Frank budowniczy

Dżemik

17 lipca 2005, 16:40

Brak komentarzy
Życie ma to do siebie, że jest złośliwe i jakkolwiek by nie brzmiało to trywialnie, to jest to prawda. Kiedy już wydaje się nam, iż wszystko wspaniale się układa i jest w jak najlepszym porządku, nagle przychodzi załamanie, umierają marzenia, staczamy się po równi pochyłej, by po odbiciu się od dna, znów poczuć smak szczęścia w ustach. Czy to nie jest taka zwykła złośliwość? Czy nie mogłoby zawsze być miło, wesoło, radośnie, itp? Widocznie nie, dlatego musimy się męczyć, poszukiwać lepszych rozwiązań starając się jednocześnie przewidzieć wszelkie konsekwencje podejmowanych przez nas działań. Dotyczy to nie tylko życia przeciętnego Kowalskiego, ale również funkcjonowania firm, fundacji, stowarzyszeń i wszelkich innych jednostek organizacyjnych, w tym klubów piłkarskich. Także one przeżywają swoje 5 minut triumfu, by po kilka nierozważnych decyzjach ludzi stojących u sterów, zaznać goryczy porażki. Brzmi znajomo? Jeśli nie, to przypomnijcie sobie rok 1992 i dla porównania zestawcie z nim wydarzenia z sezonu 2002/03. Dla kibica Blaugrany 1992 rok to najwspanialsze lekarstwo na wszystkie problemy, wystarczy pomyśleć o cudownym zwycięstwie w finale Ligi Mistrzów i jedynym do tej pory zdobytym Pucharze Europy, a nagle zapomina się o świecie przenosząc się w cudowny świat marzeń i wspomnień. Zupełnie inaczej przedstawia się sytuacja związana z sezonem 02/03, gdzie skojarzenie sobie pewnych faktów nie należy do najłatwiejszych. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta - bo każdy culé chciałby te chwile jak najszybciej wymazać z pamięci. Któż chce pamiętać o tym, że tytuł mistrza Hiszpanii zdobył największy wróg, że tego największego wroga prosiło się w myślach, aby pokonał Basków w ostatnim swoim pojedynku, gdyż ewentualne zwycięstwo Barçy nad Celtą dawało nam awans do rozgrywek o... Puchar UEFA i 6. miejsce w tabeli Primera Division? Chyba zbyt wielu nie chce o tym pamiętać, lub ewentualnie koduje sobie te informacje, aby nigdy więcej nie dopuścić do takiej tragicznej sytuacji, tudzież dla przestrogi.

Kiedy już wszystko się zepsuje i nie ma po co spoglądać wstecz, rozpoczyna się szukanie winnego. Nic nie dzieje się bez przyczyny, zawsze ktoś ponosi odpowiedzialność za takie, a nie inne decyzje. W przypadku FC Barcelony nie trzeba było daleko szukać - skłócony z gwiazdami zespołu trener, nieudolny prezydent doprowadzający klub na skraj załamania finansowego. Kibice byli żądni krwi, więc poleciały głowy. Odszedł van Gaal, odszedł Gaspart - w klubie nadszedł czas wielkiego sprzątania, ale do tego był potrzebny nowy "szeryf". Joan Laporta jeden z kandydatów na nowego prezydenta zaproponował, iż sprowadzi do klubu postać medialną i przesiąkniętą wręcz aurą sukcesu - zarówno piłkarskiego (traktowany niczym bóg przez kibiców zarówno w miejscowym klubie, jak i w dalekiej Azji), ale także osobistego. Taktyka ta, sprawdzona już w innym klubie, okazała się skuteczna, co zaowocowało wyborem na wymarzone stanowisko. Skoro nowy pan prezydent obiecał, to słowa powinien dotrzymać, dlatego wskazywany przez niego piłkarz podpisał kontrakt... w Madrycie. Można było przecierać oczy ze zdziwienia, kląć na czym świat stoi, wylewać żółć na nowego włodarza, albo cierpliwie poczekać co dalej. Cierpliwość zazwyczaj popłaca i w tej sytuacji nie było inaczej. Na horyzoncie pojawił nie kto inny jak mistrz świata z kraju kawy, któremu to zawodnikowi wielu ekspertów wróżyło fenomenalną karierę - wtedy jeszcze nie-boski, ale już wielki Ronaldinho. Transfer rodził się w wielkich bólach, ale najważniejszy jest efekt końcowy, który dla klubu oraz kibiców był wymarzony i Brazylijczyk przywdział koszulkę w najcudowniejszych na świecie bordowo-granatowych barwach. Na tym się nie skończyło bowiem na Camp Nou zawitali także inny wielcy tego światka piłkarskiego; kapitan reprezentacji Meksyku Rafael Márquez, wielce utalentowany młodzik z lizbońskiego Sportingu Ricardo Quaresma oraz gwiazda Mistrzostw Świata w 2002r. turecki bramkarz Reçber Rustu. Ponadto przybyło jeszcze kilku zawodników, jak choćby powracający w rodzinne strony Luis Garcia, kolejny "tulipan" van Bronckhorst, czy tez obiecujący zawodnicy z kadry drugiego zespołu w osobach choćby Jorquery, Oscara Lópeza, itp., itd. Jednakże wędrówki ludów rozpoczęły się także w przeciwnym kierunku - czyli, tzw. panom już podziękujemy, na stałe, lub chwilowo. Z klubem pożegnali się chociażby: de Boer, Christanval, Mendieta, Rochemback, Geovanni, Sorin, Riquelme i kilku jeszcze piłkarzy.

Nad całością tych przetasowań miała czuwać nowa "miotła" w osobie holenderskiego szkoleniowca Franka Rijkaarda - ku zdziwieniu wielu kibiców. Nowe władze, nowy trener, nowi zawodnicy, nowa nadzieja, nowa era - droga została nakreślona. Barcelona miała zmienić swoje oblicze i odbić się od dna, aby jej kibice znów mogli poczuć dumę. Rozpoczynał się nowy sezon AD 2003/2004 poprzedzony przygotowaniami zespołu w USA, Anglii, a kibice z umiarkowanym optymizmem zaczęli spoglądać w przyszłość. Jednakże od razu zostali wystawieni na ciężkie próby, bowiem ani zespół, ani trener jakby nie mięli ochoty spełniać pokładanych w nich nadziei, a niespodziewane i bolesne porażki jak choćby te z Malagą, czy w Gran Derby na własnym stadionie, powodowały u najodporniejszych bóle serca i stany depresyjne. Zakończyła się pierwsza runda i wydawać się mogło, że pomimo tylu zmian, to w zasadzie nic nie uległo zmianie, do tego znów można było słyszeć wołania o zmianę trenera i konieczne było osobiste wsparcie prezydenta wyrażone osobistą wizytą na treningu pierwszego zespołu. Kołem ratunkowym miało być sprowadzenie do Katalonii wojownika z krwi i kości, który poderwałby zespół i zapewnił mu poczucie własnej wartości. Zawodnikiem tym okazał się wypożyczony z Juventusu holenderski pomocnik Edgar Davids, który szybko zyskał sobie szacunek kibiców i kolegów po fachu, okazał się idealnym rozwiązaniem na bolączki Barçy. W drugiej rundzie mogliśmy zobaczyć zupełnie inną azulgranę, grającą z polotem, szybko, pięknie dla oka, ale co najważniejsze efektywnie, co pozwoliło na wspaniałą serię zwycięstw i finalnie doprowadziło zespół do wicemistrzowskiego tytułu.

Można było odnieść wrażenie, że wszystko już jest w porządku, że kibice doczekali się powrotu wielkości swego ukochanego klubu, że wreszcie został zbudowany nowy i silny zespół, który wymaga tylko niewielkiej korekty, aby sięgnąć po coś co nie udało się przez ostanie 5 lat, aby zdobyć mistrzostwo Primera Division. Jedno jest pewne to co się dzieje przed następnym sezonem w drużynie FC Barcelony nie może być uznane za niewielką korektę, bardziej pasuje tutaj porównanie do placu budowy, na którym nie do końca wiadomo, kto jest architektem, a kto kierownikiem budowy. Zespół opuścili piłkarze będący ikonami dla kibiców, będący kapitanami zespołu, będący symbolami, pupilami, nadziejami - nie ma już Luisa Enrique, nie ma P. Kluiverta, nie ma F. Cocu, nie ma M. Overmarsa, nie ma M. Reiziger, nie ma E. Davidsa, nie ma R. Quaresmy i innych, a przyszłość kilku znajduje się w sferze spekulacji i nie wiadomo, czy dalej będą reprezentować barwy Barçy. Na ich miejsce pojawiło się wiele nowych twarzy, które mają z powodzeniem zastąpić starych mistrzów. Zawodnikami Blaugrany stali się tak znani i cenieni piłkarze jak Eto'o, Larsson, Giuly, Deco, Brazylijczycy: Belletti, Sylvinho, Edmilson. Ogólnie w ciągu niecałych dwóch lat przez zespół przewinęło się w obu kierunkach (do i z klubu) ponad 50 zawodników(!), co powoduje, iż Frank Rijkaard nie ma łatwego życia, zważywszy choćby na to, że nie na wszystkie transfery patrzy przychylnym okiem, a na niego spadnie główna fala krytyki, jeżeli Barça nie będzie odnosić seryjnych zwycięstw. Zadanie jakie ma do wykonania jest niezwykle trudne, choćby ze względu na kłopot bogactwa, na wielu nowych zawodników, którzy potrzebują zgrania. Można powiedzieć więcej - Mister znów musi budować nowy zespół i powstaje wiele pytań; jaki będzie efekt końcowy?, czy znów zostanie zmarnowana jedna runda?, czy znów będzie poszukiwał optymalnego systemu gry?, czy uda mu się pogodzić tyle gwiazd i odpowiednio je ustawić na boisku, czy też czeka nas scenariusz "madrycki"? Na te i wiele innych pytań nie ma prostych odpowiedzi, dopiero czas pokaże jak solidną i funkcjonalną konstrukcję udało się zbudować holenderskiemu trenerowi. Kibice wierzą, iż nie będzie to domek z kart, który ulegnie zniszczeniu przy najmniejszym podmuchu wiatru. Bo czyż z tak wspaniałymi zawodnikami jak Ronnie, Puyol, Deco, Larsson, Iniesta, albo Eto'o można być pesymistą? Na zakończenie przytoczę słowa pierwszego w Barçy Kameruńczyka, który pozując do zdjęcia objął Puchar Europy, mistrzowski PD oraz Copa del Rey i wypowiedział jakże znaczące słowa: "Chcę je wszystkie".
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (0)

Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze