Cóż to była za niedziela ?!

Dylu & Dżemik

17 lipca 2005, 16:35

Brak komentarzy
Kiedy spędza się czas w miłym towarzystwie i na wesołych rozmowach, to czas upływa niesamowicie szybko. W takiej sytuacji ciężko jest ustalić, czy sobota już się skończyła, bo np. minęła właśnie północ, czy też skończy się dopiero z chwilą nadejścia snu. Bynajmniej jako, że nie jest to aż tak istotne i możemy sobie pozwolić na pewien luksus powtórek, dlatego przyjmijmy, że niedziela zaczęła się prawidłowo, czyli o godzinie 0.01 w ... niedziele.

Niedziela zastała przyjezdnych redaktorów na Starym Rynku, gdzie szukali lokalu, w którym mogliby spocząć przy złocistym trunku i zasłużonym, po kilkugodzinnych poszukiwaniach noclegu, posiłku. Wszelkie pizzerie i najbardziej znane z serwowania "plastikowych smakołyków" kawiarnie nie odpowiadały nam, dlatego błąkaliśmy się przez dłuższy okres czasu, aż w pewnym momencie weszliśmy do pubu, w którym już na progu usłyszeliśmy: "Już zamknięte !"Nie mogliśmy sobie pozwolić by wyjść z niczym, zatem zmusiliśmy właściciela do mówienia i od razu sytuacja uległa zmianie, gdyż zostaliśmy pokierowani do pewnej jadłodajni. Zatem ruszyliśmy przez bramę, podwórko i oczom naszym ukazał się on..., ten jeden jedyny, otwarty, kameralny, serwujący wporzo żarełko lokalik, w którym zamówiliśmy po tradycyjnej knyszy z kotletem. Po napełnieniu żołądków, ruszyliśmy w teren w celu sprawdzenia, gdzie przyjdzie nam obejrzeć wieczorne Gran Derby. Jak to mówią "szukaj aż znajdziesz" i po pewnym czasie znaleźliśmy klub "13-tka", do którego w celu zorientowania się w panujących tam zasadach, wbił się Dżemik. Po "przeszpiegach" zdecydowaliśmy się na jednego browarka, aby lepiej się spało, a potem ze względu na późną porę udaliśmy się w stronę miejsca spoczynku (tymczasowego, nie mylić z wiecznym). Looky, Komandor i Dylu, pożegnali się z Dżemikiem (spał w mieszkaniu znajomego) i wsiedli do stojącej przy ulicy taryfy. Każdy usiadł wygodnie, spodziewając się kilkuminutowej, wygodnej, aczkolwiek taniej jazdy, jednak okazało się iż "Audica zdechła" i pan taksówkarz poprosił byśmy przesiedli się do nadjeżdżającej zaprzyjaźnionej taryfy, co tez uczyniliśmy. Gdy podjechaliśmy o 2.00 pod bursę, redaktor Dylu znany ze swej prawości, zaczął zastanawiać się czy pani portierka, kobieta z zasadami, wpuści nas do budynku. Obawy były spowodowane słowną umową, jaką zawarliśmy przed wyjściem na miasto: "Tylko Panowie proszę wrócić przed 24.00 i przypadkiem nie pod wpływem alkoholu". Jednak mimo niepokoju, zastaliśmy wpuszczeni do budynku, gdzie w naszym pokoju czekała niespodzianka w postaci pewnej postaci, jak zjawia się w nim podobno co tydzień. Redakcyjne trio usiadło jeszcze w kręgu przyjaźni i przechyliło flaszkę soku z gumi-jagód (rocznik bieżący, wyprodukowany z jasnych winogron rosnących na południowym stoku działki należącej do rodziców Dżemika), po czym z czystym sumieniem mogli przytulić główki do podusi.

Najwcześniej obudził się Komandor bo już ok. 7 rano i po chwili rozmowy z własnym ego ponownie zmrużył podkrążone oczka. Momentem przełomowym było przebudzenie się nieznajomego, z którym spaliśmy w jednym pokoju (miał kosę, że... i niby do konserw). Ów nieznajomy podniósł się mówiąc cześć Looky�emu, chwilę później Dylowi, a Komandor nic nie powiedział. Gdy koledzy zapytali go czemu, odrzekł: "Bo on mi nie powiedział." Kiedy zostaliśmy już tylko we trzech, postanowiliśmy spokojnie przyszykować się do wielkiego dnia, naszą uwagę zwróciły także zasłonki pod natryskami, które wyglądały jak flagi Katalonii. Już ok. 11 zostaliśmy delikatnie wyproszeni z bursy i zmuszeni byliśmy udać się na miasto, gdzie znaleźliśmy miłą jadłodajnie, w której spotkaliśmy się z czwartym muszkieterem, Dżemikiem. Tam ziemniaczki i filet drobiowy z surówką zostały popchnięte przez parę piwek. W tym przemiłym lokalu spędziliśmy dłuższy okres czasu snując plany o sprawach przyszłościowych, rozważając sytuacje Barcelony w tabeli i szanse zespołu na pokonanie odwiecznych wrogów z Madrytu. Wnioski były pocieszające, gdyż każdy z nas liczył na pozytywny wynik i zwycięstwo blaugrany. Dysponując jeszcze pokaźnym zapasem wolnego czasu postanowiliśmy zaczerpnąć świeżego powietrza. Przechadzka skończyła się rozmową na temat FC Barcelony, na ławeczkach nad fosą, gdzie co chwilę dały się zauważyć "hejnały" trąbione przez rozgadanych i rozweselonych redaktorów przechodzących przedmeczową zaprawę, przecież nie od dziś wiadomo, że w wojsku najważniejsza, *****, jest ... zaprawa. W czasie jej trwania dało się zaobserwować, a nawet usłyszeć, sumienność Dyla w ochronie przyrody, bowiem każde opakowanie musiało wylądować w koszu , w innej sytuacji można się było narazić na kilka "ciepłych" słów.

Kiedy zbliżała się godz. 16.30 postanowiliśmy ruszyć do miejsca przeznaczenia w celu zajęcia "pool position". Gdy weszliśmy do klubu okazało się, że najlepsze miejsca są już zarezerwowane, dlatego zadzwoniliśmy do kogo trzeba i usiedliśmy tymczasowo z boku mięciutkich siedzeń. Po chwili zjawiła się grupa pod wezwaniem Baqa oraz Preda i okazało się, że chłopaki spisali się na medal, więc siedzieliśmy gdzie należy, czyli w odpowiednio bliskiej odległości od telebimu w centralnym miejscu sali. Przy pierwszych piwkach oglądaliśmy mecz Legia � Górnik. Jako że nie było to widowisko, ten temat pomińmy i skupmy się na czymś naprawdę istotnym. Z czasem klub zaczął się zapełniać kibicami Blaugrany, a już ok. 19.00 "13-tka" tętniła życiem. Gdy zaczęła się relacja z meczu brawa przeplatały się z gwizdami a wszystko zależało od tego co, a raczej kogo, pokazywał realizator. I nadszedł wreszcie długo oczekiwany moment, pierwszy gwizdek i zaczęło się ! Na początek Dżemik i Dylu zaintonowali: "Kto wygra mecz...?" Kibice Barcy zgromadzeni w klubie zgrali się już na samym początku i od tego momentu atmosfera była niesamowita. Oczywiście odpowiednie reakcje towarzyszyły pojawieniu się na ekranie Figo, Beckhama, Carlosa i innych "galacticos", oto kilka z nich: "Oddaj srebrniki !!!", "Victoria Beckham !", "Oddaj piłkę, dostaniesz lizaka !" Gdy do piłki dochodziła Barcelona, wszyscy zaczynali reagować żywiołowo, a największe brawa zbierał oczywiście Ronaldinho. W pierwszej połowie wszyscy przecierali oczy ze zdumienia, Real który przegrał ostatnio wszystko co możliwe grał jak z nut, oblegając co chwilę bramkę Valdesa. W końcu nastąpiła przerwa i czas na ochłonięcie i uzupełnienie kufli. Po przerwie sytuacja nadal była bardzo gorąca, nadszedł w końcu moment w którym Real wyszedł na prowadzenie, co wszyscy nagrodzili gwizdami. Było też słychać kilku dziwnie reagujących typów (no bo kto normalny cieszy się z prowadzenia Mandrili ???), ale tak o końca nie wiadomo kim oni byli, gdyż przyszli incognito, w znaczeniu po cywilnemu. Był też jeden kolega ubrany w taką białą koszulką z napisem "siemens", ale wyglądał na troszkę speszonego i widać było, że niepewnie się czuje w tym lokalu (nie wiedzieć czemu po meczu jakoś po cichu i szybciutko uciekł).

Po czym nastąpiło prawdziwe "wejście smoka", gdyż przebywający zaledwie chwilę na boisku Patrick Kluivert doprowadził do wyrównania. Szał radości, w jednej chwili wszyscy wstali i w klubie zapanował jeden wielkie i niepohamowane szaleństwo. Od tego wydarzenia każdy trzymał kciuki za strzeleniem zwycięskiego gola. Jednak zanim to nastąpiło, mieliśmy niezwykła przyjemność serdecznego pożegnania wyrzuconego z boiska Luisa Figo. Cała publika, poza kilkoma osobami dziwnie reagującymi, wstała krzycząc wy*** (chodziło o to by sobie poszedł :D). Kiedy na 3 minuty przed końcem regulaminowego czasu gry, Xavi po fenomenalnym podaniu Ronaldinho strzelił na 1-2 wszyscy oszaleli. Przy stoliku redakcji VeB potłukły się szklanki, piwo się wylało, ława odjechała do tyłu na metr a wszyscy skakali i rzucali się sobie w ramiona., Radości polskich kibiców nie było końca, chyba nikt nie pamięta dokładnie co działo się w końcowych minutach, gdyż wszyscy gorączkowo oczekiwali ostatniego gwizdka sędziego. Gdy ten nastąpił wszyscy odśpiewali: "Baaaarcaaa, Baaaaarcaaa, Baaaarcaaaa, Barca, Barca lalalala lalalala....." po śpiewach dowiedzieliśmy się, że niejaki Azjata siedzący przy barze postawił nam 12 piw mówiąc: "Barca ok, kibice spoko". Kiedy dotarła do nas ta jakże radosna informacja, wstaliśmy z miejsc i zaczęliśmy śpiewać w kierunku baru "dziękujemy", niestety okazało się, że naszego dobroczyńcy już nie było, a podziękowania przez przypadek odebrał inny jegomość, także pochodzenia azjatyckiego. Polska duma została urażona, dlatego niejaki Dreju nie pozostał dłużny azjatyckiemu koledze i również zamówił dla ziomali 12 browarów. Posiedzieliśmy jeszcze trochę w lokalu już w znacznie mniejszy gronie - nie będę wymieniał kto został, a kto nie, jeśli kogoś to ciekawi, to może zapoznać się z fotoreportażem także dostępnym na stronie.

Po opróżnieniu szkła wyszliśmy przed klub i odśpiewaliśmy co należy. Śpiewaliśmy zresztą nie tylko przed klubem, ale także chodząc dookoła rynku wrocławskiego, co spotykani przez nas przechodnie kwitowali zdziwionymi spojrzeniami i z niedowierzaniem kręcąc głowami na widok sporej grupy młodych ludzi ubranych w bordowo-granatowe barwy, wymachujących flagą z herbem Barcy i głośno skandujących swą miłość do FC Barcelony w środku nocy na środku rynku w samym centrum Europy. Takiej fety w samej Katalonii nikt by się nie powstydził. To jednakże jeszcze nie był koniec tego szalonego wieczoru - nikt nie miał ochoty zbyt szybko udać się na spoczynek, więc dotarliśmy do słynnego, "polsatowego" Baru. Tam też przepłukaliśmy nasze strudzone śpiewem gardła leczniczym wywarem z polskiego chmielu i dopiero wtedy drogi większości świętujących się rozeszły. Komandor i Dylu skorzystali z serdeczności i gościnności Preda udając się do niego na nocleg, pozostawiając naczelnego z Barcelem i Dżemikiem przed dworcem PKP. Looky miał do odjazdu pociągu jeszcze ponad dwie godziny, a do tego pociąg miał jeszcze duże opóźnienie - to były naprawdę ciężkie i męczące chwile. W końcu Barcel podążył w kierunku zaprzyjaźnionych tubylców, Dżemik podobnie, a Looky po dłuższej chwili udał się w drogę powrotną do Poznania, gdyż była już 5.00 rano w poniedziałek - a to niestety dzień roboczy. O 9.00 rano trio w składzie Dżemik, Komandor i Dylu spotkało się na dworcu skąd dwaj pierwsi odjechali po kwadransie a godzinę po nich wyjechał z Wrocławia już ostatni redaktor.

Tak oto skończyła się nasza "inwazja na Mierde" - przeżyliśmy fantastyczne chwile mogąc radować się z sukcesu ukochanej drużyny we wspaniałym gronie wiernych sympatyków Barcy. Atmosfera tego spotkania przeszła nasze najśmielsze oczekiwania. Będziemy w myślach i rozmowach jeszcze wiele razy wracać do tego kwietniowego weekendu we Wrocławiu.

Powiązane artykuły

Poleć artykuł