprawa ciągnęła się jeszcze przez ponad dwa lata.
W lipcu 2010 roku, mimo starań Barçy, Arsenal w ogóle nie chciał podjąć rozmów. Rok później Arsène Wenger nie miał już wyjścia, zwłaszcza że Cesc publicznie stwierdził, że chce wrócić na Camp Nou. Oddał 20 procent swojego wynagrodzenia, ostatecznie kosztował 29 mln euro plus 5 mln zmiennych.
Ostatnim przykładem jest Alexis Sánchez. Już 9 maja 2011 roku podjęto negocjacje, ale do gry wkroczyły Manchester United i City, które zaoferowały 43 mln euro. Chilijczyk postawił jednak sprawę jasno: albo Barça albo nikt, dlatego 26 lipca rodzina Pozzo ostatecznie przyjęła ofertę Dumy Katalonii opiewającą na 26 mln plus 11 mln zmiennych.
Komentarze (61)