Rozrachunki

Marcin Karwat

17 października 2007, 11:23

Brak komentarzy
Ciągle myślę o poprzednim sezonie. Z uporem maniaka wracam do tego, co bzdarzyło się wprawdzie niedawno, ale co dla kogoś o zdrowym podejściu kompensacyjnym powinno było wymazać się z pamięci natychmiast, patrząc na to, co dzieje się obecnie (a dzieje się przecież znakomicie!). Bez przerwy spoglądam jednak w przeszłość, zastanawiając się, jak to możliwe, że zespół, który dopiero co zawojował Europę w styl dotąd niespotykanym, zachwycającym, już po roku przegrał wszystko, co było do przegrania. Planowałem nawet wizytę u specjalisty diagnozując wcześniej, że te ciągłe myślowe zerkania wstecz mogą być wynikiem jakiś masochistycznych upodobań, a rozmyślania o porażkach - to chęć samowpędzenia się w nastrój fatalistyczny. Stanęło w końcu na tym, że mam naturę rozrachunkowca (sic!); jak nie zamknę przeszłości, nici ze smakowania współczesności, jak nie prze-, zna-, roz-, wy- (*analizuje - wstawić można wszędzie), tego co się wydarzyło, diabli wzięli uczestnictwo w tym co tu i teraz.

Ale zrozumieć poprzedniego sezonu nie sposób. Osobiście uważam, że nikt nie powinien dostać tytułu, tron powinien zostać pusty. Rywalizacja Barçy z Realem to był pojedynek dwóch słaniających się bokserów wagi ociężałej, a zwycięzcą trzeba było ogłosić tego, kto krócej leżał na deskach - bo oboje byli znokautowani. Real nie wygrał tego mistrzostwa - bo zwycięzcy nie wnoszą dziękczynnych modłów, gdy odchodzi "wygrany" trener, nie ogłaszają wielkich planów przebudowy zespołu, nie powołują co rusz sztabów kryzysowych. Real nie wygrał - to Barça przegrała. I to sama z sobą. Nie przez wyjątkową złośliwość Losu w postaci uciekających w ostatnich akcjach punktów, czy też cudownych zwycięstw Realu, gdy było to niemal niemożliwe. Barça przegrała, bo wygrywać nie mogła. Już nie. Zespół z tak zaburzoną równowagą, rozchwiany, asymetryczny nie miał prawa już zwyciężać. Bo obok zawodników absolutnie znakomitych, wyjątkowych pętały się miernoty, wyraźne słabiaki. Zespół stał okrakiem między Deco, czy Eto'o, a Edmílsonem, Mottą, Gio, Sylvinho. W czasach zwycięstw Ci wielcy grając na swoim znakomitym poziomie w jakiś niewytłumaczalny sposób sami uwznioślali tych słabszych, sprawiali, że ten i owen zwykle mający problemy z
nieszablonowym zagraniem nagle popisywał się sztuczkami godnymi prawdziwych mistrzów, przeskakiwał własne możliwości, wychodził z siebie. I odwrotnie: Gdy nie szło przeciętniaki wracali do swojego pierwotnego stanu nijakości, którego szczytowym pułapem może być jedynie doprowadzone do doskonałości wyrobnictwo. Co gorsza, pociągali też za sobą tych lepszych, prawdziwe wirtuozów, którym nagle pętały się nogi, którzy ni stąd ni zowąd popadali w bezsilną niemoc. Barça nie przegrała pechowo - to skonkretyzowane Fatum w postaci Tamudo, czy Sobisa tylko unaoczniło jakąś dziwaczną niemoc zespołu, dla którego nieosiągalne stało się to, co jeszcze niedawno przychodziło z wyjątkową łatwością. To rozdarcie
między wielkość, a przerażającą przeciętność miało też swoją twarz: Valdésa - od herosa z finału do pokraki w meczu z The Reds.

Istnieje jednak jeszcze jeden aspekt tej sinusoidowości Barçy. Czasami myślę, że tego zespołu nie można oceniać tradycyjnie, jak innych rozliczać narzędziami dziennikarsko - kibicowskimi. Barça jest trochę zespołem wymyślonym, nieistniejącym naprawdę. Imaginacją. Drużyną widmo. Mam nieodparte wrażenie, że w umysłach Culés funkcjonuje nie jako zespół prawdziwy, ale wyobrażenie o nim. Barça od czasu do czasu potrafi wznieść się na wyżyny piłkarskiego kunsztu, dla rywali - nawet najlepszych - niedostępnego. Nie chodzi o bramki, czy zwycięstwa. Chodzi o to, że potrafi zaczarować grę, usakralnić ją, zrobić z meczu misterium kunsztu, wyobraźni, wolności. Taka gra - nieosiągalna dla innych - robi z futbolu nie sport, ale zapierająca dech w piersiach sztukę. Nawet Barça nie może jednak utrzymać takiego poziomu na dłużej, bo prawdziwe uniesienie osiągnie tylko na chwile i to przy szczęśliwym zbiegu okoliczności. Potem wraca do poziomu normalnej drużyny - ze swoimi wzlotami i upadkami, lepszymi i gorszymi momentami. Kibic, który dopiero co doświadczył niezwykłej magii będzie czuł się wtedy jak wyrwany z cudownego snu, będzie chciał doń powrócić - bo piękno jest jak narkotyk, pragniesz go więcej i więcej. Cule będzie marudził nawet po zwycięstwie, jeśli będzie to "tylko" zwycięstwo, będzie kręcił nosem po bramkach, których nie dotknęła boska ręka geniuszu. Tam, gdzie normalny kibic zacierałby ręce dopisując trzy punkty w tabeli, Culé odejdzie lekko struty, że niby dobrze, ale jednak nie to. Barça istnieje przez pryzmat własnej wielkości, śni sen o sobie samej - i chyba to wyróżnia ją wśród
innych. Ma to jakiś wymiar fatalny, że nie możesz być sobą, że musisz być własną doskonałością, niedostępną dla innych magią. Jestem przekonany, że Blaugrana nigdy nie będzie hegemonem, nie stworzy dynastii, jak Milan, dla którego kolekcjonowanie trofeów jest już zwykłą, nudną powinnością. Zaprzeczyłaby samej sobie. Bo nie chodzi o osiągnięcie i ustabilizowanie się na jednym, wysokim poziomie. Chodzi o to, by ten poziom - dla innych szczytowy - pokonać, choćby na moment przeskoczyć własny cień. Nawet płacąc cenę chwilowości, nawet mając świadomość, że poezję za jakiś czas trzeba będzie zamienić zwykłą prozą.

Wizja to moja prywatna, całkowicie autorska. Ale mam wrażenie, że nieobca też obecnym włodarzom. Dokonali latem zakupów doskonałych. Słabych zastąpili świetnymi. Dla mnie Barça zawsze była przestrzenią dla artystów, prawdziwych poetów. Oddychając tamtejszym powietrzem rozkwitali, rozwijali skrzydła osiągając znakomitość graniczącą z doskonałością. Nie jestem przekonany, że Ronnie stałby się fenomenem wszędzie. Istnieje teoria, że każdy zależny jest od otoczenia, rozwija się poprzez kontakt z innymi. Barça hołubi artystów, wychodząc ze słusznego założenia, że mogą wznieść ją tam, gdzie inni nigdy nie będą. Mądrość Laporty polegała na tym, by Gaúcho - który bądź co bądź trafił na Camp Nou dość przypadkowo - otoczyć podobnymi wyjątkowościami. By sam się rozwijał i wzbogacał innych. W osamotnieniu jego talent na nic by się zdał, potrzebował magii - odbicia własnego. I dostał. Z jakimi skutkami - dobrze wiemy. Barça zawędrowała na poziom niebotyczny, nieosiągalny dla innych. Teraz ma szansę nań powrócić, pobudzona świeżą krwią o niezwykłej piłkarskiej szlachetności. Jest na najlepszej drodze. I nie tylko dzięki znakomitym zakupom, ale i własnej edukacji. Bo Ronnie zaszczepił magię młodym wychowankom, pokazał, że można wdrapać się na szczyt umiejętności, osiągnąć doskonałość. Messi, czy Dos Santos coś od niego odziedziczyli, przejęli jego cząstkę magii. Stawiam tezę, że bez jego obecności ich geniusz nie rozkwitłby tak znakomicie. I choćby za to należy mu się bezwzględny szacunek.
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (0)

Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze