Czysta magia

O. Kaczmarczyk

22 kwietnia 2007, 11:00

Brak komentarzy
Dla mnie, Polaka, wejście w świat FC Barcelony to jak przejście przez zaczarowane lustro do magicznej krainy, z której nikt nigdy nie chciałby zostać wyrzuconym. Moje podkreślenie - Polaka- nie jest tu wcale tym słynnym narzekaniem, że my tu mamy gorzej, niż oni tam. Nie prawda. Kocham nasz kraj, wiem, że mamy tysiąc lepszych rzeczy niż naród bykobójców, ale jednego im nie odmówię- futbolu.

Czuję się w świecie Blaugrany jak dzieci, które właśnie dorwały najnowszy tom Harry'ego Pottera; z zapartym tchem chcę jak najszybciej poznać dzieje moich bohaterów; to wszystko dopiero się zaczęło, a ja chciałbym już wiedzieć jak to się skończy. To jest jak baśń pisana przez historię, a ja, skromny mugol, chciałbym w nim zaistnieć i poczuć się, choć na chwilę, jak jeden z bohaterów. Nie chodzi mi już o bycie jednym z tych jedenastu, którzy wybiegają na murawę Camp Nou- nigdy nie potrafiłem grać w piłkę, i nawet moja bujna wyobraźnia nie potrafi mnie w tym miejscu ustawić; marzy mi się być prawdziwym Cules, jak Ci w Katalonii, gdzie ich rodziny żyją w tym świecie od pokoleń. Chciałbym żyć w tym świecie.

Muszę to przyznać, chcąc czy nie, prawdziwym kibicem, z krwi i kości, tej wielkiej FC Barcelony, nigdy nie byłem. I nie jestem. To staje się powoli moją obsesją. Tak na marginesie, mam nadzieję, że nie przeczyta tego kobieta, z którą mam się ożenić, bo o ślubie nie będzie mowy. Facet, którego marzeniem jest zostać prawdziwym kibicem Barçy wróży tylko kłopoty. Za każdym razem przykro mi się robi, gdy o tym myślę, ale niestety fakt jest faktem- ja nigdy na meczu Blaugrany nie byłem. I tu właśnie pojawia się ta moja polskość. Oni tam, a ja tu. A to jeszcze nie koniec kłopotów.

Rok temu GKS Katowice walczył o awans do trzeciej ligi. Zafascynowany jak mocno może zaangażować się lokalna społeczność w pomoc dla swojego rodzimego klubu, wybrałem się na decydujący mecz. Siedem i pół tysiąca widzów, wszyscy, bez wyjątku, w żółtych podkoszulkach- to robiło wrażenie. Spotkałem tego dnia dawno niewidzianego kolegę. Zdziwiony, co ja robię na tym stadionie zaczął opowiadać, jak to już trzynaście lat chodzi na mecze GieKSy. Trzynaście lat ze swoich dwudziestu jeden.. Oboje byliśmy podnieceni atmosferą zbliżającego się meczu, jednak on, doświadczony fan z "Blaszoka" szybko dodał coś jeszcze: - widzisz to, co tu się dziś dzieje? To się nie umywa do tego, kiedy przyjeżdża tu Ruch Chorzów.

Marzenia szybko zostały zweryfikowane. Być na meczu FCB to jedno. Być na Gran Derby- oto mój cel! Będę wtedy z czystym sumieniem mógł nazwać się kibicem FC Barcelony. Brzmi brutalnie. Brzmi tak, że grzmi teraz w niejednym polskim domu- to nie ma znaczenia, kocham ten klub jak żaden inny! Ja też go kocham, ale i tak nie zrozumiem tej miłości tak, jak to każdego dnia robią Katalończycy. Miałem przyjemność być na Camp Nou; miałem przyjemność zwiedzić klubowe muzeum; miałem też przyjemność pobyć trochę na ziemi katalońskiej. Spłynęła po mnie łza szczęścia; łza, która oczyszcza ciało i otwiera nowe horyzonty. Ktoś z tego magicznego świata FCB rzucił na mnie czar, kazał iść ich ścieżką i rozpoczynać dzień od sprawdzenia, co tam u nich słychać. Kazał też, choć broń Boże to dla mnie nie jest udręką, siedzieć przed ekranem monitora, ubranym w barwy Blaugrany i oczekiwać na kolejne bramki moich czarodziei. Jestem w tym świecie, tak jak te dzieciaki, kiedy otwierają pierwszą stronę kolejnego tomu powieści J.K. Rowling. Jestem i nie chcę wyjść. Ale muszę jednak wciąż o tym pamiętać. Oni tam, a ja tu.

FC Barcelona to więcej niż klub. To nie tylko slogan. To jak zaklęcie, która każe iść ścieżką wybrańców. Słuszności tego stwierdzenia nie będę tu udowadniał, bo to nie pora i miejsce, a poza tym, po co? To więcej niż klub i basta. Jak nie wierzysz: nagraj się podczas oglądania meczu w TV. Zrozumiesz. Jednak by w to uwierzyć; by rzesze nowych fanatyków z Twojego miasta, z Twojego kraju, z całego świata czuły to samo, musiał odbyć się długotrwały proces, nad którym pracowały pokolenia ludzi, których śmiało można znów porównać do czarodziei. To wszystko jest jak Alicja w krainie czarów. Wyobraźcie sobie sytuacje, skrajną, ale fascynującą. Kilka lat temu, będąc jeszcze młodym chłopakiem, mój znajomy wybrał się pod Barcelonę na obóz dla młodzieży. Jeden z jego uczestników, szatański pomiot, chodził po deptaku w koszulce Realu. Podjeżdża na motorynce, starsza, na oko lat 70, kobieta, podchodzi do niego, spluwa na koszulkę, krzyczy coś w tym nieznanym dla nas języku i odjeżdża. Nie możliwe? A jednak. (W sumie to było prowokować?) Kilka lat później, gdy trafiłem w te rejony zrozumiałem to doskonale. Tu wszystko kręci się wokół tej drużyny. W każdym zakątku Katalonii kipi od bordowo-granatowych barw; wszędzie mówi się o ich ulubieńcach: Ronaldiniach, Messich czy Xavich. To jest ich całe życie. Bo FC Barcelona to więcej niż klub.

Nie każdego stać jednak, trafić, choć raz do Katalonii. Mnie się udało, jestem szczęściarzem, choć nie wiem, kiedy znów to nastąpi. Mam cel do wykonania. Tak jak muzułmanin musi, choć raz w życiu, udać się do Mekki, ja chcę nazwać się Cules. Chcę zobaczyć mecz Barçy z Realem na własne oczy. To moje największe wyzwanie. To moje największe marzenie. Nie będę miał tego, co oni mają na co dzień. Ale choć raz poczuje na własnej skórze oddech magii. Być może za kilka, może kilkadziesiąt lat będę miał to pod nosem: GKS stanie się więcej niż klubem, tak jak i Barça, ale jestem tego świadom- mogę tego nie dożyć.

Nie mam tego, co oni tam w Katalonii, a jednak coś mnie od nich nie może uwolnić. To czary? Tak, magia zwana marketingiem. Brudne to słowo. Zabijające wszystkie uczucia. Marketing równa się dążenie za wszelką cenę do uzyskania jak największych przychodów. Dlatego wolę pozostać przy magii; praca setek ludzi w klubie, którego kochają miliony ludzi na całym świecie, to coś więcej niż zarządzanie dochodami. To raczej fundacja, która niesie za sobą uczucia nie do zastąpienia: euforii i smutku, zwycięstw i upokorzeń, ale przede wszystkim fundacja, niosąca za sobą miłość i fascynacje. Tego nie da się kupić za żadne pieniądze świata. Chciałbym tu od razu sprostować. Tak naprawdę, to moje prywatne ambicje nie mają tu znaczenia. Miliony fanatyków Barçy to Cules z krwi i kości. Nie zabiorę Wam tego. Kochacie tak jak ja kocham. Cieszycie się tak jak ja się cieszę. Płaczecie.. no właśnie, płaczecie tak samo jak ten mały, Leo na stadionie w Tokio. Prawdziwym łzami, bo Barça przegrała. Płaczecie tak jak ja płacze. Ja tylko wymagam od siebie czegoś więcej; motywuje się, by za wszelką cenę poczuć na skórze oddech Derbów Europy.

Nie mogę przejść obojętnie obok tego chłopca. Kiedy przeczytałem o zachowaniu władz klubu i zaproszeniu go do Katalonii, byłem zauroczony. Odszedłem od monitora, usiadłem na kanapie i wpadłem w zadumę. Romantyczna opowieść o spełniających się marzeniach. Pewnie- przyznaje się od razu- pod zamkniętymi powiekami widziałem na tym miejscu siebie: jak wchodzę do szatni przed treningiem, jak ściskam dłoń Carlesa Puyola, jak wbiegam na murawę Camp Nou- chciałem w tym momencie mieć skośne oczy, mieć siedem lat i płakać wraz z ojcem na przemokniętym stadionie. Szybko jednak otrzeźwiałem. Poczułem dumę. Wybiegłem z pokoju pochwalić się matce: - popatrz mamo! Czy gdzieś indziej mogłoby dojść do takiej sytuacji? Bo FC Barcelona to coś więcej niż klub.

Nie mam złudzeń. To był zabieg marketingowy. Teraz tysiące dzieciaków będzie liczyć, że i oni któregoś dnia zostaną zauważeni i zaproszeni przez władze klubu. To jednak szybko się nie powtórzy, ale uwagę kibiców z pewnością przykuwa. Zabieg marketingowy? Nie, to zwykłe czary. Bo oni nie szukali tego "eventu", o którym mowa w filmie "Testosteron". Event pojawił się w przypływie emocji i jestem tego stuprocentowo pewien, że spontanicznie też został wykorzystany do promocji naszego klubu. Przede wszystkim jednak spełniło się marzenie dzieciaka, który do końca życia będzie wiernie oddany Dumie Katalonii.

No właśnie- oddanie. To dokładnie to, czego nie ma żaden klub w Europie. Chelsea Londyn ma pieniądze. Ale czy wyobrażacie sobie ludzi Romana (ostatnio coś to imię wyraźnie kole w oczy), którzy wpadają na pomysł tak jak ten z chłopcem z Japonii? Nie. Oni potrafią wydawać pieniądze. Robią tak z piłkarzami, kupując ich na pęczki, robią tak z kibicami: jedni pojawiają się wraz z kolejną kupioną gwiazdą, inni odchodzą wraz z odejściem lub zgaśnięciem innej. Ale gdzie to oddanie? Wszystko zaczyna się i kończy wraz z pojawieniem się atrakcyjniejszej kwoty na kontrakcie. Ale pamiętajcie: "nie ma sianka, nie ma granka". Podałem przykład Chelsea. Takich klubów jest więcej. Ten jest najbardziej dostrzegalny.

Oddanie. Lata historii, lata czarodziejskich wpływów ludzi od "czarnej magii" i pieniądze schodzą na dalszy plan. Aż ciśnie się na usta od razu, bo ciepłe to wszystko jeszcze, postać Leo Messiego. Bohater ostatnich derbów jednoznacznie ucina wszystkie spekulacje transferowe. -Póki Barça nie zrezygnuje z moich usług, zostanę w Katalonii. Mam ten klub w sercu, tak dużo mu zawdzięczam. To wszystko jest zaplanowane, to wszystko jest tym brudnym marketingiem, ale powiedzcie mi proszę, który klub ściąga z Argentyny trzynastoletniego chłopca, który nie wybija się nadzwyczajnym talentem, sprowadza wraz z nim całą rodzinę i jeszcze finansuje kosztowną operację dla jego wujka? Marketing marketingiem, czary czarami. Czarują wszystkich byciem czymś więcej niż klubem.

Nie wiem, nie znam się. Jednak wyobrażam sobie, że kiedy zarabia się rocznie 3 miliony euro to suma kontraktu nie ma już tak wielkiego znaczenia. Wiem- tu potrafię sobie to wyobrazić- apetyt rośnie w miarę jedzenia, ale to już na pewnym poziomie są tylko cyfry. FC Barcelona płaci swoim zawodnikom i tak niebagatelne pieniądze; kontrakty są, że tak powiem, na światowym poziomie, ale nijak to się ma do Chelsea. Więc czemu większość graczy wybierze przejście do Barçy? Bo oddania, historii i miłości milionów nie da się kupić. Oni tu grają nie tylko dla pieniędzy. Od małego dziecka działacze, czarnoksiężnicy z Krainy Blaugrany, hipnotyzują kolejne pokolenia młodych adeptów futbolu. La Masia. I jak tu znów nie odwołać się do świata Harrego Pottera? La Masia to urzeczywistniony Hogwart; szkoła czarodziei, w której każdy chciałby się znaleźć. Ten owiany tajemniczością, elitarnością a przede wszystkim fachowością ośrodek, XVIII-wieczny budynek nieopodal stadionu, to miejsce gdzie wychowali się tacy piłkarze jak Josep Guardiola, Carles Puyol czy Victor Valdés. Czy potrzeba tu jakichkolwiek rekomendacji? Tak jak już wspominałem: ja i piłka gryziemy się ze sobą od małego; mam kalectwo piłkarskie od urodzenia- niestety- a jednak znów romantycznie zapędzam się w świat marzeń, przenoszę się do lat dzieciństwa wyobrażając sobie jak po treningu siadam na obiedzie przy Carlesie:- ciężko było, co Carl? I tak właśnie marzą dzieciaki we wszystkich zakątkach świata.

To tylko hipoteza, ale gdyby zebrać setkę siedemnastolatków od Andory po Meksyk, to dziewięćdziesięciu z nich powie, że ich marzeniem jest gra w FC Barcelonie. Przypadek? Nie, to czysta magia. (Dziesięciu powie, że w Realu, ale oni nie potrafią grać w piłkę- żart). Marzeń nie da się zastąpić pieniędzmi. Bo za pieniądze nie kupisz miejsca w wyjściowej jedenastce na mecz z Realem. A który piłkarz o tym nie marzy? To najwyższa sztuka marketingu, której Roman A. nigdy nie osiągnie. Bo pieniądze to nie wszystko.

Mam wciąż wrażenie, że ja nie jestem kibicem piłkarskim. Jestem jednym z członków wielkiej rodziny, w której ojcowie- czyt. zarządzający FCB- dbają o nasz wspólny interes. Ja dopiero wkraczam do tego świata; "urodziłem" się przed kilkoma laty, wiem już gdzie się znajduje, ale wciąż jestem maleńkim dzieciątkiem, który do końca nie rozumie znaczenia słów FC Barcelona. Przekazywana w domach katalońskich wiara i miłość do Blaugrany, jest niczym sztuka Kung-Fu w klasztorze Shaolin. Im dłużej ją poznajesz, tym bardziej ją doceniasz i szanujesz. To kolejna rzecz, której nie da się kupić za pieniądze- historii.

Tak jak w Shaolinie, tak w Barcelonie to wszystko miało na początku charakter regionalny. Uczucia, które wzbudza futbol są potężne, jak czary wielkich czarnoksiężników. Wiara w moc trzech literek - FCB, szybko rozrosła się najpierw na cały kraj, później na Europę, a dziś już na cały świat. Nie oszukujmy się. Gdyby nie ten rozrastający się w niebywałym tempie postęp cywilizacyjny, w Meksyku dalej nie słyszano by o Dumie Katalonii; dzieciaki nie chciałyby się uczyć w Hogwarcie piłki nożnej; byłby to zwykły klub. To Internet, telewizja czy radio daje nam możliwość obejrzenia czarodziejskich sztuczek Ronniego, bramek Messiego z Realem, czy dokładnych podań Xaviego. Tam gdzie media, tam i pieniądze; tam gdzie pieniądze, tam wyzysk. Tylko, że ja wydając 100 euro (koszt koszulki + przesyłka) na najnowszy model stroju Blaugrany nie czuje się, ani przez moment, oszukany. Ja wiem, że moje pieniądze zwrócą mi się już przy najbliższej kolejce ligi hiszpańskiej, kiedy to zasiądę w nowym trykocie i będę zachwycał się poświęceniem piłkarzy. Czy to jest marketing? Jeśli tak, to ten z najwyższej półki, ale ja wciąż będę się upierał, to jest czysta magia.
Pieniądze w sporcie są i to coraz większe. Są potrzebne- bez nich ani rusz. Ale tylko jeden klub przez cały okres swojego istnienia nie miał komercyjnej reklamy na swoich koszulkach. Przez ponad sto lat piłkarze na Camp Nou reklamowali tylko jedno- miłość i pasję. Do futbolu, do Katalonii, a przede wszystkim to bordowo-granatowych barw. Dziś, kiedy pod herbem Blaugrany znajduje się również logo UNICEF-u można znów uderzyć się w pierś. Który klub na świecie mógłby sobie na to pozwolić? Ba! Który klub na świecie mógłby to wymyślić? Tylko jeden- czarodziejska Barça.

To znów jest ten brudny marketing. To znów akcja mająca na celu wzbudzenie uwagi milionów ludzi na taką firmę jak FC Barcelona. Ale z ręką na sercu to powiem- jestem z tego dumny. To dwie pieczenie na jednym ogniu, a pomoc w tak szczytnym celu jest tylko dowodem na jedno- ten marketing to najwyższej klasy magia. Nie wiem jak Wy, ale ja dalej chcę być zahipnotyzowany.

Tylko wciąż spływa mi po policzku łza. Łza, co nie pozwala być do końca szczęśliwym. Oni tam, a ja tu. Dziękuje FC Barcelonie, za każdą strzeloną bramkę, za każde zdobyte trofeum; dziękuje również za każdą porażkę. Daje mi ten klub tyle wspaniałych uczuć, że nie sposób ich nie docenić. Tylko wciąż płynie ta łza. Nie byłem na wielkich Derbach Europy..
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (0)

Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze