W ciszy stadionu. Remis w pierwszych GD - wynik najlepszy z możliwych

Karol Chowański 'Challenger'

19 kwietnia 2011, 21:16

1 komentarz

Za nami pierwsze z czterech GD. Czy mogło być lepiej? Zawsze może być. Tym razem* El Clásico ułożyło się tak, że wszyscy mogą być po nim zadowoleni.


Real - bo uniknął kompromitacji takiej jak jesienią (nie przyznałby się żaden madridista, że w głębi serca drżał o to każdy). Barça - bo utrzymała bardzo komfortowe prowadzenie w tabeli na ledwie sześć kolejek przed finiszem rozgrywek. Wyglądające tym bardziej optymistycznie po zerknięciu w grafiki obu klubów do ostatniej kolejki...

Też miałem przed meczem nadzieję na zwycięstwo. Szóste Derby wywindowałyby rekord zwycięstw z rzędu na poziom kosmiczny. Licznik zamknięty na nie mniej rekordowych pięciu spokojnie mi jednak wystarcza; remis brałem w ciemno. Albowiem już po meczu powtórzę za Guardiolą, że "remis zrobi dobrze nam wszystkim".

Remis daje pokorę i koncentrację, którymi zwycięstwo mogłoby zachwiać

"Nam wszystkim", czyli nam-fanom. Remis po zaciętym pojedynku przypomina, że "manita" to już historia, Real to silna drużyna, a Mourinho nigdy nie należy lekceważyć. Zbyt wielu culés ostatnio o tym zapomniało. Wiem, takie rzeczy zapomina się łatwo, chętnie i błyskawicznie. Ale Gran Derbi rządzą się swoimi prawami. Nawet Real zraniony poprzednim blamażem, w formie współcześnie chimerycznej - zawsze będzie dla Barçy przeciwnikiem groźnym, niewygodnym i radykalnie zmotywowanym.

"Nam wszystkim", czyli nam-probarcelońskim mediom również. Trudno ocenić, jak wielka fala euforii przelałaby się przez mediosferę po zwycięstwie Barçy już w pierwszym pojedynku z tej czteroodcinkowej telenoweli. Czy byłoby to demotywujące dla piłkarzy? Niekoniecznie. Ale na pewno nie byłoby niczym potrzebnym; skoro każda z kolejnych 3 rund będzie ważniejsza.

"Nam wszystkim", czyli przede wszystkim - z punktu widzenia Pepa - nam-piłkarzom. Wypowiedzi barcelonistów przed sobotnim meczem mieściły się moim zdaniem spokojnie w ramach pokory i szacunku dla wielkiego rywala. (Szczególnie jeśli wspomnimy sobie, co obóz madrycki głosił przed pamiętnym 2:6 i jesienną "manitą"...) Jednak pokora, koncentracja totalna i maksymalny poziom motywacji wymagają hodowli regularniejszej niż najwrażliwsze kwiecie skoro ulatywać lubią łatwiej niż tanie perfumy.

Po remisie na Santiago Bernabéu wątpliwości nie ma - piłkarzom Barçy zupełnie to nie grozi. Taki wynik wpadanie w samozachwyt eliminuje. Skalę motywacji przechodzącą nieomal w "sportową złość", najlepiej wyraził Xavi. "Madryt nie chciał grać w piłkę", bez ogródek stwierdził piłkarz zwyczajowo będący za mikrofonem wzorem dyplomatycznej powściągliwości... Bądźmy zatem spokojni, gdyż nie ma Barçy groźniejszej niż Barça zawzięta.

Mecz, który można było wygrać?

Kwestia motywacji absolutnej przed pojedynkami w Pucharze Króla i Lidze Mistrzów ma znaczenie tym większe, że prowadząca 1:0 Barça nie zdołała tego meczu "zamknąć".

Czy należy przywiązywać do tego ogromną wagę, siać defetyzm i częstować piłkarzy stosem pretensji? Oczywiście, że nie. Pomimo mało skutecznych Villi, Pedro i Iniesty, pomimo oddziału rehabilitacji w szeregach barcelońskiej obrony, pomimo rozdających prezenty Keity i Maxwella - Real zdołał "tylko" zremisować... u siebie. Nie chciałbym zabrzmieć jak niepoprawny optymista, ale z punktu widzenia culé moim zdaniem to całkiem nieźle.

Oczywiście, w poprzeczkę uderzał Xavi, Villa podał piłkę Casillasowi zamiast w idealnej sytuacji zdobyć bramkę, Afellay nie musiał strzelać w środek, a mecz można było wygrać nawet w 92. minucie. Spróbujmy się jednak z empatią wczuć się w emocje piłkarzy Barçy towarzyszące im przy prowadzeniu:
Szóste zwycięstwo z rzędu. Jedenaście punktów ligowego komfortu. Pół godziny z przewagą jednego zawodnika...

Nic dziwnego, że w sercach podopiecznych Pepa niedyskretnie zagościła arkadia, humanitarnie marnowali oni znakomite sytuacje bramkowe, a po zejściu Puyola szeregi obronne powszechnie nawiedziła dezynwoltura. Mimo to, wszystkim czego na własnym boisku potrafił dokonać Real na czele z tym, który strzelałby nawet z autu gdyby było to dozwolone - była bramka z mocno dyskusyjnego karnego.

Po takim rozstrzygnięciu Guardiola już zadba o to, by straty pod własnym polem karnym z ostatniego kwadransa rodem - nie powtórzyły się w pojedynkach pucharowych... No i nie zapominajmy, że wynik "dwa do jednego" miał na nodze nie tylko Villa w 70. minucie. Wystarczyłoby trochę więcej zimnej krwi u Samiego Khediry, by trzy punkty zostały w Madrycie.

Remis przypomni piłkarzom Barçy znacznie dosadniej niż najskromniejsze nawet zwycięstwo, że ważniejsze od ligowego pojedynki na arenach CdR i LM - zawsze mogą się skończyć korzystniej dla drużyny ze stolicy. Można chyba zaufać Guardioli, że jego podopieczni dobrze to zapamiętają.

Szanse Barçy w oszczędzonych siłach i słabościach Realu

Całe szczęście, że Albiol nabrał kreatywnie obłędnej ochoty na podduszenie Villi - jak widzieliśmy po starciu Casillasa z Villą, banalne faule w polu karnym Realu tego dnia kończyły się niczym. Zostawmy jednak łamom Marki ocenę dokonań pana Muñiza Fernándeza i nurków rycerzy w bieli, i skupmy się na konkretach. Nie ma bowiem wątpliwości, że doczekaliśmy pięknych czasów, gdy wywalczony na własnym boisku remis z mającą 8 punktów przewagi w ligowej tabeli Barceloną napawa euforią nie tylko kibiców (sic!) Realu, ale także promadrycką prasę.

Wydaje mi się to co najmniej dziwne. Fakty są bowiem dla madridistas jednoznacznie przykre. By choćby liczyć na jakikolwiek korzystny rezultat, nikt nie widzi nic dziwnego w tym, że mający najdroższą drużynę na świecie trener potrzebuje "szamanić" nad murawą , urządza sobie kolejne kpiny z mediów dla podemonstrowania jak pokrzywdzona jest jego drużyna, a potem posyła w bój siedmiu graczy defensywnych, rezygnując ze swojego najbardziej kreatywnego piłkarza! Interesująca taktyka na mecz, który Merengues musieli wygrać by ocalić nadzieję na mistrzostwo ligi. Poza tym, mówimy mimo wszystko o gospodarzu El Clásico, więc zaskoczenie taktyką mogło być większe niż widok rowerzysty na Wisłostradzie. Mało tego, w obozie promadryckim ani przed, ani po meczu - nikt nawet nie zająknął się o możliwości innego ustawienia drużyny. Wygląda na to, że jesienna manita na Bernabéu zapadła wszystkim w pamięć mocniej niż wynikałoby to z publicznych wypowiedzi prezesa, dyrektora, trenera i piłkarzy Realu.

Wszystko to tak naprawdę stanowi osobliwy, pokręcony, madrycki sposób na przyznanie racji barcelońskiej dominacji już przed pierwszym gwizdkiem. Mourinho zaakceptował, że na normalną rywalizację z Barçą jego drużyna nie ma szans. Potencjał ofensywny Xaviego, Iniesty i Messiego musi być na Concha Espina nieustannym powodem migreny. Gdy akceptację i zadowolenie z 24-procentowego posiadania piłki nałożymy na sierpniowe zapowiedzi o "drużynie ofensywnej i atrakcyjnej", uzyskamy paradoksalne podsumowanie procesu urzeczywistniania madryckich nadziei: ta Barça sprawia, ze w madridismo apetyt... maleje w miarę jedzenia. Nie tylko na trenerskiej ławce, ale także w madryckich redakcjach i komentarzach kibiców. Bilans 17:3 widocznie robi swoje.

Pytanie brzmi: czy w Madrycie rzeczywiście jest się czym cieszyć? To, że Barça nie rzuciła na Bernabéu wszystkich swoich sił, widać było nie tylko w oszczędnej determinacji pod bramką Casillasa, a przede wszystkim w odpuszczonym w drugiej połowie pressingu. Ktoś gdzieś wrzaśnie wnet: "Zaraz, zaraz! Jak to: odpuszczonym?!", ale dla każdego, kto oglądał rewanż z Arsenalem jest jasne, klarowne i oczywiste, iż Blaugrana nie grała drugiej połowy z Realem na 100% swych możliwości. Szczególnie po objęciu prowadzenia. Na ile grała? To już tajemnica piłkarzy... Myślę, że oddaje to wyrachowanie Guardioli, który postanowił** wysondować aktualne możliwości Realu by zdobytą wiedzę wykorzystać w nadchodzących grach i przed meczem sobotnim (lubo w przerwie) zachęcił swych piłkarzy, by zwyczajnie się nie przemęczali. Jasne, dla fanów Barçy może to brzmieć niemal jak herezja, fani Realu elokwentnie to zignorują - wątpiącym w tę tezę polecam po prostu oglądnąć ponownie mecz. Po czym przypomnieć sobie gościny w Katalonii Arsenalu lub derby jesienne.

Wydaje się, że pod nieobecność Mascherano - to Mourinho składem wyjściowym i zmianami odsłonił więcej kart przed środą. Zgadzam się oczywiście, że świetnie zagrał Pepe; zobaczymy jednak czy w obliczu absencji Albiola zagra w finale CdR na tej samej pozycji. Wracając do Barçy - nie powinniśmy mieć przeciw takiej taktyce Pepa wiele przeciwko, skoro "remis w Madrycie to zawsze dobry rezultat", a najważniejsze z odcinków tej serii dopiero przed nami. Grający przed własną publicznością Real niewątpliwie nabiegał się w sobotę więcej; szczególnie po zejściu Albiola. Stawia to Barçę w sytuacji dyskretnie bardziej komfortowej od rywala przed kolejnymi odcinkami tej serii. Będzie wyczerpująco, będzie ekscytująco a zadecydują niuanse.

Gdy remis smakuje Realowi jak mistrzostwo świata

Liga nie jest jeszcze rozstrzygnięta, culés pozostają cierpliwi - ale optymizmu Valdano podzielać nie musimy. Rezultat oznaczający, że trzeci z rzędu tytuł mistrzów Hiszpanii jest na wyciągnięcie ręki, sprawia, że w lepszych humorach opuszczać musieli Bernabéu gracze Blaugrany; a przerwanie passy zwycięstw było dla Realu mimo wszystko bardziej gorzkie niż słodkie.

Choć obie drużyny miały porównywalną ilość sytuacji bramkowych, przytłaczająca przewaga Barçy była miejscami jeszcze bardziej widoczna niż w meczu na Camp Nou. Całe spotkanie przypominał prędzej rzeczony rewanż Barçy z Arsenalem niż zacięte pojedynki Realu z Barceloną sprzed lat. Oczywiście, że ktoś Barcelonie nieżyczliwy może sobie podkpiwać, że 76% posiadania piłki nie gwarantuje wygranego meczu. Trudno się nie zgodzić. Jednak nikt nie powinien zapominać, że wobec tego kwestią dyspozycji wieczoru pozostaje, czy taka dominacja w grze... kończy się dla Barçy remisem czy 5-bramkowym triumfem.

A to oznacza wniosek uniwersalnie banalny: w każdym z 3 kolejnych meczów FC Barcelona będzie panem swojej sytuacji, podczas gdy Real pozostaje zależny tak od dyspozycji własnej, jak i dyspozycji rywala. Nie trzeba dodawać, jak nieprzyjemna musi to być sytuacja nie tylko dla Mourinho, ale przede wszystkim dla samych madryckich piłkarzy. Wszak kiepska to motywacja, gdy ustawieniem taktycznym (precyzyjnie zanalizowanym przez portal Zonal Marking) trener sygnalizuje wprost, że potencjałowi ofensywnemu swych podopiecznych zwyczajnie nie ufa.

Barcelonismo takich problemów nie ma. Na wszystkie inne spróbuje pomóc wracający do składu Javier Mascherano. Wreszcie, gorsze Derby raczej nie przytrafią atakowi Barçy (z Messim, mimo wszystko, włącznie).

O tak, finał Pucharu Króla wydaje się wymarzonym momentem by MVP rozwiązało wreszcie tak skrywany ostatnio worek z bramkami!



PS. Derbowa gorączka newsów rządzi się swoimi prawami:), więc jeśli umknęło Wam poprzednie "W ciszy...", wyjątkowo zapraszam tutaj [KLIK!].



* Na pewno nie można tego powiedzieć o pamiętnym 3:3 z marca 2007 roku.
** Przecież Pep także wiedział, że mecz na Bernabéu nie decyduje bezpośrednio o rozstrzygnięciu Ligi i nawet ew. porażka będzie do przetrawienia.


/ Na zdjęciu José Mourinho wita przed sobotnim meczem wychodzącego z tunelu Pepa Guardiolę /

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (1)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze