W ciszy stadionu. Dokąd pojechał Seydou Keita?

Karol Chowański 'Challenger'

24 stycznia 2012, 02:06

22 komentarze

Tym razem troszkę obszerniej, w konsekwencji podjętej tematyki. Mam jednak nadzieję, że zainteresuje ona każdego sympatyka Barçy.


Zeszłej soboty w późnych godzinach popołudniowych w mieście Bata w Gwinei Równikowej doszło do starć mieszkańców z policją. Zamieszki zaczęły się, gdy kibice wchodzili na stadion. Ochrona wpuszczała ludzi pojedynczo, sprawdzając wejściówki i wnoszone przedmioty. Nie wszyscy mieli bilety. Nagły napór tłumu na bramy sprawił, że wydarzenia wymknęły się spod kontroli. Wezwane służby porządkowe musiały użyć gazu łzawiącego. Sytuację opanowano dopiero, gdy otwarto główne przejście. Wielu kibiców dostało się na trybuny bez żadnej kontroli, ale decyzja organizatorów pozwoliła uniknąć tragedii.

To nie relacja z frontu wojny domowej. Leżący nad Zatoką Gwinejską kraik nie jest kolejnym, któremu udzieliły się rewolucyjne nastroje z nieodległych Sudanu, Libii i Egiptu. Tu mieszkańcy ani myślą buntować się przeciw prezydentowi. W ciągu 33 lat rządów jednego z największych tyranów kontynentu afrykańskiego i całego współczesnego świata, nauczyli się żyć w biedzie, strachu i trwałej uległości.

W sobotę na Estadio de Bata Gwinea Równikowa podejmowała Libię i przecież to nic dziwnego, że każdy, ale to każdy, chciał obejrzeć historyczny debiut swej ojczyzny na mistrzostwach kontynentu. Pomieścili się wszyscy, ci z biletami i ci bez – 37-tysięcznych trybun nie zdołali zapełnić nawet „kibice” organizowani na ostatnią chwilę przez lokalnych urzędników. Rozpoczęła się 28. edycja Pucharu Narodów Afryki.

Kapitan Keita

Seydou Keita rozgrywa jeden z najlepszych sezonów w karierze, jednak nie pomoże Barcelonie w intensywnym okresie noworocznym. Wejściem na ostatnie minuty ligowego starcia z Espanyolem, pomocnik na kilka tygodni pożegnał się z Barceloną. Wraz z malijską kadrą – jest jej kapitanem – udał się na Mistrzostwa Afryki.

Kanouté, Mahamadou Diarra i zawodnik Barçy przez kilka lat tworzyli fundament narodowej drużyny Mali. Z tej trójki na turniej rozgrywany w Gabonie i Gwinei Równikowej pojechał tylko Seydou – dwóch pierwszych nie gra już w kadrze, od lata 2011 były pomocnik Realu nie gra wcale. Keita jest nie tylko drugim najstarszym piłkarzem i kapitanem drużyny, ale przede wszystkim jej liderem. Pełni w reprezentacji podobną rolę jak Puyol w klubie. Haruje za trzech i motywuje zespół w najtrudniejszych momentach*. Jego młodsi koledzy, grający w większości we Francji i rozmaitych klubach Afryki, dopiero czekają na rozwój swych karier. Seydou jest dla nich wzorem.

W całej historii Pucharu Narodów Afryki, kraj z południowych obrzeży Sahary ma tyle samo występów co RPA (7). Nie zmienia to faktu, że na mapie afrykańskiego futbolu Mali od dekad uchodzi za średniaka. Malijczycy nigdy nie załapali się na Mundial, a jako jedna z najmłodszych drużyn turnieju nie uchodzą również za faworytów PNA. Choć dla Keity i jego kolegów tegoroczny turniej jest już trzecim z kolei, to sam awans śmiało mogą traktować w kategoriach sukcesu. W domach zostali tacy potentaci, jak obrońca tytułu Egipt, Nigeria, Kamerun, RPA, a także Algieria i Togo. Tym razem bal należy do kopciuszków.

Klęska silniejszych drużyn w kwalifikacjach i „przyjazne” wyniki losowania sprawiają, że Malijczycy mają szansę na przejście pierwszej rundy finałowego turnieju, co nie udało im się od 2004 roku. Ogranie debiutującej w PNA Botswany (96. miejsce rankingu FIFA) i sąsiadów z Gwinei (79.) nie powinno być ponad siły Keity i jego rodaków. Tak optymistyczny scenariusz pozwoliłby Mali zawalczyć z Ghaną o pierwsze miejsce w grupie C.

Igrzyska w ogródku tyrana

Gdy w 2006 roku wybierano gospodarza PNA 2012, nominacja Gabonu nie była żadną sensacją. Mała liczba mieszkańców (1,5 miliona), brak konfliktów etnicznych i odpowiedzialne zarządzanie inwestycjami zagranicznymi od lat czynią Gabon jednym ze stabilniejszych i spokojniejszych państw Afryki. Pod żadnym względem nie można tego samego powiedzieć o drugim z organizatorów turnieju, Gwinei Równikowej.

Kraina, która od uzyskania niepodległości w 1968 roku regularnie spływała krwią – jeszcze do niedawna pozostawała poza nawiasem międzynarodowej polityki. Podobnie było z jej prezydentem. Teodoro Obiang Nguema Mbasogo został nim w 1979 roku, gdy z poparciem armii stanął na czele zamachu stanu. Swojego poprzednika kazał rozstrzelać na plaży by ujrzało to jak najwięcej osób. Francisco Macías Nguema, za którego rządów wymordowano ponad 1/5 obywateli a dziesiątki tysięcy uciekły z kraju, był jego stryjem.

Choć „New York Times” napisał kiedyś, że w swoim kraju Teodoro Obiang kontroluje absolutnie wszystko, „włącznie z powietrzem, którym oddychają poddani”, to niewątpliwie jest łaskawszy od wuja. Zrezygnował z publicznych egzekucji, generalnie ginie mniej ludzi. Obiang co siedem lat organizuje wybory, pozwalając by na kolejne kadencje lud wybierał go sam. Nie lubi też nadanego mu przez mieszkańców miana „El Jefe” – „Wodza”. Miłościwy władca woli, by tytułowano go tylko „Wyzwolicielem”. Opozycji w Gwinei nie ma. Po jej niedobitkach zaginął słuch, odkąd trafiły do budzącego powszechny strach w kraju i na kontynencie więzienia „Czarna Plaża”. Narzędzi tortur nie ukrywa się tam nawet przed wysłannikami ONZ, więźniowie nie mogą opuszczać cel, przebywają w kajdanach 24h na dobę, nie ma dostępu do lekarstw. Według organizacji Amnesty International to więzienie, które dla obcokrajowca oznacza śmierć.

Terror to tylko jedno z obliczy kraju dotkniętego makabrą o aparycji Teodoro Obianga. Bieda, korupcja i skrajny nepotyzm to kolejne. Aż 75% Gwinejczyków żyje za mniej niż dolara dziennie. Prąd, woda i kanalizacja należą tu do rzadkości, wyjątek to prezydenckie pałace. Średnia wieku w narodzie wynosi 19 lat, bo rzadko kto dożywa 40-ki. Nie może być inaczej skoro poza stolicą praktycznie nie ma szpitali, a na służbę zdrowia wydaje się 2% PKB (jeden z najniższych wskaźników na świecie). O własności wszystkiego w Gwinei, co wartościowe – decyduje prezydent. Jego majątek trudno doszacować. Wiadomo na pewno, że najstarszy syn Obiangi, desygnowany na jego następcę, jest jednym z najwystawniej żyjących ludzi w Afryce. Teodorin dzieli czas pomiędzy wille w Bel Air, Kapsztadzie, Paryżu, na Hawajach i Saint-Tropez, w garażu ma ponad 30 luksusowych aut.

Stany Zjednoczone, Unia Europejska i organizacje pozarządowe latami domagały się ustąpienia największego tyrana współczesnej Afryki. W 2004 roku w Malabo lądował nawet samolot pełen broni i najemników** ze słynnym Simonem Mannem na czele. Zero efektów. Teodoro Obiang Nguema rządzi do dziś, co daje mu status najdłużej urzędującego władcy Afryki. Mało tego, krytyka tyrana z Gwinei Równikowej zamiast się w najbardziej wpływowych gabinetach świata nasilać – systematycznie milknie. Ostatnimi laty Obiang stał się coraz częstszym gościem na salonach: przemówienie w siedzibie ONZ, osobista audiencja u Benedykta XVI, spotkania z G.W. Bushem, Lulą da Silvą, królem Juanem Carlosem, Ban Ki-moonem, Hu Jintao, Barackiem Obamą. Powód jest ten sam, co w przypadku innych niedawnych pariasów międzynarodowej polityki. Ropa.

Pierwsze złoża „czarnego złota” na terenie Gwinei Równikowej odkryto w latach 90. Poszukiwania finansował koncern Exxon Mobil, który do dziś jest w Malabo głównym inwestorem. W dobie wojny w Iraku, Amerykanie pilnie potrzebują alternatywnych źródeł ropy i gazu, wiążą więc z basenem Zatoki Gwinejskiej ogromne nadzieje. W 2007 roku głęboko pod wodami należącymi do Gwinei R. odkryto nowe złoża; kolejne spodziewane są wokół wysepki Pagalu (hiszp. Annobón). Afrykańska ropa w ciągu 15 lat ma pokryć 25% zapotrzebowania Stanów Zjednoczonych. Ocieplenie stosunków dyplomatycznych na linii Malabo-Waszyngton jest tego naturalną konsekwencją. A skoro z sympatią traktuje się gwinejskiego despotę w Waszyngtonie, to także w Londynie, Brukseli, siedzibach NATO, ONZ i reszcie świata.

Gdyby zyski z ropy podzielić wszystkim obywatelom tego państewka po równo, każdemu z nich dałoby to ponad 30 tysięcy USD rocznego dochodu. Równowartość 2500% średniej krajowej pensji. Ale ropa nie dopływa do zwykłych ludzi. Jej wyłącznymi beneficjentami są władca z rodziną i jego poplecznicy.

Dyplomatyczny splendor płynie dziś jednym strumieniem z petrodolarami. Pośród zdziwionych takim stanem rzeczy osób, na pewno nie ma prezydenta Obianga, który bardzo skwapliwie wykorzystuje sprzyjające okoliczności. Światu przypomniał o sobie, gdy za pierwszej kadencji G.W. Busha regularnie gościł w Białym Domu. Zaproszenia z innych stron świata zaczęły niebawem napływać same. Teodoro Obiang Nguema nie próżnował. Wszelkimi sposobami umacniał pozycję kraju na kontynencie, wystąpił o organizację mistrzostw Afryki w piłce nożnej kobiet (odbyły się w 2008) i wreszcie rozpoczął starania o PNA. Największa impreza sportowa w tej części świata od dawna była jego marzeniem.

Nie, Obiang już nie jest pamiętliwy. Nie ma za złe dawnych nieżyczliwych słów, ani nasyłania najemników. Swój wizerunek na arenie międzynarodowej radykalnie wzmocnił decyzją o wypuszczeniu z „Czarnej Plaży” tych, którzy mieli go zgładzić. Uznani za dowódców spisku, Simon Mann i Nick du Toit wraz z czterema kompanami 3.11.2009 otrzymali dekret prezydenckiej łaski. Gdy kilka dni później Mann witał się z żoną i 5-letnim synem (urodził się po pojmaniu Anglika) na lotnisku Luton, świat wielkiej polityki spojrzał na najbardziej krwawego z urzędujących władców Czarnego Lądu jeszcze przychylniej. Fotel przewodniczącego Unii Afrykańskiej w 2011 roku, szczyt przywódców kontynentu w nowo wybudowanym na tę okazję miasteczku Sipopo, współorganizacja PNA 2012 i postępująca współpraca polityczno-gospodarcza z coraz bardziej „rozpanoszonymi” w środkowej Afryce Chinami – to tylko najświeższe akcenty wzrostu znaczenia półmilionowego kraju, który jeszcze dwie dekady temu obchodził wyłącznie fotoreporterów korespondujących z piekła i organizacje dobroczynne. Na pewno nie ostatnie.

Historia Gwinei Równikowej wymownie zatoczyła koło. Stadion w Malabo, na którym Francisco Macías swego czasu przeprowadzał publiczne egzekucje faktycznych i domniemanych spiskowców, pod rządami jego bratanka został jedną z aren mistrzostw Afryki w piłce nożnej. Dzięki globalnemu dostępowi do mediów śledzi je cały świat. Ślepy na wszystko, co w kraju pozbawionym nadziei na postęp, wzrost standardu życia i demokrację – dzieje się poza boiskiem.

W co gra FIFA?

W przeciwieństwie do gwinejskiego satrapy, Międzynarodowa Federacja Piłki Nożnej i stojący na jej czele Sepp Blatter nie mają ostatnio dobrej prasy. Skandale korupcyjne eksplodują jeden po drugim. Casus FC Sion oraz „wieczór cudów” z

target="_blank">udziałem Dinama Zagrzeb i Lyonu, rzucają podejrzenia nawet na Ligę Mistrzów. Marketingowa lokomotywa europejskiej piłki i największe obok Igrzysk Olimpijskich i Mundiali źródło dochodów w światowym sporcie, znalazło się pod medialnym ostrzałem Franka de Boera i lupą sądów.

W poparciu światowej federacji dla kandydatury Gwinei Równikowej, uważny obserwator nie dostrzeże koszmarnego przeoczenia, lecz punkty styku z wyborami Rosji i Kataru na gospodarzy MŚ 2018 i 2022. Ogłoszone w grudniu 2010 wyniki zaskoczyły wielu, ale sygnalizują szersze zjawisko. Kraje gardzące prawami człowieka, ale opływające w petrodolary – stają się nowymi pupilkami FIFA.

Każdy, kto zaznał raz w życiu luksusów, dobrze wie, że przyzwyczaić się do nich łatwo, ale zrezygnować - już znacznie trudniej. Takie podejście nie jest obce oficjelom FIFA, skoro zdaje się determinować kolejne decyzje federacji. Niczym bezwzględny potentat naftowy, władze światowej piłki otwarcie romansują z najbardziej autorytarnymi rządami współczesnego świata. W ciężkich czasach postępującego kryzysu, promowanie futbolu w petroimperiach jest dla pazernej FIF-y naciąganiem struny moralnej wrażliwości fanów i dziennikarzy. Póki co, społeczność międzynarodowa znosi to dość cierpliwie.

Pytanie brzmi: jak długo?

Połowa reprezentacji z importu i trener na 2 miesiące

Sąsiedzi z Gabonu mają łatwiej. Tegoroczny turniej to dla nich nie pierwszyzna. W finałach PNA grali czterokrotnie, 17 lat temu w RPA osiągając nawet ćwierćfinał. Drugi ze współorganizatorów notuje absolutny debiut. Po części dlatego, że poza epizodyczną próbą przed PNA 1990, Gwinea Równikowa w eliminacjach krajowego czempionatu do 2001 roku nawet nie brała udziału. Słabiutka piłkarsko kadra to najmniejsze ze zmartwień mieszkańców byłej hiszpańskiej kolonii wściubionej przez los pomiędzy Kamerun i Gabon, lecz ta historia nie byłaby pełna bez kilku ostatnich akapitów. Sobotnie zamieszki pokazują, że Gwinejczycy hucznie wesprą piłkarzy i doceniają prezent sprawiony przez władcę. Teodoro Obiang Nguema nie rozdaje ich swemu narodowi co dzień.

Pomimo gorącego wsparcia kibiców, mistrzostwo kontynentu wydaje się być poza zasięgiem współgospodarzy. Do sukcesu miał ich poprowadzić Henri Míchel, trenerski obieżyświat i ikona francuskiej piłki. W 1986 jako szkoleniowiec „Trójkolorowych” zdobył brązowy medal MŚ, od 30 lat trenuje przeróżne reprezentacje i kluby. Specjalizacja: Afryka. W grudniu 2010 roku od samego prezydenta Teodoro Obianga otrzymał zadanie zbawienia kadry Gwinei Równikowej. Niewiele ponad rok później, uznał tę misję za niemożliwą.

To, co zastał w Malabo, było dla Henri Míchela nie do przyjęcia. Nawet dla niego, tak dobrze obeznanego ze zwyczajami rządzącymi afrykańskim futbolem. W ramach „przygotowań do turnieju” – rywale pokroju kadry Bretanii. Skład układany przez władze federacji i samego prezydenta. Z okazji mistrzostw, Obiang masowo werbował nowych kadrowiczów, rozdając paszporty po całej Afryce... i nie tylko. Z każdym miesiącem 2011 roku, Míchel spotykał na zgrupowaniach nowe twarze: Brazylijczyków, Hiszpanów z gwinejskimi korzeniami, Kameruńczyków, Iworyjczyków, Nigeryjczyków, Kolumbijczyków, Liberyjczyka albo Ghańczyka***. Gdy latem 2006 zatrudniała go warszawska Legia, Mamadou Baldé był jeszcze Senegalczykiem. Od jesieni 2010 i meczu z Botswaną, także on dzieli miano reprezentanta Gwinei. W przeciwieństwie do kilkunastu piłkarzy urodzonych w Kamerunie, innych miejscach Afryki, Hiszpanii i brazylijskiego bramkarza – Baldé turniejowego powołania się nie doczekał.

Napływ najemników Obianga nie służył kojąco atmosferze w szatni. Po miesiącach walki z przełożonymi, francuski trener miał wreszcie dość tej piłkarskiej wieży Babel. Zrezygnował ze stanowiska 21.12.2011, na kilka tygodni przed rozpoczęciem turnieju. W pierwszych dniach stycznia zastąpił go anonimowy dla świata Brazylijczyk, Gílson Paulo. Choć jego największym osiągnięciem było prowadzenie akademii Vasco da Gama, otrzymał zaszczyt trenowania kadry Gwinei w historycznym dla niej momencie. Kontrakt podpisano na dwa miesiące.

Epilog

Zajmująca 151. miejsce rankingu FIFA „drużyna” będąca de facto zlepkiem kadrowiczów z przypadku, których trenuje brazylijski anonim bez doświadczenia – wygrała mecz otwarcia z Libią, żelaznym faworytem grupy. Jedyną bramkę spotkania w 87. minucie zdobył Javier Balboa, były piłkarz Realu Madryt.

W takich okolicznościach, drużyna z krańca świata musiała z miejsca zdobyć sympatię fanów ckliwych futbolowych historii z całej planety. Komentarze w internecie tylko to potwierdzają. Zupełnie, jakby Teodoro Obiang Nguema Mbasogo mógł wyreżyserować turniej nie tylko od strony organizacyjnej, ale także sportowej.

Z drugiej strony, nie mamy żadnych dowodów na to, że tak nie jest.

 

* Jak podczas pamiętnego 4:4 z Angolą na Pucharze Narodów Afryki 2010.
** Tym razem zamach stanu się nie powiódł. Część najemników złapano na lotnisku w Malabo, pozostałych zatrzymano w Zimbabwe. O rewolcie miały wiedzieć wywiady Wielkiej Brytanii, USA i Hiszpanii. Za współfinansowanie spisku skazano w Kapsztadzie Marka Thatchera. Syn "Żelaznej Damy" prywatnie był bliskim znajomym Manna i odpowiadał za finansową stronę całego przedsięwzięcia.
*** W kadrze Gwinei Równikowej tak międzynarodowe towarzystwo wystąpiło w samym tylko roku 2011.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (22)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze