Zachwycamy się dziś wszyscy Messim. TYM Messim. Młodym, przebojowym, skutecznym, nieprzeciętnie utalentowanym. I bramkostrzelnym. Jego 44 gole w 51 meczach obecnego sezonu to wynik w nowożytnym futbolu prawie niespotykany. Obserwując wyczyny Argentyńczyka, nasunęły mi się jakiś czas temu skojarzenia i wspomnienia tyczące innego magika. Półtorej dekady temu czynił on podobne cuda na tym samym Camp Nou, w tych samych barwach, równie spektakularnie. Wystarczy kod 49/51, by każdy culé wiedział, o kogo chodzi.
"Mały Ronaldo"
Jeżeli w wieku 17 lat piłkarz staje się żywą legendą brazylijskiej ligi, świetlana przyszłość jest mu po prostu przeznaczona.
Ronaldo trafił do Cruzeiro wiosną 1993 roku, kilka miesięcy po ukończeniu 16 lat. Do września tego roku ogrywał się w juniorach i meczach towarzyskich. Zrobił dobre wrażenie. Wraz ze sprzyjającą sytuacją kadrową otworzyło mu to drogę do pierwszego składu. Debiutował 7.09.1993. Błyskawicznie został podstawowym napastnikiem Cruzeiro. Anonimowość juniora trwała krótko. Skończyła się, gdy strzelił ligowym rywalom z Bahii 5 bramek. Mówiła o tym cała Brazylia (wtedy był to dopiero szósty taki ligowy wyczyn w historii kraju). Był listopad 1993 roku, Ronaldo był świeżo po 17. urodzinach.
To zadziwiające, że tak młody zawodnik momentalnie stał się pierwszoplanową postacią wielkiego klubu. Odpłacał się bramkami, prowadząc kolegów do sukcesów w rozgrywkach krajowych (zdobycie Campeonato Mineiro 1994, Ronaldo został królem strzelców ligi) i kontynentalnych (wicemistrzostwo Recopa 1993; król strzelców Supercopa 1993 z 8 golami w 4 meczach; 1/8 finału Copa Libertadores 1994). Już wtedy łączył w sobie wiele cech idealnego napastnika, co pozwoliło mu uzbierać łącznie 31 bramek w 36 meczach w barwach klubu z Belo Horizonte.
Eksplodujący talent z Cruzeiro zrazu dostrzegł Carlos Alberto Parreira. Ronaldo debiutował w reprezentacji 23.03.1994 z Argentyną. W kolejnym meczu, 4.05.1994 przeciwko Islandii, zdobył dla "Canarinhos" swoją pierwszą bramkę. W meczach tych, podobnie jak na Mundialu 1994, napastnikowi przysługiwała koszulka ze zdrobnieniem "Ronaldinho" dla odróżnienia młokosa od starszego kolegi z kadry, Ronaldo "Ronaldão" de Jesúsa. Podobna sytuacja miała miejsce dwa lata później, gdy de Lima rywalizował z kadrą w Atlancie. Na udanym turnieju (brązowy medal, wicekról strzelców) wciąż oglądaliśmy go w koszulce "małego Ronaldo" (to obrońcy Ronaldo Guiaro przysługiwał "poważny" alias). Cules śledzili Igrzyska (kontrakt podpisano przed startem imprezy) i w pierwszych tygodniach pobytu na Camp Nou przezwisko to nadal towarzyszyło Brazylijczykowi. Po sezonie 1996/1997 zostało bezpowrotnie zapomniane.
Barça 1995/1996: czas rozczarowań i pożegnania z Cruyffem
Lato 1996 roku mijało w Barcelonie pod znakiem wielkiego zawodu. Liga zakończyła się dopiero trzecim miejscem (fanów pocieszało tylko to, że Real finiszował jeszcze niżej), co oznaczało, że drugi rok z rzędu Barça kończy rozgrywki bez żadnego trofeum. Mający świeżo w pamięci tłuste lata 1990-1994 Zarząd Blaugrany nie ukrywał frustracji. O jej skali najlepiej świadczy radykalna decyzja o pożegnaniu się po 8 latach z Johanem Cruyffem. Kibice nie byli zdziwieni - najbardziej utytułowany szkoleniowiec w historii klubu zatracił swą intuicję na ławce, a jego transfery zawiodły.
Słabe wyniki w sezonie 1995/1996 wynikały głównie z niemocy ówczesnej Barçy w ataku. Dość powiedzieć, że pierwszym napastnikiem drużyny był Bośniak Mehmed "Meho" Kodro (ledwie 9 goli w 32 meczach); jego niedoszły partner, kupiony z Betisu Ángel Manuel Cuéllar, już w debiucie zerwał więzadła (przez 2 lata strzeli tylko 2 bramki); słabiutki Thomas Christiansen (2 mecze w 3 lata) to faworyt plebiscytu na największą pomyłkę transferową klubu lat 90.; Jordi Cruyff grał słabiej niż w swoim debiutanckim sezonie i nigdy nie wyzbył się na Camp Nou łatki synalka tatusia; a Luís Figo, kupiony latem 1995 r. 23-latek z Portugalii, okazał się graczem zaiste przydatnym, ale na skrzydle.
Zespół potrzebował świeżej krwi. Nowy trener, Bobby Robson, uznał, że celem transferowym nr 1 Barçy będzie Ronaldo. Decyzja o jego sprowadzeniu była jedną z pierwszych, jakie podjął w Katalonii.
Fenomen przybywa na Camp Nou
Przenosiny do Europy latem 1994 sprawiły, że talent Ronaldo jeszcze bardziej się rozwinął. Holendrom imponował błyskawiczną aklimatyzacją, doskonałą formą i boiskową dojrzałością. Prezentował przy tym obłędną, jak na lata 90. i jedną z czołowych lig Europy, skuteczność. W swoim pierwszym sezonie zdobył 35 goli w 37 meczach, a 30 trafień ligowych dało mu koronę króla strzelców. Kontuzja na początku sezonu 1995/1996 sprawiła, że wystąpił w ledwie 21 spotkaniach. Mimo to ustrzelił 19 goli i Puchar Holandii.
Wysłannicy największych klubów Europy tłumnie pielgrzymowali do Eindhoven, by oglądać genialnego Brazylijczyka w akcji. Transfer do lepszego klubu był tylko kwestią czasu. Największą determinację wykazała FC Barcelona, ściągając 20-letniego napastnika za sporą jak na tamte czasy kwotę 19 mln USD (dzisiejsze ok. 15 mln euro). Ta determinacja nie była przypadkowa. Katalończycy mieli wspomniany cały worek powodów, by zapłacić każdą kwotę za perspektywicznego napastnika.
Najlepszy sezon w karierze
Niepomyślny sezon 1995/1996 dał Camp Nou subtelny powiew optymizmu. Atlético zakończyło sezon z ligowym dubletem, w finale Pucharu Króla pokonując... Barcelonę. Oznaczało to, że na osłodę pechowej porażki (0-1 po golu w dogrywce) kataloński klub otrzymał przepustkę do PZP. Ponadto, RFEF podjęła decyzję o rozegraniu Superpucharu Hiszpanii zapraszając Azulgranę (dotychczasowym zdobywcom dubletu przyznawano to trofeum automatycznie; zdarzyło się tak w latach 1984 i 1989). Pierwszy poważny test Bobby'ego Robsona i jego "nową Barçę" czekał zatem już w sierpniu.
Oba zespoły stworzyły w dwumeczu pasjonujący spektakl. Na Camp Nou Ronaldo zdobył dwie bramki, Barça wygrała 5-2 i zdobyła pierwsze trofeum sezonu (choć w rewanżu uległa aż 1-3). Ronaldo podbił serca fanów równie szybko, jak w swych dwóch poprzednich klubach.
Do końca sezonu "Duma Katalonii" zdobyła 2 kolejne trofea, jedynie w lidze uznając wyższość Realu. W obu triumfach Ronaldo odegrał wiodącą rolę. Zgromadził aż 8 goli w 5 meczach Pucharu Króla, a w rotterdamskim finale z PSG zdobył jedyną bramkę meczu (37' z karnego). We wszystkich 51 (2 w Superpucharze Hiszpanii, 37 w lidze, 5 w CdR i 7 w PZP) oficjalnych występach w barwach Barcelony strzelił zaiste fenomenalną liczbę 49 goli (2 w SH, 34 w lidze, 8 w CdR i 5 w PZP). Takiej średniej (0,961 gola na mecz) nie powtórzył już nigdy. Czy w którejś z czołowych lig Europy jest możliwe ją poprawić?
Nie tylko Ronaldo
Tylko Robinho i Cristiano Ronaldo mogą grać sami przeciwko 11 przeciwnikom. Inni piłkarze jednak potrzebują do tego drużyny i cenią jej wsparcie. Takim napastnikiem był Ronaldo, więc nie powinno się bagatelizować roli, jaką w bajecznym sezonie 1996/1997 odegrał cały zmontowany przez Robsona skład. Do klubu dołączyło kilku ciekawych graczy (Vítor Baía, Couto, Blanc, Luis Enrique, Stoiczkow, Giovanni, Pizzi i Amuneke) i tylko ten ostatni nie sprawdził się w klubie (kontuzje). Odeszli Hagi i Bakero, ale symbolicznie ich miejsce w drużynie zajęli utalentowani de la Peña i Figo. Mentalnym przywódcą drużyny pozostawał Guillermo Amor, wspierany przez obiecującego Josepa Guardiolę. Dostępu do własnej bramki bronił znakomity blok obronny z Sergim, Abelardo, Nadalem i Ferrerem. To był zespół o dużym potencjale, a bramkostrzelny napastnik był jednym z jej brakujących puzzli.
Ronaldo nie dołączał zatem do drużyny przypadkowej. Jej atuty wymiernie pomogły mu w tym historycznym sezonie. Na boisku pozostało mu to, co umiał najlepiej. Strzelanie bramek. Warto też zauważyć, że dopiero realia Serie A wymogły na nim zmianę stylu gry na bardziej niezależny od podań i za czasów gry w Barcelonie Ronaldo zależał od kolegów w większym stopniu niż w kolejnych latach.
Gorzkie pożegnanie
Barcelonismo musiało pożegnać się z błyskotliwym Brazylijczykiem jeszcze szybciej niż go powitało. Ronaldo idealnie pasował do Barcelony, sam też czuł się tu dobrze. Ale do czasu.
Po kosmicznym sezonie ‘96/'97 wielu trenerów chciało mieć Ronaldo mimo obowiązującego go kontraktu na Camp Nou. Wokół piłkarza zaroiło się od "doradców", a w całej piłkarskiej Europie - od spekulacji. Niefortunna seria wydarzeń sprawiła, że władze FC Barcelony miały swój udział w odejściu "9" z klubu. Z drugiej strony, istotną rolę odegrał fakt, że Ronaldo był jednym z wielu brazylijskich piłkarzy tamtych lat, których losami kierowali obiecujący bajońskie sumy w innym klubie agenci.
Losy tamtego transferu do Interu są bardziej zagmatwane niż status prawny Księstwa Sealandii. Po pierwsze, styl gry Robsona nie podobał się Zarządowi Barçy (mimo zwycięstw i tytułów) i było od dawna wiadome, że latem 1997 w jego miejsce zatrudniony zostanie van Gaal. Ronaldo nie był zachwycony, gdy zostało to potwierdzone; z Anglikiem miał znakomity kontakt, ich relacje wielu określało jako niemalże ojcowskie. Żal piłkarza wzrósł, gdy po sezonie odmówiono mu podwyżki, choć na boisku udowodnił swoją nieprzeciętną wartość. Nieoficjalnie skontaktował się z nim Inter i nakłonił do decyzji o zerwaniu dotychczasowego kontraktu. Na konto Barcelony wpłynęło wymagane 26 mln USD i kataloński klub natychmiast skierował sprawę do FIFA. Komitet ds. Statusu Piłkarzy przy Komitecie Wykonawczym pominął fakt, że wspomniana kwota mogła pochodzić od włoskiego klubu (co z kolei wymagało wcześniejszych, oczywiście zabronionych, negocjacji pomiędzy Interem a zawodnikiem), i w orzeczeniu ograniczył się do stwierdzenia, że zawodnik ma przecież prawo zerwać, tj. wykupić swój kontrakt. Władze FC Barcelony nie mogły nic więcej zrobić.
Wkrótce po tej decyzji zupełnym przypadkiem (przynajmniej wg FIFA) skontaktował się z Katalończykami Inter, by kupić Ronaldo. Włosi zamknęli transakcję w kwocie 80,8 mln USD, z czego 27,8 mln USD (po analizie kontraktu z Barceloną, FIFA "dołożyła" 1,8 mln) za zerwanie kontraktu i 53 mln USD (na dziś to niewiele ponad 30 mln euro) za sam transfer. Zaiste, gorzkie to było rozstanie.
Ronaldo 1996/1997 - piękna karta historii Barçy
Po trzech mundialach, kłopotach ze zdrowiem, przykrym pożegnaniu z Europą i paru skandalach obyczajowych, Ronaldo jest dziś innym piłkarzem i chyba też innym człowiekiem. Było, minęło, można by rzec, że przypominanie jego losów na Camp Nou to trochę tak, jakby ktoś opowiadał o detalach upojnej nocy z rozrywkową koleżanką z pracy, gdy ta już dawno wyszła za mąż.
Jednak tę historię, historię sezonu o kryptonimie 49/51, znać trzeba. Pozostanie jedną z tych, których nie zapominają dekady, a piłkarskich kibiców fascynuje bez względu na przynależność klubową. Wszystko wskazuje na to, że Leo Messi pisze nam dziś podobną.
Komentarze (77)