Henrik Wszechmogący
Ludzie modlili się od zawsze. Włoscy mafiosi modlili się do Matki Boskiej Pieniężnej, Holendrzy do Matki Boskiej Zielnej, Polacy do Boga- o uczciwych polityków a Szkoci...Szkoci modlili się do Szweda. Ze skandynawii nie wywodził się nigdy żaden nowoczesny Bóg a składanie hołdów Bjornom bądź innym średniowiecznym bożkom w grę nigdy nie wchodziło. Boga trzeba więc było sobie wymyślić. Jak wyspiarze pomyśleli, tak i zrobili...
W ten sposób narodziła się legenda jednego z najlepszych napastników w historii piłki nożnej- Henrika Larssona.
Urodził się w czasach, gdy ludzie w Polsce nie mieli pojęcia o istnieniu kolorowej telewizji. Miało to miejsce 20 września 1971 roku w miejscowości Helsingborg. Dobry syn i wzorowy uczeń w marzeniach rodziców dorosłe życie miał zapewne spędzić jako biznesmenem, prawnikiem... ktoś kogo dzień kręci się pomiędzy poranną lekturą kursów akcji na Wall Street a siedzeniem na złotym kibelku. Ale on wolał ganiać całymi popołudniami po boisku za piłką, "co przysparzało mi wielu kłopotów"- jak wspomina. Profesjonalną karierę rozpoczął w klubie, którego nazwa jest bardziej skomplikowana od teorii ewolucji- Hogaborgs BK. To właśnie w barwach tego klubu, w wieku 17 lat rozegrał swe pierwsze oficjalne spotkanie. Po roku przeniósł się do Helsingborgs IF. Nie chciał jednak kariery spędzić grając u boku ludzi wywodzących się z krajów, gdzie przez pół roku panuje noc, ani pośród imigrantów z państw, których nazwa kończy się na ‘stan'. 50 bramek zdobytych w 56 meczach otworzyło mu drzwi do piłkarskich potęg.
Tymczasem on wybrał ofertę Feyernoordu Rotterdam. Dzięki niesamowitej skuteczności i dredach na głowie, szybko zyskał sympatię rozmiłowanych w narkotykach Holendrów. Po 4 latach w spędzonych Rotterdamie, gdzie wywalczył dwa puchary Holandii zdecydował się na przeprowadzkę do deszczowego Glasgow. I- jakby powiedział Bogusław Wołoszański- "był to zwrotny moment w jego karierze".
Celtic zapłacił za niego nie lichą kasę- 650.000 funtów- i spodziewał się natychmiastowych efektów. Niestety debiut w biało-zielonym trykocie nie był udany. Celtowie przegrali 2:1. A potem było tylko gorzej. Karierę Larssona zahamowało złamanie nogi, jakiego doznał podczas rozgrywanego w ramach Pucharu UEFA spotkania z Olympicue Lyon. Całe zdarzenie wyglądało na tyle groźnie, że- jak pisała Szwedzka prasa- "na jego widok kilku kibiców zwymiotowało". Nie dziwię się. Wszystko uległo gwałtownej zmianie, gdy fotel szkoleniowca drużyny objął Martin O'Neill. Pozwolił on popularnemu ‘Hence' na rozwinięcie skrzydeł. W przeciągu zaledwie jednego sezonu do siatki rywali trafił 52 razy. Gdyby polscy żołnierze podczas 2 Wojny Światowej mieli taką skuteczność strzału- wojna skończyłaby się po maksymalnie 3 dniach. Nikt też nie musiałby prosić o wsparcie herbaciarzy z Londynu. O'Neill był zachwycony. "Dlaczego ignorujecie dokonania tego chłopaka(Larssona)?"-pytał dziennikarzy. W czasie 7 lat spędzonych na Wyspach Brytyjskich zdobył czterokrotnie mistrzostwo Szkocji, trzykrotnie Puchar Ligi Szkockiej, dwukrotnie Puchar Szkocji, a co najważniejsze- dozgonny szacunek fanów. 242 bramki w 315 spotkaniach to wynik nadludzki. Od tego momentu, koszulki z numerem 7 na plecach nie nosił już Larsson. Nosił ją "Bóg" Larsson.
Gdy na internetowych forach zaczęły pojawiać się posty o treści "Henrik zapłodnij moją córkę" napastnik powiedział "dość". W Szkocji zdobył wszystko, co tylko było do zdobycia. Potrzebował nowych wyzwań. Poprosił więc włodarzy klubu o zgodę na wolny transfer. Otrzymał ją- w ramach podziękowań za zasługi.
W 2004 roku Barcelona potrzebowała klasowego napastnika. Joan Laporta od 12 miesięcy piastujący stanowisko nowego prezydenta ‘Dumy Katalonii' za wszelką cenę odcinał się od dokonań swego poprzednika. Katalonię opuścić musieli więc Patrick Kluivert oraz Javier Saviola- pupile ex prezydenta Barçy Joana Gasparta a jednocześnie jedyni napastnicy w drużynie. To właśnie lukę po nich miał wypełnić Szwed. Prawda okazała się jednak bardziej prozaiczna niż ją malowano- przyszedł, bo był do wzięcia za darmo.
W Barcelonie grać miał przez zaledwie jeden sezon, jednak tak bardzo rozkochał w sobie Katalonie, że gdy listopadzie 2005 roku zerwał wiązadła prawego kolana w szpitalu odwiedził go sam Laporta z propozycją przedłużenia kontraktu. Z zespole złożonym z piłkarzy takich jak Puyol, Xavi, Deco, Ronaldinho, Eto'o czy Messi jest obecnie gwiazdą największą. Trochę przez sentyment, że Wielki Szwed odchodzi na piłkarską emeryturę- ale jednak.
Respekt zdobył nie dzięki modnym koszulom, lecz umiejętnościom czysto piłkarskim. Nie był dostawcą tematów dla prasy brukowej- nie wsławił się jako operator biustu znanych modelek, nikogo nie zgwałcił ani samochodem nie rozjechał. Doskonale strzela z obu nóg, a także z głowy. Profesjonalista i "więcej niż rezerwowy" jak pisze o nim Kataloński ‘Sport'.
Gdy sobotniej nocy ze łzami w oczach przemawiał do 80 tysięcy socios zebranych na Camp Nou był szczęśliwy, "że po 13 latach tułaczki po świecie wraca do domu". Taki właśnie jest. Henrik "Bóg" Larsson. Amen.
W ten sposób narodziła się legenda jednego z najlepszych napastników w historii piłki nożnej- Henrika Larssona.
Urodził się w czasach, gdy ludzie w Polsce nie mieli pojęcia o istnieniu kolorowej telewizji. Miało to miejsce 20 września 1971 roku w miejscowości Helsingborg. Dobry syn i wzorowy uczeń w marzeniach rodziców dorosłe życie miał zapewne spędzić jako biznesmenem, prawnikiem... ktoś kogo dzień kręci się pomiędzy poranną lekturą kursów akcji na Wall Street a siedzeniem na złotym kibelku. Ale on wolał ganiać całymi popołudniami po boisku za piłką, "co przysparzało mi wielu kłopotów"- jak wspomina. Profesjonalną karierę rozpoczął w klubie, którego nazwa jest bardziej skomplikowana od teorii ewolucji- Hogaborgs BK. To właśnie w barwach tego klubu, w wieku 17 lat rozegrał swe pierwsze oficjalne spotkanie. Po roku przeniósł się do Helsingborgs IF. Nie chciał jednak kariery spędzić grając u boku ludzi wywodzących się z krajów, gdzie przez pół roku panuje noc, ani pośród imigrantów z państw, których nazwa kończy się na ‘stan'. 50 bramek zdobytych w 56 meczach otworzyło mu drzwi do piłkarskich potęg.
Tymczasem on wybrał ofertę Feyernoordu Rotterdam. Dzięki niesamowitej skuteczności i dredach na głowie, szybko zyskał sympatię rozmiłowanych w narkotykach Holendrów. Po 4 latach w spędzonych Rotterdamie, gdzie wywalczył dwa puchary Holandii zdecydował się na przeprowadzkę do deszczowego Glasgow. I- jakby powiedział Bogusław Wołoszański- "był to zwrotny moment w jego karierze".
Celtic zapłacił za niego nie lichą kasę- 650.000 funtów- i spodziewał się natychmiastowych efektów. Niestety debiut w biało-zielonym trykocie nie był udany. Celtowie przegrali 2:1. A potem było tylko gorzej. Karierę Larssona zahamowało złamanie nogi, jakiego doznał podczas rozgrywanego w ramach Pucharu UEFA spotkania z Olympicue Lyon. Całe zdarzenie wyglądało na tyle groźnie, że- jak pisała Szwedzka prasa- "na jego widok kilku kibiców zwymiotowało". Nie dziwię się. Wszystko uległo gwałtownej zmianie, gdy fotel szkoleniowca drużyny objął Martin O'Neill. Pozwolił on popularnemu ‘Hence' na rozwinięcie skrzydeł. W przeciągu zaledwie jednego sezonu do siatki rywali trafił 52 razy. Gdyby polscy żołnierze podczas 2 Wojny Światowej mieli taką skuteczność strzału- wojna skończyłaby się po maksymalnie 3 dniach. Nikt też nie musiałby prosić o wsparcie herbaciarzy z Londynu. O'Neill był zachwycony. "Dlaczego ignorujecie dokonania tego chłopaka(Larssona)?"-pytał dziennikarzy. W czasie 7 lat spędzonych na Wyspach Brytyjskich zdobył czterokrotnie mistrzostwo Szkocji, trzykrotnie Puchar Ligi Szkockiej, dwukrotnie Puchar Szkocji, a co najważniejsze- dozgonny szacunek fanów. 242 bramki w 315 spotkaniach to wynik nadludzki. Od tego momentu, koszulki z numerem 7 na plecach nie nosił już Larsson. Nosił ją "Bóg" Larsson.
Gdy na internetowych forach zaczęły pojawiać się posty o treści "Henrik zapłodnij moją córkę" napastnik powiedział "dość". W Szkocji zdobył wszystko, co tylko było do zdobycia. Potrzebował nowych wyzwań. Poprosił więc włodarzy klubu o zgodę na wolny transfer. Otrzymał ją- w ramach podziękowań za zasługi.
W 2004 roku Barcelona potrzebowała klasowego napastnika. Joan Laporta od 12 miesięcy piastujący stanowisko nowego prezydenta ‘Dumy Katalonii' za wszelką cenę odcinał się od dokonań swego poprzednika. Katalonię opuścić musieli więc Patrick Kluivert oraz Javier Saviola- pupile ex prezydenta Barçy Joana Gasparta a jednocześnie jedyni napastnicy w drużynie. To właśnie lukę po nich miał wypełnić Szwed. Prawda okazała się jednak bardziej prozaiczna niż ją malowano- przyszedł, bo był do wzięcia za darmo.
W Barcelonie grać miał przez zaledwie jeden sezon, jednak tak bardzo rozkochał w sobie Katalonie, że gdy listopadzie 2005 roku zerwał wiązadła prawego kolana w szpitalu odwiedził go sam Laporta z propozycją przedłużenia kontraktu. Z zespole złożonym z piłkarzy takich jak Puyol, Xavi, Deco, Ronaldinho, Eto'o czy Messi jest obecnie gwiazdą największą. Trochę przez sentyment, że Wielki Szwed odchodzi na piłkarską emeryturę- ale jednak.
Respekt zdobył nie dzięki modnym koszulom, lecz umiejętnościom czysto piłkarskim. Nie był dostawcą tematów dla prasy brukowej- nie wsławił się jako operator biustu znanych modelek, nikogo nie zgwałcił ani samochodem nie rozjechał. Doskonale strzela z obu nóg, a także z głowy. Profesjonalista i "więcej niż rezerwowy" jak pisze o nim Kataloński ‘Sport'.
Gdy sobotniej nocy ze łzami w oczach przemawiał do 80 tysięcy socios zebranych na Camp Nou był szczęśliwy, "że po 13 latach tułaczki po świecie wraca do domu". Taki właśnie jest. Henrik "Bóg" Larsson. Amen.
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (0)