Od czerwca 2011 felietony legendy Barcelony z rzadka pojawiają się na łamach El Periódico, więc siłą rzeczy na łamach FCBarca.com też nie goszczą tak regularnie jak w minionych sezonach. Poniższy artykuł jest miłym od tego wyjątkiem. Choć pierwotnie ukazał się w połowie grudnia 2011 - to właśnie dziś wydaje się bardziej aktualny niż kiedykolwiek wcześniej.
Pamiętam komentarze po porażce w Getafe. Nie wszystkie, ale część z nich. Pamiętam te kwestionujące, czy Barcelona zdolna jest jeszcze do zwycięstw. Pamiętam te, które stwierdzały, że PepTeam jest już drużyną wypaloną, że „czas ligowej dominacji podopiecznych Guardioli się skończył”, by być bardziej precyzyjnym.
Tego typu retoryka nie ma żadnego sensu. Ani wtedy, ani teraz.
Porażki, które nie biorą się z niczego
Dlaczego klub, który od lat wygrywa niemal wszystko, co ma do wygrania, hurtowo kolekcjonując zwycięstwa w drodze po trzy ligowe tytuły z rzędu, miał by nagle znaleźć się w permanentnej niemocy? To oczywiste, że jeszcze mu do niej bardzo daleko. Porażki zdarzają się każdej wielkiej drużynie, a w tym przypadku mają logiczne wytłumaczenie.
Tym, co na półmetku kalendarza La Liga możemy stwierdzić na pewno o Barcelonie z obecnego sezonu, jest, że nie gra pewnie z dala od Camp Nou. Gra na wyjazdach nie ma tej płynności, co w poprzednich sezonach, dochodzi do tego jeszcze to, że niektórzy piłkarze nie wkładają w każdy mecz tyle energii co reszta drużyny. Jednak nawet takie spostrzeżenia nie mogą zakwestionować mierzonej latami supremacji tej drużyny w kraju i na arenie europejskiej.
Patrząc z innego ujęcia, z punktu widzenia drugiej strony barykady, inna rzecz pozostaje równie oczywista. Niezależnie od kolejnej dotkliwej klęski ligowej na Bernabeu, dzisiejszy Real Madryt jest drużyną nieporównywalnie lepszą niż ta sprzed roku. W ciągu kilku miesięcy zanotowali ogromny postęp.
Mają znacznie większą dyscyplinę gry, bardziej zbalansowany skład i osiągnęli fenomenalną, skrajnie wysoką skuteczność. Nieustanna rywalizacja z tak silnym konkurentem jak Madryt na przestrzeni ostatnich lat, musi wreszcie przyprawić Cię o zadyszkę. Ci, którzy potrafią tylko krytykować nie zauważyli tego wcześniej, ale ja nigdy nie miałem wątpliwości, że w erze Guardioli Real zawsze dysponował silną drużyną i klasowymi piłkarzami. Uwzględniając determinację Madrytu w dogonieniu Barcelony, nic dziwnego, że teraz obserwujemy efekty ich pracy przez ostatnie sezony. Z tak silnym rywalem na plecach, powinno się doceniać każdy zdobyty punkt i każdą zdobytą bramkę. Ostatnimi czasy Barça zdobyła ich wystarczająco dużo, by w chwilach słabości wciąż zasługiwać na szacunek fanów i cierpliwość mediów.
Mistrz nie schodzi z tronu
Tak jak w poprzednich latach, Barça miała tego wieczora (dla przypomnienia, mowa o grudniowym 1:3 w Madrycie – przyp. challenger) więcej posiadania piłki. Nie chcę przez to powiedzieć, że jako rzadziej mająca piłkę, drużyna Mourinho była w tym meczu zespołem słabszym. Nie, gdy spotykają się te dwa kluby, te drużyny i tych dwóch trenerów, to z wielu względów nigdy nie ma słabszego zespołu.
Chodzi mi tylko o to, że pomimo złego początku Barça potrafiła w pewnym momencie narzucić swój styl gry i dyktować swoim tempem resztę meczu. Piłkarze Pepa potrafili przede wszystkim utrzymać swój styl gry przez dłużej niż 20-25 minut, i to moim zdaniem było kluczem do zwycięstwa. Wszystko, co Madryt potrafił zrobić najgroźniejszego w tym meczu, to wykorzystać serię błędów w początkowej fazie pierwszej połowy.
Zobaczywszy to, co widzieliśmy, uważam za oczywiste, że Barça nadal pozostaje kilka kroków przed Madrytem. Nie tylko pod względem piłkarskim, zgrania zespołu i wzajemnego uzupełniania się poszczególnych jego członków – ale przede wszystkim w aspekcie mentalnym. Drużyna Mourinho może odsyłać z kwitkiem całą resztę ligi i europejskich średniaków, ale stojąc oko w oko z PepTeamem wciąż potrafi zapomnieć jak się gra w piłkę. Nawet wtedy, gdy osiągną formę pozwalającą im wygrać 14 ligowych meczów bez przerwy, formę – zdaniem wielu – najlepszą od lat. Mają receptę być może na każdy inny zespół świata... ale nie na Barcelonę Guardioli.
Wydaje się bezwzględnie konieczne, by przed kolejną rundą Gran Derbi, trenera Blancos natchnęły jakieś genialne idee taktyczne. W innym przypadku znów będzie musiał przełknąć gorzką pigułkę barcelońskiej dominacji.
Wygrana dająca nie tylko trzy punkty, ale i przewagę mentalną
Bez cienia wątpliwości, to niezwykle ważne zwycięstwo. Tak samo nie ma cienia wątpliwości, że biorąc pod uwagę cały sezon ligowy w wykonaniu obu klubów, to Real pozostaje faworytem w wyścigu o Ligę. Na razie wygląda na to, że ten, kto chce zakończyć sezonem z tytułem, ten powinien wygrać wszystkie pozostałe do końca mecze. W bezpośrednich na starciach na razie 1:0. Rewanż w kwietniu.
Skądinąd wiadomo, że żaden z obu krajowych hegemonów nie wygra wszystkich swoich meczów. Zadecyduje mobilizacja weekend po weekendzie. Oznacza to, że ewentualne zwycięstwo którejś ze stron nie rozstrzygnie losów mistrzostwa Hiszpanii, lecz raczej postawi jedną z drużyn pod ścianą drastycznego ograniczenia liczby wpadek w pozostałych meczach rundy wiosennej. Obie drużyny doskonale wiedzą, że nie zawsze – szczególnie gdy mówimy o tygodniach, którym towarzyszyć będzie Liga Mistrzów – możesz dawać z siebie 100% co sobotę, aczkolwiek trudno wygrać mecz, w którym dwóch czy trzech piłkarzy gra na 95% mocy, a reszta na pół gwizdka.
Niezależnie od wszystkiego innego, gra pod presją stanowić będzie sporą nowość dla zawodników Realu względem wszystkich trzech poprzednich sezonów.
Wracając jeszcze do spotkania na Bernabeu, powiem coś, czego nijak nie uda się już udowodnić, ale tak podpowiada mi przeczucie, i tyle. Myślę, że gol stracony po kilkudziesięciu sekundach okropnie pomógł Barcelonie w tym meczu.
Przy takim rozwoju sytuacji, wszyscy na boisku w bordowo-granatowych koszulkach mieli świadomość, że muszą grać na 200% swoich możliwości. Jednocześnie, Guardiola znów musiał dostosować strategię do okoliczności i zmienić ją „w biegu”. W moim odczuciu, gra trójką z tyłu w meczu o taką stawkę i przy takim otwarciu wyniku, nie tylko jest decyzją skrajnie odważną, ale też ryzykowną i zuchwałą. Ustawienie z trzema obrońcami to poszukiwanie przewagi w formacjach ofensywnych i kontroli środka pola, próba osiągnięcia jeszcze większej dominacji w posiadaniu piłki.
Fakt, Barcelona nie osiągnęła zamierzonego przez trenera celu od razu. Z drugiej strony, nie jest prawdą, że po bramce wyrównującej Blancos nie zmusili defensywy Barçy do wysiłku. Piłkarze Mourinho przeprowadzali groźne akcje i szukali swoich szans nie marnując czasu. Do momentu, gdy losy meczu okazały się nie do odrobienia. Barcelona narzuciła w końcu swój styl gry i przyniosło to efekt na tablicy wyników. Przez ostatni kwadrans meczu, podopieczni Guardioli bezsprzecznie dominowali na boisku szukając kolejnych goli. Przekonujące zwycięstwo nie nabrało tym razem rozmiarów wyniku druzgocącego całe madridismo.
Z tym, że 1:3 to i tak wspaniały wynik. Jeśli każdej kolejnej bramce towarzyszy więcej wzniosłych epitetów, wprost proporcjonalnie rośnie uraz odciśnięty w morale zwyciężonych. Co może zaprocentować zarówno podczas rewanżu na Camp Nou, jak i w ostatnich tygodniach ligowej rywalizacji.
Sam przeciwko wszystkim
Nawet jeśli bezpośrednie starcia nadal dowodzą, że Realowi pod względem piłkarskim wciąż do poziomu Barcelony brakuje, to – jak ujął to Mourinho – obrona trzech punktów za tydzień, pozwoli Madrytowi dalej przewodzić tabeli.
Mourinho dobrze wie, że jego główną przeszkodą w drodze po ligowy tytuł nie jest już Barça, lecz wszystkie pozostałe drużyny ligi. Od tego momentu, aż do samego końca, będą one najgorszymi z jego rywali.
Okiem Johana Cruyffa. Barça nadal jest daleko przed Madrytem
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (42)