Katalońska pamięć. Pierwsze zwycięstwo wolnej Katalonii

robertinho

24 lipca 2010, 18:20

25 komentarzy

Był maj, 1979 roku. Minął prawie rok, odkąd na fotelu prezydenta klubu zasiadł Josép Lluis Nuñez. Nie był to jednak dobry okres pod względem sportowym. Zaledwie piąta pozycja w lidze i dziewięciopunktowa strata do Realu, który te rozgrywki wygrał. W Pucharze Hiszpanii porażka już w pierwsze rundzie z Valencią, co zaowocowało szybkim zwolnieniem francuskiego trenera Luciena Muellera i zastąpieniu go przez innym były zawodnikiem Barçy - Joaqiumem Rifé. Nuñez wiedział, że potrzebuje jakiegokolwiek triumfu, by mieć szanse przetrwania na stanowisku. Jego slogan wyborczy "Dla triumfalnej Barçy" wyglądał na spalony na panewce. Sytuacja wewnątrz klubu również nie wyglądała kolorowo, co dobitnie potwierdzały słowa prezydenta w tamtym okresie: "Jedynymi rywalami powinny być inne drużyny. W klubie nie powinno być wrogów".

Jednakże pomimo słabych występów w lidze i wewnętrznych podziałów w klubie, katalońscy politycy trwali we wspieraniu Barçy na masową skalę. Dla Katalończyków, była to kluczowa walka o uzyskanie tego, o co walczyło wielu z nich po śmierci Generała Franco: odbudowanie autonomicznej niezależności. Było to następstwo pierwszych, demokratycznych wyborów w stolicy, po których wyrażono zgodne na przyznanie uprawnień samorządowych poszczególnym regionom kraju i Katalonia była w trakcie przygotowań do wybrania swojego rządu. Jednocześnie, FC Barcelonie udało się dotrzeć do finału Pucharu Zdobywców Pucharów i ewentualne zwycięstwo w tych rozgrywkach, byłoby niczym młyn na wodę dla całej Katalonii. Dobitnie pokazałoby, że Katalonia wraca do życia i autonomia cieszy się poparciem ludzi.

W finałowym meczu, rywalem Barcelony była niemiecka Fortuna Düsseldorf, a samo spotkanie rozegrane zostało na stadionie św. Jakuba w Bazylei. Do Szwajcarii udało się około 30 tysięcy Cules - różnego wieku i różnej pozycji społecznej. Niemal każdy, wymachując flagą Katalonii lub Barçy, pokrzykiwał "Visca el Barça! Visca a Catalunya!". Była to największa tego typu wyprawa, odkąd w 1899 roku, powołano do życia klub FC Barcelona. Szwajcarskie miasto, które normalnie wiodło spokojne życie, nigdy nie uświadczyło tak wielkiego najazdu kibiców. Nie było również wątpliwości, że z każdą godziną, emocje rosły i okrzyki stawały się coraz głośniejsze. Aczkolwiek żadne akty wandalizmu czy przemocy nie miały miejsca, co stanowiło niesamowity kontrast z przejawami chuliganizmu, który stawał się coraz bardziej "popularny" w całej Europie. Cules wydawali się autentycznie nastawieni na piłkarskie święto, a nie na podbój miasta. Nie było wśród nich także żadnego, upitego niemal do nieprzytomności kibica, z czego słynęli "przedstawiciele" Wysp Brytyjskich.

Pojedynek z Fortuną w pełni wynagrodził wyprawę kibicom. Niesamowite emocje, z lekką nutą szlachetnego futbolu przerodziły się w największy festiwal strzelecki, w historii tych rozgrywek. Wynik został otwarty już w czwartej minucie. Rexach idealnie znalazł niepilnowanego Sáncheza, który wpakował piłkę do siatki. Trzy minuty później, Klaus Allofs doprowadził do wyrównania, wykorzystując błąd bramkarza Barçy - Artoli. Mimo, iż spotkanie dopiero się rozpoczęło, to na stadionie, emocje sięgały zenitu. W 12. minucie, świeżo wyciągnięty z Barcelońskiej szkółki Carrasco, przedarł się przez obronę rywali i został sfaulowany w polu karnym. Do piłki podszedł Carles Rexach, który był etatowym wykonawcą jedenastek w zespole. Jednak nawet on nie potrafił powstrzymać emocji i rzutu karnego nie wykorzystał. Mecz był bardzo wyrównany i obie drużyny raz po raz atakowały na bramkę rywali. W 31. minucie, gola na 2-1 zdobył Asensi, dobijając strzał Carrasco, ale Niemcy zdołali wyrównać jeszcze przed przerwą po golu Seela.

W drugiej połowie, nie padła już żadna bramka, gdyż oba zespoły nie chciały angażować zbyt dużą liczbę piłkarzy w ofensywę. Emocje powróciły jednak w dogrywce. W 13. minucie, swoją wartość pokazał Johan Neeskens - zawodnik o ogromnym przeglądzie pola gry i jeszcze lepszym podaniu. Holender dograł do znajdującego się w polu karnym Rexacha, a ten dał prowadzenie swojej drużynie. W 24. minucie, po raz kolejny błysnął Neeskens. Najpierw odebrał piłkę w środku pola rywalom, podał do Carrasco, który minął dwóch obrońców, wystawił piłkę Kranklowi i Austriacki napastnik podwyższył prowadzenie. Po tym golu, wielu Cules myślało, że to już koniec i rywale się nie podniosą. Nic bardziej mylnego, gdyż trzy minuty przed końcem Fortuna zdobyła gola na 4-3. Końcówka meczu była bardzo napięta, a starsi kibice - którzy walczyli za wolną Katalonię w hiszpańskiej wojnie domowej - z trudem łapali oddech.

Kiedy jednak sędzia zakończył mecz, na stadionie zapanowała dzika radość. Niektórzy kibice, kompletnie nie bacząc na policję, wbiegali na boisko i nosili zawodników na rękach. Jedną z "pamiątek" tamtego spotkania była flaga z narożnika boiska. Zabrana przez jednego z kibiców i podpisana przez każdego piłkarza Barçy, została wywieziona ze Szwajcarii i umieszczona w klubowym muzeum niczym plemienny totem - symbol entuzjazmu jaki wywołało to spotkanie.

Wzajemna chemia pomiędzy kibicami i piłkarzami jaka panowała w tamtym okresie, najlepiej ujawniła się historii Miguela Bianquettiego, znanego jako Migueli. Obrońca Barcelony, uważany ówcześnie za jednego z najtwardszych zawodników w hiszpańskim futbolu, dokonał nie lada poświęcenia by zagrać w tym spotkaniu. Jak ujawnił wiele lat później, na boisko wyszedł ze złamanym obojczykiem, na silnych środkach przeciwbólowych i pomimo zdecydowanego zakazu lekarzy, którzy grozili trwałym uszkodzeniem. Migueli zdołał przekonać trenera, że przyjechał do Bazylei grać, a nie na wakacje. Jak powiedział, było to najważniejsze spotkanie w jego życiu i gotów był poświęcić wiele, by tylko móc zagrać. W celu wydłużenia działania znieczulenia, Migueli opóźnił swoje wyjście na boisko do ostatniego momentu, opuszczając nawet rozgrzewkę. W samym spotkaniu udowodnił, że nie rzucał słów na wiatr o swoim zaangażowaniu i wraz z Neeskensem tworzyli barierę nie do przejścia. Hiszpan przebywał na boisku pełne 120 minut mimo tego, iż po 90 minutach znieczulenie ustąpiło. W późniejszym wywiadzie dla TV3 opowiadał: "Kiedy wyszedłem na boisko i zobaczyłem tych wszystkich kibiców z flagami Barçy i Katalonii, poczułem się naprawdę wzruszony. Widok tych wszystkich ludzi, którzy przyjechali by nas wesprzeć, naprawdę podniosło mnie na duchu. Myślałem o tym jak wiele kibice dawali drużynie i zdałem sobie sprawę, że jesteśmy im coś dłużni. Wydaje mi się, że to właśnie wtedy zdałem sobie sprawę, jak wielka więź panuje między kibicami i zawodnikami."

Po powrocie drużyny do Barcelony, feta na ulicach miasta była nieporównywalna do żadnej innej wcześniej. Triumf w Bazylei świętowało ponad milion osób. Ponownie dało się wyczuć kontekst polityczny, w największej tego typu demonstracji po śmierci Franco, kiedy to ludzie zgromadzeni wzdłuż Rambli krzyczeli na cały głos: "Visca el Barça! Visca a Catalunya!". Wybrany na tymczasowego prezydenta Katalonii Josép Tarradellas, który przez lata przebywał na zesłaniu, z balkonu Generalitat wygłosił przemowę pełną wdzięczności dla całego klubu. Sam zresztą, od wielu lat był zadeklarowanym kibicem Barçy i bez zastanowienia powiedział, że zwycięstwo w Bazylei było triumfem nie tylko klubu, ale także całego katalońskiego narodu w krytycznym momencie swojej historii.

Takie było właśnie pierwsze ważne zwycięstwo wolnej Katalonii.




[foto: adn.es]

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (25)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze