Kwestia mistrzostwa Hiszpanii wciąż pozostaje otwarta. Wystarczyły blisko 4 lata hurtowych triumfów Barcelony, powrót najbardziej imperialistycznego z piłkarskich prezesów i kilkanaście miesięcy rozpanoszenia się na Bernabéu pewnego portugalskiego cynika – będącego jednocześnie genialnym trenerskim strategiem – by madrycki klub przegonił Barçę pod innym względem. Generowania negatywnych emocji.
Przez całą historię istnienia FC Barcelona głośno komunikuje swą katalońską tożsamość. W formie, która nie podobała się wielu Hiszpanom, przez co całymi dekadami FC Barcelona była najczęściej i najbardziej nielubianym klubem piłkarskim na południe od Pirenejów. Od kilku lat wygląda to jakby trochę inaczej. To Joan Laporta, choć sam gorący zwolennik Katalonii niepodległej, wprowadził w tej kwestii jakościową zmianę. Wygnał ze stadionu katalońskich fundamentalistów, polityczne zaangażowanie swych poprzedników zastąpił orientacją klubu na marketing, a zamiast popierać rzucanie na murawę świńskich łbów zaangażował klub w akcje charytatywne i współpracę z UNICEF.
Taka postawa Laporty stopniowo, latami zmieniała nastawienie Hiszpanii. Nastawienie do Barçy jako instytucji, drużyny, piłkarzy. Naturalnie, wiele dodały na tym polu zasługi wychowanków La Masíi dla kadry; gdzie osiągnęli historyczne sukcesy walcząc dla kraju z tym samym zaangażowaniem co dla klubu... Z perspektywy tysiąca kilometrów oklaski dla Iniesty to tylko miły gest, ale na miejscu były szeroko komentowanym symbolem ogólnokrajowej zmiany postrzegania „Dumy Katalonii” przez resztę Hiszpanii.
Barça pozostaje nadal ambasadorem Katalonii, ale świadomie postawiła na transmitowanie tego przekazu jedynie przez futbol i projekty społeczne. Koniec z kontrowersyjnymi wypowiedziami prezesa (Gaspart) czy piłkarzy (Oleguer). Co bardziej kosmate zdania Laporty u schyłku jego prezesury zostały szybko zapomniane, skoro zaraz stał się prezesem byłym, a obecnym politykiem. Rosell to już inna glina. Jako były współpracownik Nike wie, że globalny wizerunek jest dziś warunkiem powodzenia w każdym przedsięwzięciu biznesowym. Polityka FC Barcelony za Rosella to polityka ciszy. Nie utożsamiany już z żadnymi kwestiami politycznymi, kataloński klub jako instytucja i drużyna nigdy w swej historii nie był tak ciepło kojarzony jak dziś. Piękna gra, taktyczna konsekwencja, zasilanie drużyny młodzieżą, pokora w publicznych wypowiedziach i unikanie wszelkich pozaboiskowych ekscesów - to wartości, z których Camp Nou nie rezygnuje. Barça jest lubiana i ceniona nie tylko na świecie, ale coraz powszechniej także w Hiszpanii. Fakt wielkiej wagi, równie wielka zmiana.
Odwiedź Sewillę, Walencję gdzie sam spędziłem 1,5 roku temu parę miesięcy, a nawet niektóre bary tapas w San Sebastián – regiony Hiszpanii od zawsze sympatyzujące z Kastylijczykami. Przypominam, że to kraj gdzie miłość kibica do lokalnego klubu czy klubiku nie przeszkadza otwarcie sympatyzować za kimś z dwójki Barça-Real; i pod wpływem szaleństw Pepe, wariactw Ramosa, bon motów Cristiano o „pięknych, młodych i bogatych”, błazenad i niegodziwości Mourinho, kraj ten od zadufanego w sobie Realu coraz powszechniej się odwraca. Popularność Merengues w ostatnich latach spada w całej Hiszpanii. Krytyka za wydarzenia w Vila-Real płynęła już na MouTeam jak kraj długi i szeroki. W jakże ostrej formie - nawet z redakcji Marki. Reakcje? Pełna lekceważenia nieobecność na pomeczowej konferencji, kilkudniowa medialna cisza.
Życie nie znosi próżni, więc w tym samym tempie rośnie skala sympatii względem Barcelony i jej zachwycającego oko futbolu. To prawda, Hiszpania poznała się już na aktorzeniu Busquetsa, ale miesiąc po miesiącu coraz lepiej poznaje się także na José Mourinho. I Realowi, afera po aferze, na dobre to nie wychodzi.
¿Por que?
Pod względem piłkarskim Real jest wreszcie bliżej Blaugrany niż kiedykolwiek w erze Guardioli. Królewscy grają lepiej, pewniej i skuteczniej; z większą swobodą, dyscypliną i zgraniem. Patrząc na międzyczas ostatniego roku, postęp piłkarski drużyny Mourinho jest niepodważalny. Z drużynami Juande i Pellegriniego – a nawet (moim przynajmniej zdaniem) z ekipami Capello czy Schustera – nie ma porównania. Tak, pamiętam, że i Włoch, i Niemiec kończyli sezony z mistrzostwem Hiszpanii.
Odpowiedź na ważne, ale to jedwabiście ważne, pytanie „por que” brzmi prosto: pech i wszystkie troski Madrytu polegają na tym, że na PepTeam to za mało. Ten – na swój sposób niesamowity przecież gdy uwzględniać jego tempo – piłkarski progres Los Blancos z zespołu otumanionego „klątwą jednej ósmej” i porażkami w Pucharze Króla z trzecioligowcami, aż do statusu drugiej najsilniejszej drużyny klubowej na kontynencie... na tę konkretną Barcelonę nie wystarcza.
Z Pérezem w pokoju prezesa, Mourinho na ławce i CR7 na boisku, Real nie ma odwrotu
Sportowe i instytucjonalne odrodzenie Barcelony za kadencji Laporty pod postacią spektakularnej gry drużyn najpierw Rijkaarda, a później Guardioli, początkowo Bernabéu zachwycało i zapraszało do oklasków. Minęło trochę czasu i tiki-taka poczęła madridismo ciążyć. Od nie tak dawna: męczyć, boleć i realnie, nomen omen, przeszkadzać. Fanom, piłkarzom i, szczególnie, stołecznym dziennikarzom.
Obserwując hurtowe triumfy PepTeamu, poczciwy Floro Pérez miał do wyboru wzorem Pellegriniego pogodzić się z rzeczywistością i spokojnie obserwować jak katalońscy rywale wznoszą w górę co chwilę nowe trofeum, albo coś z tym fantem zrobić... Tego madryckiego inżyniera przewodniczącego budowlano-telekomunikacyjnemu molochowi ACS łączy jednak ważna cecha z np. José Mourinho: Florentino Pérez gotów jest zrobić wszystko by jego drużyna wygrywała. To człowiek niezwykle inteligentny, więc doskonale zna społeczne oczekiwania. Chodzi w końcu o FC Barcelonę, piłkarskiego osobistego wroga każdego madridisty oddanego Realowi całą swą duszą i sercem! Decyzje, zapalczywość i kolejne wypowiedzi pozwalają stwierdzić o obecnym prezesie RM, że jego mentalność przypomina fanatyka z Ultras Sur – tyle, że w garniturze Armaniego, limuzynie i z miliardami euro na koncie. Zrobić wszystko, by to rozpędzone bordowo-granatowe Renfe wreszcie zatrzymać. I Pérez „wszystkiego” próbuje.
Jako prezes-radykalista, Florentino Pérez nie miał wyboru; inna rzecz, że bardzo nie chciał zostać znowu byłym prezesem – scenariusz oczywisty, gdyby Real pogrążył się w porażkach. Patrząc zatem na częstsze, i częstsze, i jeszcze częstsze wygrane Barçy w ostatnich latach, na tworzoną w przytomności jego prezesury historię powstawania niemal z popiołów (vide czasy Gasparta) hegemonii katalońskiego klubu w Hiszpanii, Europie i na świecie – zamiast grzecznie pokornej akceptacji tego stanu rzeczy, Pérez obrał kurs na wojenną ścieżkę. Zatrudnił odpowiednich ludzi, poparcie fanów przyszło samo. Lata porażek i pucharowej suszy robią swoje. Szczególnie gdy mowa o latach porażek od nikogo innego, jak gospodarzy Camp Nou.
Pérez, Mourinho i Cristiano Ronaldo stanowią jedyną nadzieję madridismo na zakończenie barcelońskiej dominacji. I nawet jeśli jakiś kibic Realu nie znosi boiskowego stylu bycia Cristiano, ma pretensje do Péreza o spuszczenie wizerunku Clubu Señor w toalecie, a dla metod Mou żywi wyłącznie pogardę (wbrew pozorom wśród fanów Realu takich osób regularnie przybywa), to całe madridismo wie jedno. Inaczej dziś FC Barcelony pokonać się nie da. Ferguson czy Wenger wiedzą to aż za dobrze. Nie Barcelony, która na przestrzeni paru lat stworzyła piłkarski fenomen swych czasów, wymieniany jednym tchem obok najwspanialszych drużyn w historii futbolu, a z wyniku 5:0 uczyniła sobie drugi najbardziej ulubiony.
Wszystko to sprawia, że przed Madrytem nie ma odwrotu. Alternatywa jest jedna: porażki. Na to Pérez nie zgodzi się nigdy i w obecnych okolicznościach przyrody okazuje się gotów ponieść każdą cenę byle tylko Real wrócił na piłkarski szczyt. Zaczęło się od Valdano, potem "palec wskazujący drogę" i krok po kroku akceptowane jest na Bernabéu przekraczanie kolejnych, nieprzekraczalnych dotąd w królewskim klubie, granic. Strategii rozwoju zrównoważonego nie ma, bo Pérez nie chce czekać. Efekty muszą być już, natychmiast! To stąd lawina nowych transferów, rezygnacja z forsowania wychowanków, wykupienie z Interu za miliony euro najlepszego trenera świata o manierach prostego awanturnika, pogodzenie się z tytułem najczęściej kolekcjonującej czerwone kartki drużyny w historii klubu, a nawet ocenzurowanie własnego herbu dla podreperowania budżetu stawianiem w Emiratach klubowego Disneylandu.
Jak nie wojna... to co?
Stawianie na szali wszystkiego, co tworzy tożsamość Realu Madryt by jak najszybciej pokonać najsilniejszą w swej historii Barcelonę to gra va banque, w której Real Madryt może zyskać wszystko i wszystko stracić. Madridismo ani trochę nie tęskni jednak za prezydenturą przeciętności Ramona Calderóna. To dlatego fani muszą akceptować wszystko co wyczynia się obecnie na Benabeu. Jeśli nie polityka wojny totalnej, to... mocno prawdopodobnie nic.
Jednak FC Barcelona nie patrzy na aspiracje Realu z założonymi rękoma. Katalońska drużyna prezentuje na początku kwietnia najrówniejszą formę w sezonie, a fundamenty jej sukcesów trzymają się mocno i zapowiadają się na niewzruszone w kolejnych sezonach. Na wszystko. Na piłkarskie umiejętności Xabiego, Cristiano, Casillasa, Di Maríi i reszty; na zwyżkującą formę Realu jako kolektywu; na trenerski talent i intuicję Mourinho; na kolejne bizantyjskie transfery Péreza. Co wtedy? To się okaże. Walka trwa. Nie ma jednak wątpliwości, że dopiero dzień, w którym Mourinho przestanie być trenerem, a Florentino – prezesem, da Realowi odpowiedź na to, czy było warto; weryfikując co po rządach tej dwójki rzeczywiście zostanie Realowi. Poza wizerunkowymi zgliszczami.
Komentarze (203)