Kto sieje wiatr, zbiera burzę. Wyścig Realu Mourinho z Barceloną Guardioli rozpala zmysły już drugi rok. Z każdym kolejnym razem jeszcze intensywniej. Wznieca już nie burzę, lecz tornado – z którym wiruje cały piłkarski świat. Od pierwszej do ostatniej minuty, przez pełne półtorej godziny.
I wiecie co? Najlepiej być wtedy w samym jego środku.
Barcelońsko-madrycki żywioł wraca w formie ćwierćfinałowego starcia w Pucharze Króla. Rozgrywki te same, co przed rokiem, tym razem o charakterze dwumeczu. Jak zawsze, o zwycięzcach nie będą mówić dużo częściej niż o zwyciężonych. To pojedynek szczególny – w nim obaj konkurenci są ważni tak samo. Można by stwierdzić, że są od siebie wzajemnie uzależnieni. Nie rozróżniam, kto na dziś lepszy. Podobnie jak Gerard Piqué uważam, ze w starciach tych dwóch konkretnych drużyn nie ma faworyta. Niezależnie od ich aktualnej formy, chyba nigdy nie będzie.
Choć stawką najpośledniejsze z trzech pozostałych w grze trofeów, miejsce w półfinale czeka tylko jedno. Zostawiając w przedpokoju wzajemne komplementy i PR’ową frazeologię, jedni i drudzy pragną się w nim znaleźć ze wszystkich sił. Real – by udowodnić, że mimo porażki w grudniu, zasłużenie prowadzi w lidze. Barcelona – by wykluczyć najgroźniejszego rywala z walki o kolejny puchar.
Środowy wieczór na Bernabéu znów bardziej niż mecz piłkarski, przypominał zderzenie dwóch tektonicznych płyt. Primera División, Liga Mistrzów, Puchar Hiszpanii, Superpuchar – nieważne. Emocje te same, co zwykle. Dla tych fanów wartość zwycięstwa nie zależy od stawki.
Największe bitwy wygrywa się na mapie
Nie mam wątpliwości, że wielkim wygranym obu niedawnych starć na Bernabéu jest Pep. Choć bramki strzelali inni, dobraną przez Guardiolę taktyką i decyzjami personalnymi zachwycił się piłkarski świat, z opiniotwórczym portalem zonalmarking i Sidem Lowe’em w Guardianie na czele. W dwukrotnym z rzędu odwróceniu losów meczu po utracie pierwszej bramki, nie ma wiele miejsca na przypadek i szczęście.
Przesunięcie do przodu Alvesa z Fàbregasem i wzmożenie taktycznej dyscypliny pressingiem Alexisa – obok niewykorzystanych sytuacji Realu - pozwoliły Barcelonie odwrócić losy grudniowego spotkania w lidze. Jednocześnie nie sprawdziły się wybory Mourinho: CR7 kolejny raz* okazał się mniej efektywny ze skrzydła, Realu nie zbawił Coentrão, a Özil głównie zawiódł. Na domiar złego, znakomity pressing jaki stosował Real w I połowie, ulotnił się niedługo po wyrównującej bramce. Rzadziej mający piłkę, zmuszony do biegania, MouTeam po przerwie opadł z sił. Przez ostatni kwadrans Barça dominowała totalnie.
Po wymarzonym początku meczu, José Mourinho nie poszedł za ciosem. Kolejny raz w starciu z Barceloną cofnął drużynę. Polecił jej bronić jednobramkowego prowadzenia, czekać na kontry. Błąd.
Chybione koncepty Mourinho jeszcze bardziej widać było po przebiegu pierwszego ćwierćfinału CdR. Zaważyły ciężko na jego losach i końcowym rezultacie – tym wyraźniej, że dobrego wyniku Real był jeszcze bliżej niż w lidze kilka tygodni wcześniej. Decyzje personalne Portugalczyka (Altıntop, Carvalho, Coentrão; Benzema obok Higuaína) niosły w sobie pewien element zaskoczenia i nie uznałbym ich za decydujące. Posiadania piłki też nie – Interowi na San Siro nie przeszkadzało to wygrać 3:1. Po prostu Realowi zabrakło w składzie miejsca dla piłkarzy kreujących grę. Barça miała ich czterech. Skutek? "Królewskim" przydarzyło się znów to samo: niemoc i bezradność w konstruowaniu akcji długimi fragmentami meczu. Relatywna jednowymiarowość gry ofensywnej – kontra albo piłka do Cristiano. Świadom potencjału ofensywnego Blaugrany, Mou nie poszedł na wymianę ciosów; zostawił na ławcę Marcelo z Kaką obierając strategię skrajnie zachowawczą: 4 obrońców i trivote w środku pola. Kto tu miał strzelać bramki i rozgrywać? Jeden Cristiano?! Ponowne otwarcie wyniku i twarda gra w środku pola też nie pomogły. Guardiola tymczasem znalazł na boisku miejsce dla Iniesty, Xaviego i Fàbregasa, zagęścił środek Messim, do tego ustawił na szpicy Sàncheza, no i miał Busquetsa – i po 90 minutach kolejny raz mógł cieszyć się z triumfu nad Mourinho.
Barcelona dysponuje dziś sumą drużynowej i indywidualnej jakości, na którą trener i piłkarze Realu nie potrafią znaleźć argumentów. Ślepa uliczka? Skądże. Po takim, a nie innym, rozstrzygnięciu starcia z grudnia, spodziewałem się, że José Mourinho wyciągnie wnioski i zagra va banque: delegując w bój na CdR 3 defensorów i w miejsce tego czwartego wciśnie do składu dodatkowego pomocnika, który mógłby wpłynąć na losy meczu (Kaká, Özil, Callejón); ewentualnie obstawienie Cristiano-napastnika dwoma ofensywnymi pomocnikami na skrzydłach. Sam bym tak zrobił, co szkodzi spróbować, mając alternatywy na ławce, a w zanadrzu polisę rewanżu? No ale ja nie jestem trenerem Blancos, a Mourinho wolał inne taktyczne opcje**. Skutek był taki, że Real przegrał drugi mecz z rzędu i drugi u siebie, choć Blaugrana wcale nie rozegrała jakiegoś fenomenalnego spotkania.
Jak zagrają na Camp Nou?
Barcelona – chyba nikt nie będzie zaskoczony, jeśli wystąpi w rewanżu pod względem personalnym identycznie, jak tydzień temu. Taktycznie: tylko Alves cofnięty, raczej jako element klasycznego czteroosobowego bloku defensywnego niż w roli nadaktywnego skrzydłowego. Sànchez coraz lepiej sprawdza się w roli wysuniętego napastnika, który z łatwością gości w innych sektorach boiska – pokazały to oba zeszłe GD i ostatnie mecze w lidze. Nie bez znaczenia dla obecnego potencjału Blaugrany jest też fakt, że po raz pierwszy od 4 lat ławka Katalończyków nie ustępuje tej Realu: Mascherano, Thiago, Alexis, Adriano, Pedro i odkrycia w rodzaju Cuenki są w rotacji Pepa pełnoprawnymi członkami składu. Trenerowi daje to wielki komfort mnogości i różnorodności taktycznych ustawień. A piłkarzy, tych tylko w teorii „rezerwowych” – pielęgnuje morale i motywuje.
Oddalająca się perspektywa awansu do półfinału i powódź krytyki, jaka osaczyła Mourinho po ultradefensywnym ustawieniu zespołu przed tygodniem, sprawiają, że portugalski trener musi wymyślić na środę coś zupełnie nowego. Wątpię, by ponownie obrał strategię tridente (Cristiano, Benzema, Higuaín) lub trivote (Pepe, Diarra, Xabi Alonso). Czas najwyższy na tridefente, mniejsza nawet o to, kto miałby je stworzyć choć każdy ma pewnie swoje typy. Czas najwyższy na jednoczesne puszczenie w bój Özila, Kaki, CR7, nawet za cenę kogoś z dwójki Benzema/Higuaín. W każdym innym przypadku, szanse Realu na awans drastycznie zmaleją.
Zamiast angażować się w rozgrywanie z powodu niedoboru kadr, wysunięty napastnik Realu (kimkolwiek by ten nie był) mógłby się wtedy zająć wreszcie tym, czym powinna „9-ka”: wychodzeniem na pozycje, polowaniem na gole, szukaniem dobitek. Patrz: Alexis tydzień temu. Ponadto, rezygnacja z jednego obrońcy na rzecz intensyfikacji możliwości ofensywnych, każdemu z pomocników kreatywnych Realu dałaby znacznie więcej swobody i przestrzeni. Wreszcie. Przecież dokładnie to stanowi ciągły problem w starciach z PepTeamem i Özila, i Cristiano Ronaldo! No i delegowanie na jedno ze skrzydeł kogokolwiek (Callejon, Kaká, Marcelo, choćby i Coentrão) wydaje się lepszym pomysłem niż ulokowanie tam Benzemy.
Real w 3-4-3. Kuszący pomysł. Mimo wszystko, może już być za późno. Po wygranych w grudniu i przed tygodniem, to Barcelona jest na fali, i to większej niż te u brzegów Puerto Escondido. Podopieczni Guardioli mają też tę przewagę, że trójką z tyłu grywają ostatnio trochę częściej niż raz na rok.
Pierwszoplanowa rola męska
Kandydatów mamy bez liku: w szatniach obu klubów kilkunastu mistrzów świata, duet najlepszych piłkarzy globu, absolutny światowy top niemal na wszystkich pozycjach. Kto tym razem okaże się czynnikiem sukcesu?
W barwach gości z Madrytu mocno będzie to zależało od tego, kogo ostatecznie José Mourinho deleguje na boisko. Na teraz można stwierdzić głównie truizmy. Faktyczna siła Merengues z pewnością będzie determinowana dyspozycją dnia cracka z Madery, jak również poziomem kreatywności linii pomocy. Ani Benzema, ani Higuaín nie są napastnikami, którzy sami wygrają Realowi mecz. Nie z PepTeamem.
Powszechne są już zachwyty nad efektywnością gry Busiego i jego świetną dystrybucją piłek pomiędzy obroną i ofensywą. Pep oszlifował diament i nie ma co się nad tym rozwodzić. Tym bardziej, że Real - i Mourinho osobiście - mieli już kilka okazji by na Busquetsa znaleźć jakiś sposób. Spośród innych piłkarzy Blaugrany, kandydatów na gracza meczu nie brakuje, ale rzeczywiście kluczowy może się okazać "faktor Fàbregas". Cichy bohater i z grudnia, i sprzed tygodnia, dał już Camp Nou mnóstwo radości, ale nie pokazał jeszcze wszystkiego, co ma w zanadrzu. Wiedzą to wszyscy culés, którzy latami oglądali go w Arsenalu. Dość powiedzieć, że fenomenalna zdolność Fabsa do utrzymywania się przy piłce, wykształcona śród angielskich drwali w niełatwej dla piłkarza o jego gabarytach codzienności Premiership – zaprocentowała we wszystkich GD z bieżącego sezonu. Bezkresna wszechstronność tego pomocnika, mierzona w odbiorach, idealnych przerzutach, kluczowych podaniach, asystach i golach – przyczynia się do wydłużania dystansu pomiędzy Barçą Guardioli a Realem Mourinho. W chwili, gdy po maju, i jeszcze w sierpniu, całe madridismo wierzyło, że jest dokładnie na odwrót.
Możemy chyba być pewni solidnej postawy Piqué, Puyola i Abidala. Szczególnie najmłodszy z tego tercetu notuje ostatnio zwyżkę formy, co w kontekście rewanżu CdR jest znakomitą wiadomością. Wysoka forma defensywy Barçy pozwoli jednocześnie ograniczyć wpływ na losy meczu ew. wpadek José Pinto; tak też było tydzień temu. Po drugiej stronie boiska swoich momentów doczeka się Alexis Sanchéz. O dyspozycję Xaviego, Iniesty i Messiego - jak zwykle w pojedynkach z Realem i Mourinho – nikt nie musi się martwić.
Inna sprawa, że mecz sprzed tygodnia rozstrzygnięty golami Carlesa i Érica – przypomniał wszystkim obserwatorom, że niezależnie od obranej przez rywala taktyki, Barcelona wciąż jest drużyną, w szeregach której zaskoczyć może Cię absolutnie każdy.
Czy Real znajdzie metodę na Barcelonę?
To pojedynek 22 piłkarzy, ale też dwóch wielkich strategów. Przy tak wyrównanej formie i zbliżonym potencjale obu drużyn, o wyniku decydować może wszystko. Jeden błąd, jedna kartka, jeden fajerwerk czystego geniuszu. Nawet pogoda – jak w 5. minucie meczu z grudnia, gdy drift Sergio Ramosa po zroszonej deszczem murawie z zimną krwią wykorzystał Messi; wyłącznie dzięki kunsztowi Świętego Ikera efekt nie znalazł się momentalnie na tablicy wyników. Poślizgnięcie, rykoszet, zgubione krycie – niuanse. Tym większy wpływ na końcowy rezultat tego ćwierćfinału ma i będzie miała taktyka.
Wciąż uważam, i pewnie jeszcze jakiś czas będę, José Mourinho za najlepszego obecnie trenera w grze: przenikliwego, elastycznego, w całej swojej karierze imponująco modyfikującego taktykę do posiadanych zasobów ludzkich i wydarzeń na boisku. Nie zmienia to faktu, że najlepszym szkoleniowcem dla Barcelony jest Josep Guardiola. Nieustannie dojrzewa jako trener i wraz z nim dojrzewa koncepcja Barçy. Jego Barçy. Choć Pep dokonuje wyborów frapujących niekiedy najtęższych ekspertów, wyniki zespołu coraz częściej są tych wyborów bezpośrednią konsekwencją. W dodatku nieustannie urozmaicają je nowinki personalne i niestosowane wcześniej warianty gry. Umiejscowienie piłkarzy na boisku oraz precyzyjne określenie stylu gry drużyny i zadań poszczególnych graczy na konkretnego rywala i mecz – czynią grę Azulgrany jeszcze mniej przewidywalną, a tym samym: trudniejszą do powstrzymania.
Wszystko to sprawia, że w konkretnych boiskowych sytuacjach – myślę, że właśnie ustawienie taktyczne barcelonistów pozwala wyciągać z meczów 200% tego, co mogłaby osiągać drużyna pod wodzą jakiegokolwiek innego trenera. Real Madryt już czwarty rok, a José Mourinho drugi, nie mogą znaleźć trwałej recepty na Dumę Katalonii... i jest to zasługą Guardioli.
Nawet pomimo zagoszczenia w rotacji Mourinho na dłużej José Callejóna, Guardiola wydaje się na dziś trenerem odważniejszym niż jego vis-à-vis. Półtora miesiąca temu Pep nie miał żadnych oporów przed wystawieniem Alexisa na Bernabéu, zostawiając na ławce gracza formatu Villi. Albo Cesc funkcjonujący jako 9-ka, która wraca się nawet pod własną bramkę... Dokładnego momentu przechodzenia Blaugrany z ustawienia czwórką obrońców na trójkę, połowa telewidzów nawet by nie zauważyła nawet by nie zauważyła, gdyby następnego dnia nie rozrysowano go z detalami na zonal marking.
Wszystko to sprawia, że uchodzący za taktycznego geniusza José Mourinho, zyskał w Josepie Guardioli generała intuicją i odwagą z każdym kolejnym pojedynkiem równiejszego sobie. Do kolejnego starcia zostało kilka godzin. Zobaczymy, kto będzie górą tym razem.
* Poza krótką listą argumentów za tym, że Mourinho mógłby z Barceloną spróbować wystawienia CR7 na środku ataku, mocno polecam umieszczony poniżej filmik, który wyczerpująco je uzupełnia.
** Inna sprawa, że nie skorzystał także z możliwości zastąpienia spowalniającego przeważnie akcje i skrajnie ostatnimi czasy topornego przy piłce Lassa, np. Şahinem.
Komentarze (33)