W ciszy stadionu. Barcelona może stracić Ligę, ale nie straci nic ze swej wielkości

Karol Chowański 'Challenger'

29 stycznia 2012, 09:26

143 komentarze

Mam cichą nadzieję, że nie wszyscy kibice Blaugrany podzielają tak drastyczne spojrzenie na podsumowanie wczorajszego meczu w wykonaniu chłopaków Guardioli. Fakt, było słabo i za taki występ nie ma co nikogo głaskać, ale nadmierne ironizowanie po ledwie drugim gorszym występie z kolei też nie wydaje się na miejscu. Nie tędy droga.

Mimo wszystko, pomimo sędziów pozwalających Higuaínowi wybijać piłkę ręką z linii przy wyniku 2:3 tudzież rozdających Blancos karne na lewo i prawo, mimo niektórych rywali grających różnie z Barceloną i Realem, mimo tego, że każda inna federacja dałaby Pepe solidną kilkumeczową kare - Real zasługuje na swoje prowadzenie w ligowej tabeli i nie ma co naginać rzeczywistości, że jest inaczej. Zasługuje, bo w wielu meczach pierwszej połowy obecnego sezonu La Liga, by wydzierać następnym rywalom kolejne 3 punkty - prezentował większą determinację. Barcelonie i czasem jej w tym sezonie brakuje, czasem brakuje sił, i rosnąca dziś do siedmiu punktów strata względem "Królewskich" jest tego bezpośrednią konsekwencją. Skuteczność Cristiano Ronaldo dającego z siebie tym więcej, im słabszego ma naprzeciw rywala - można zbywać kpiarskim uśmieszkiem, ale tenże uśmieszek zniknie wnet jak tylko zdasz sobie sprawe, ile takie usposobienie portugalskiego cracka dało Realowi w tym sezonie punktów. Osobiście myślę, że spokojnie więcej niż 7.

Barcelona gra słabiej w tym sezonie w lidze niż w trzech poprzednich i to jest fakt. Tak dużą stratę punktową Barça (zawodnicy, ale też podejmujący w rożnych meczach różne dziwne decyzje personalne Pep) zawdzięcza przede wszystkim sobie. Nie ma co obwiniać pecha, krzywego boiska czy niesprawiedliwego losu - zwycięzcy tak się nie tłumaczą, nawet jeśli dziwne zbiegi okoliczności dostrzegają kibice, dziennikarze i neutralni obserwatorzy. Wpadki Madrytu z poczatku sezonu pozwalały z miejsca odstawic ich przynajmniej o 3 punkty; tylko, że Barcelona też rozkręcała się ospale. Gubiła punkty na jesieni, gubi je do tej pory. Real Madryt okazuje się tym razem za silny, by tego nie wykorzystać. Chwiejna forma drużyny na wyjazdach, nieskuteczność pod atakowaną bramką i nie zawsze trafne decyzje kadrowe sprawiaja, że teraz to Blaugrana ma 7 oczek w plecy... Samo życie. Nie ma co tupać nóżką, że przez wystający w swej złośliwości krawężnik upuściło się lizaka. Zagryź zęby i zarób sobie na kolejny.

Awans do półfinałów Pucharu Króla kosztował Xaviego, Messiego, Fàbregasa czy Puyola więcej niż mógł zakładać Guardiola, niż mogli się spodziewać culés. Wczoraj Barcelona nie była zmęczona. Środowym spotkaniem była skrajnie wycieńczona. Nie tyle fizycznie, co psychicznie! A na to już nie ma szybkich recept. I z tego względu postawa Dumy Katalonii na El Madrigal nie powinna być dla nikogo zaskoczeniem. Taki TEŻ jest futbol. Tym bardziej w kontekście oczywistych okoliczności: absencji Iniesty, gorszej formy Cuenki, a także serii kontuzji skutkującej brakiem w jednoczesnym momencie Villi i Afellaya, nie najlepszą dyspozycją dnia Alexisa i brakiem Pedro nawet na ławce. Kto w październiku przewidział, ze Barça wyjdzie na Villarreal z 15 graczami pierwszej drużyny, ten ma u mnie whisky z colą.

Taki obraz gry ze strony PepTeamu, nie powinien dziwić fanów także dlatego, że to też są tylko ludzie. Pech chciał, że kalendarz nie zeslal nam akurat po meczu środowym nikogo łatwiejszego niż Żółte Łodzie. Ogladając pojedynek w Castellón, jego przebieg, to, że właśnie chcieli, a nie mogli - i tak bylem dumny z tej drużyny, z naszej Barcelony. Nie zawsze wszystko w życiu się udaje i wczoraj całe barcelonismo otrzymało doskonały tego przykład. Cules muszą przełknąć tę żabę z godnością, bo żadna drużyna nie będzie wygrywać wiecznie. Wymsknie się jeden tytuł, potem kolejny, ale przecież ta drużyna z dnia na dzień nie zapomni jak się gra w piłkę. O to powinniśmy być wszyscy spokojni, nawet jeżeli dystans ligowy do Madrytu okaże się ostatecznie nie do odrobienia.

Podopieczni Guardioli już zdobyli za ten sezon trzy puchary (o czym - jak widzę - wielu kibicow z zaskakującą łatwością zapomina) i mają spore szanse na czwarty. Po stronie Realu znowu konsternuje okrągłe zero, a jedna z okazji na zmianę tego stanu rzeczy ulotniła się parę dni temu. Pucharowa matematyka też tworzy presję, bo Real będzie grał inaczej w lidze i LM ze świadomością tego radosnego faktu, że inne szanse na trofea

target="_blank">przepadły i zniknęły.

Nie bądźmy zatem jak madridismo rozstrygające losy ligowego tytułu w przeddzień grudniowych GD. Liga nie kończy się ani w grudniu, ani w styczniu. Wciąż wierzę, że Barça ma na nią szanse, choć mam oczywistą świadomość, że po wyjeździe z El Madrigal mniejszą niż przed. Inna sprawa, że Real przy całym swoim pragnieniu osiągnięcia wielkiego sukcesu i świetnej formie, ma ten ogromny komfort, że póki co gra w lidze bez presji. Dziś, od września, cały czas. Jak ten ligowy tytuł faktycznie zamajaczy im na horyzoncie pod koniec marca czy w kwietniu - Real też zacznie popełniać błędy. Tym bardziej, że kibice FC Barcelony powinni wiedzieć najlepiej, że presja nie jest czynnikiem motywującym drużynę Mourinho. Wręcz przeciwnie.

Niezależnie od tego, że do końca rozgrywek La Liga pozostało jeszcze kilka miesięcy, prawdopodobieństwo, że to Real zdobędzie na koniec koronę jest od soboty większe i... trudno. Remis z Villarreal oznacza, że czas się z tym pogodzić. Zamiast drzeć szaty, trzeba zagryźć zęby i dać z siebie wszystko (piłkarze oraz kibice!) w Pucharze Króla i Lidze Mistrzow. Podczas gdy Real świętuje półsukcesy i remisy, Barcelona od czterech lat* rok w rok świętuje minimum tryplecik. OK, mniej lub bardziej epicki, ale w całej historii futbolu nie bylo ani jednego przypadku by klub innej czołowej ligi świata** zdobyl sezon po sezonie tryplet jakikolwiek. Ani razu.

Od sezonu 2008/2009 PepTeam dał nam 13 tytułów. Wynik bez precedensu w najbardziej obfitych w hurtowe triumfy czasach futbolu, zupełnie nie przystający do ostatnich dekad. A licznik wciąż bije... Podopieczni Guardioli robią to czwarty rok z rzędu, Madryt z całym światem patrzy i podziwia - oto faktyczny wymiar osiągnięć współczesnej nam Barcelony. Doceńmy to, że największy rywal, najbardziej utytułowany klub świata, ma szansę na ledwie drugi swój tytuł po 2008 roku - i to dopiero prowadząc w wyścigu, któremu jeszcze daleko do mety. Może trzeba takiego kąta widzenia, by wzmocnić szacunek do sukcesów dzisiejszej Barçy i z powodu jednego czy dwóch meczów nie pozwalać nieść się emocjom prosto w objęcia kibicowskiego defetyzmu? Tak długo jak w tytuł ligowy wierzy Pep Guardiola oraz jego piłkarze, powinni wierzyć i kibice. Jeśli nie dłużej.

 

* Naturalnie, Superpuchar Hiszpanii, Superpuchar Europy i Klubowe Mistrzostwo Świata zaliczają się na konto sezonu 2011/2012 i nie dadzą się wykreślić bez walki.
** Z całym szacunkiem, ale rozgrywki w Hongkongu, Malezji i Japonii to nie ten poziom.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (143)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze