Pierwsza grupa inwazyjna

Dżemik

17 lipca 2005, 16:34

Brak komentarzy
Nastały długo oczekiwane dni 24-25 kwietnia 2004r. Niby nic nie znacząca data, bo i po świętach wielkanocnych już i na tydzień przed tradycyjnym polskim weekendem majowym. Postronny obserwator kalendarza mógłby nawet powiedzieć, iż dni te są mało istotne, lub mogło by ich nie być, a i tak nikt by tego faktu nie zauważył. Nic bardziej mylnego drodzy czytelnicy, bowiem przejdą one do historii jako cudowne wydarzenia, które kibicom FC Barcelony znów pozwoliły poczuć rozpierającą dumę z powodu emocjonalnego powiązania jakie ich łączy z Azulgraną.

Kiedy w sobotę do stolicy Hiszpanii zaczęli zjeżdżać pierwsi sympatycy Dumy Katalonii, także w Polsce dało się zauważyć pewne ożywienie wśród lokalnych cules, bowiem część z nich także wsiadła w pociąg lub inny środek lokomocji i podążyła w nieznane, a dokładniej do Wrocławia, gdzie czekała już na nich miejscowa „piąta kolumna” w osobie niejakiego Baqa. Pierwszy zjawił się niejaki Dylu (pochodzący z okolic „Ziemi Obiecanej”), który za podstawowy środek transportu uznaje autobus i tymże dotarł prawie w samo południe (z małym półtoragodzinnym hakiem) na dworzec PKS-u malowniczo ulokowany w samym centrum tego piastowskiego miasta. Nie wiadomo czym zajmowali się z niejakim Baqiem do godziny 17.00, bynajmniej jako oficjalną wersję wydarzeń przyjęto, iż zwiedzali okolice starówki i tzw. wrocławskiego „Trójkąta Bermudzkiego”. W czasie trwania tych wędrówek ludów na dworcu – tym razem PKP – pojawili się niejaki Komandor (z całkiem Zielonej Góry) i niejaki Dżemik(już sam nie wie gdzie mieszka), którzy od razu po przyjeździe odwiedzili mieszkanie pewnego znajomego tubylca (udzielił Dżemikowi noclegu na czas trwania inwazji – BRyy dziękuje raz jeszcze), gdzie skorzystali z dobrodziejstwa internetu, po czym udali się na miejsce spotkania pierwszej grupy inwazyjnej. O godzinie „W” w oznaczonym miejscu – przy tablicy odjazdu pociągów – stawili się, poza wymienioną czwórką, niejaki Looky z niejakim Barcelem (obaj z miasta „pyr” i „sznyk z glancem”). Ci ostatni przedstawiciele przybyli najbardziej burżujskim pojazdem, czyli samochodem, a wspomnieć o tym należy ze względu na ważną rolę, jaką mógł odegrać ten środek lokomocji, ale wszystko w swoim czasie. Po wzajemnych powitaniach, odebraniu bukietów od reprezentacji związku kolejarzy i udzieleniu kilku zdawkowych wywiadów licznie zgromadzonym przedstawicielom mass mediów, nasza grupa - za wyjątkiem niejakiego Barcela, który oddalił się w nieznanym kierunku - udała się w poszukiwaniu noclegów. Oczywiście, jak to bywa w tego typu historiach, nie było z tym żadnego problemu, a wszelkie sprzeczne związane z tym informacje, to plotki i pomówienia rozsiewane przez naszych wrogów (te mandrile to tylko kłamią ciągle). Jednakże poniżej zostanie opisanych kilka szczegółów tej eskapady przez miasto, aby zaprzeczyć tym podłym twierdzeniom, jakie ukazały się w mierdowskich brukowcach.

„Nasz człowiek” we Wrocławiu – czytaj niejaki Baqu – zaoferował, iż może zostać przewodnikiem, bowiem wiadomym jest, jak ciężko przyjezdnym poruszać się po obcym mieście. Zaoferowana pomoc została przyjęta entuzjastycznie, więc z kieszonkowym planem okolicy w rękach przewodnika grupa udała się w tę, jakże krótką "mision posible". Już po przejściu kilku przecznic okazało się, że wszelka fachowa pomoc w dziedzinie informacji turystycznej jest zbędna, a to ze względu na niejakiego Dyla, który stwierdził, że on już na takim skrzyżowaniu był w ... Warszawie. Szybko zostało przeprowadzone głosowanie, w którym przez aklamację stwierdzenie kolegi zostało uznane za prawdziwe. Pokrzepieni panującą solidarnością i jednomyślnością członkowie grupy szybko odnaleźli poszukiwany hotel. Niestety już od chwili przekroczenia progu pokojów raził brak klimatyzacji, barku, programów oferowanych przez platformy cyfrowe, no i najgorsze – w oknach powieszono białe firanki, co zostało odebrane jako jawne sympatyzowanie z zespołem największego wroga. Dodać tutaj należy także, iż żądana kwota za nocleg też była wręcz żenująco niska, co nie mogło się spotkać z pozytywnym odzewem. Pani recepcjonista, widząc wielkie oburzenie na twarzach wszystkich zgromadzonych przy okienku, zaproponowała swą pomoc w poszukiwaniu kwatery odpowiadającej standardem prestiżowi przybyłych gości. Pomocną dłonią podała broszurę informacyjną, w której znajdowały się numery telefonów do bardziej ekskluzywnych apartamentów, a niejaki Dylu okazał się na tyle szlachetnym człowiekiem, iż w celu wykonania rozmów telefonicznych pozwolił niejakiemu Lookiemu oraz niejakiemu Komandorowi na skorzystanie ze swojej złotej karty magnetycznej z nieskończoną ilością impulsów. Pomimo tego wszystkiego złośliwość wrocławskich hotelarzy nie pozwoliła grupie na zakwaterowanie – nie domyślając się w swej małostkowości z kim mają do czynienia proponowali rezerwację w pokoju 3 osobowym za śmieszne ceny wahające się od 150 – 300 złotych z groszami. Jak sami możecie przeczytać, złośliwość ludzka nie zna granic – przecież nie po to człowiek „tłukł” się kilka godzin do Wrocławia, żeby spać w jakichś norach. Mocno zniesmaczony zaistniałą sytuacją niejaki Dżemik postanowił szukać pomocy u przyjaźnie nastawionej do obywateli Policji (już nie Obywatelskiej). Dyżurny ruchu widząc powagę emanującą od wchodzących na komisariat, zadzwonił pod sprawdzony wcześniej numer, co pozwoliło uzyskać grupie pewne namiary na odpowiednie instytucje gwarantujące nocleg w godziwych warunkach za znaczną cenę. Już pierwszy ze wskazanych adresów okazał się przysłowiowym „strzałem w 10” i grupa - podążająca już bez przewodnika w osobie niejakiego Baqa, ale z jego planem miasta w rękach niejakiego Dyla - po zalewie trzech godzinach szukania mogła się spokojnie udać do miejsca, które z czystej przekory właściciel nazwą „bursą” - wielkie poczucie humoru. Przy okazji zakwaterowania grupa zapoznała się z regulaminem obowiązującym w pałacyku i lekkie zdziwienie wywołał punkt 13 tegoż regulaminu, zgodnie z którym na terenie tej wspaniałej posiadłości dozwolone było spożywanie alkoholu, czy tez inny przepis pozwalający na całonocne przebywanie poza wynajętym pokojem. Atmosfera panująca w owym przybytku bardzo przypadła do gustu przybyszom, w związku z tym po zakończonej konsumpcji kilku herbat i kaw, postanowiono udać się w kierunku wrocławskiego rynku, w celach kulinarno-poznawczych. Znalezienie wykwintnej restauracji nie stanowiło oczywiście żadnego problemu, a wszystko to za sprawą przechadzającej się wieczorową porą w okolicach starówki wspaniałej ludności, która w 99% twierdziła, iż nie pochodzi z tego miasta - ach ten cudowny patriotyzm lokalny (naprawde budujące przeżycie). Na szczęcie udało się spotkać także kompetentne osoby i już po chwili nastąpiła degustacja miejscowych specjałów kuchni zachodniopolskiej - z francuskiego nazwa potrawy brzmiała "la knysza z la kotletem", a całość została okraszona kolorystycznie dobranym zestawem surówek. Wspaniałe danie, godne polecenia wszystkim podróżującym po świecie, bowiem ten specjał cieszy się wielkim powodzeniem także poza Europą. Po takiej uczcie niezbędna okazała się chwila przy ciepłej herbatce parzonej w tureckim samowarze i podanej zgodnie ze staroormiańską ceremonią. Uduchowieni tym wyjątkowym przeżyciem członkowie grupy postanowili udać się na zasłużony spczynek, mając świadomość powagi dnia następnego. Niejaki Dżemik podążył w kierunku mieszkania znajomego tubylca, a reszta grupy w składzie niejaki Komandor, niejaki Looky oraz niejaki Dylu udała się najdroższą taksówką w drogę powrotną do powyżej wskazanego pałacyku. Na zakończenie należy się drogim czytelnikiom wyjaśnienie odnośnie roli jaką mógł odegrać samochód niejakiego Barcela. Otóż jest to wielkogabaretowy pojazd zawierający cuda wspólczesnej techniki i luksusu, o standarcie odpowiadającym ***** w oznaczeniu hoteli. W skład zaopatrzenia wchodzą także wygodne sofy pozwalające na relaksujący wypoczynek w porze nocnej, co stanowiło wyjątkowo kuszącą alternatywę na wypadek niskiego standartu tradycyjnych miejsc noclegowych.

Ujawnione w poprzednim akapicie szczegóły dobitnie wskazują, iż znalezienie we Wrocławiu noclegu o najwyższym standardzie nie stanowi jakiegokolwiek problemu i podróż na tzw. "żywioł" jest jak najbardziej wskazana wszystkim udającym się w malownicze rejony południowo-zachodniej polski.

Tak skończył się dzień, który stanowił wigilię prawdziwych cudów ... nad Odrą. Oj działo się, działo. Bynajmmniej to już była niedziela, ale o tym może innym razem.

Poleć artykuł