Tym razem będzie o trywializmach. O spełnianiu marzeń. O tym, że nigdy nie wolno się poddawać. I o tym, że należy dążyć do celu bez względu na przeciwności losu. Ale nie słyszymy o tym od polityka czy Sandry Bullock w tandetnym filmie. Zapewnia nas o tym piłkarz, który dzięki swemu uporowi wrócił do gry. I banał opada z tych "frazesów o marzeniach" szybciej od kowadeł firmy ACME.
To dopiero początek kwietnia i sezon daleki jest od zakończenia. Ale Barcelona już zna jednego ze swych największych bohaterów. To Gabriel Milito.
Ten sezon dla Argentyńczyka już jest zwycięski. A teraz, coraz lepszą postawą z meczu na mecz, tylko nie przestaje nas zadziwiać. Jak zatem w przypadku Gaby'ego stosować tę samą miarę, kryteria oceny, co wobec reszty drużyny? Argentyński obrońca jest dla mnie poza wszelkimi klasyfikacjami. To, co obserwuję od chwili jego powrotu na boisko, nie jest mierzalne żadną skalą.
Wiara i nieustępliwość w "najgorszym momencie kariery i mojego życia"
Pod koniec kwietnia 2008 Barça grała na Old Trafford o awans do finału Ligi Mistrzów. Porażka 0:1 nie była jedyną stratą tego wieczoru. Milito mecz z MU dograł do końca, ale wkrótce po końcowym gwizdku poczuł ból w prawym kolanie. Następnego ranka dołączyły do niego złe przeczucia. Gdy kilka dni po rewanżowym półfinale, 5. maja 2008, klub wydał oficjalny komunikat o stanie zdrowia argentyńskiego obrońcy, wśród culés dominowało zaskoczenie. Uraz, po którym zawodnik "nawet" nie zszedł z boiska, nie zapowiadał się na poważny. Okazało się jednak, że doszło do skomplikowanego urazu więzadła krzyżowego przedniego. Prognozy były pesymistyczne. Najpierw mówiono o sześciu miesiącach. Później - o około roku. Po 14 miesiącach Argentyńczyk w otwartym liście do kibiców (19.7.2009) informował o codziennej ciężkiej pracy, woli walki i rehabilitacji. To był poruszający, smutny list. O przewidywanej dacie powrotu Gaby'ego na boisko nie mówił ani słowa.
Jeden z najlepszych środkowych obrońców ligi, podstawowy gracz czołowego klubu świata utracił coś więcej niż możliwość wykonywania zawodu. "To było nie do zniesienia. Musiało być. Żyję piłką nożną. Zawsze żal mi choćby jednego opuszczonego meczu. Można sobie wyobrazić, co czułem, nie mogąc grać przez tak długi czas..." Nie, nie wyobrażam sobie. Nie mam pojęcia, jak trudny musiał to być okres dla Gaby'ego, skoro jego przyszłość jako piłkarza tak długo stała pod znakiem zapytania. Jak sam przyznawał w niedawnym wywiadzie dla "Sportu", podczas żmudnego procesu ustalania precyzyjnej diagnozy i poszukiwania właściwej drogi powrotu do zdrowia, nie brakowało chwil zwątpienia.
Wątpili też kibice. Wieści o stanie zdrowia Argentyńczyka przestali w końcu śledzić, a przyznanie mu numeru na starcie sezonu 2009/2010 odczytywano jako gest kurtuazji ze strony klubu. Miesiąc po miesiącu culés tracili wiarę. Nie stracił jej Gaby. Przez cały ten czas walczył o swój powrót do futbolu. Mimo opieki najlepszych specjalistów pierwsze miesiące były koszmarnie ciężkie.
Znów (!) to samo kolano
Przez długi czas nie było w leczeniu Milito żadnego progresu. Zagadkowe? Nie do końca. Przyczyna leży w zupełnie pomijanej historii medycznej Argentyńczyka.
Jako wychowanek CA Independiente dość wcześnie (jak na pozycję środkowego obrońcy) awansował do pierwszego składu. Już wieku 17 lat debiutował w meczu z Racingiem Avellaneda, szybko stając się podstawowym piłkarzem czołowego klubu Argentyny. Regularne występy na newralgicznej pozycji obrońcy w tak młodym wieku mogły przyczynić się do osłabionej odporności w przyszłości.
A futbol południowoamerykański nie sprzyja delikatnym organizmom. W 2001 roku młodszy z braci Milito po raz pierwszy zerwał więzadła w prawym kolanie. Ta kontuzja prawie zakończyła jego karierę (miał dopiero 21 lat) i wykluczyła go z gry na 9 miesięcy. Wkrótce po długo wyczekiwanym powrocie, Gabriel Milito ponownie doznał urazu. Tym razem doszło do pęknięcia łąkotki przyśrodkowej tego samego, prawego, kolana. Organizm nie był jeszcze gotowy na pełne przeciążenia meczowe. Anatomia sugeruje, że obie kontuzje mogły mieć ze sobą wiele wspólnego, a decyzję o powrocie młodego zawodnika prawdopodobnie podjęto zbyt pochopnie.
Milito pauzował kolejne 4 miesiące. Ostrożna rehabilitacja pozwoliła mu wrócić do składu na dobre. W zdobyciu przez klub ligowego Mistrzostwa Otwarcia 2002 miał ogromny udział, co potwierdził tytuł Piłkarza Roku 2002 w Argentynie (jedyny przyznany obrońcy w ciągu ostatnich 18 lat). Jako czołowy gracz ligi, trafił w lipcu 2003 do Realu Madryt. Nie przeszedł testów medycznych, gdyż madryccy lekarze uznali, że jego kolano nie jest do końca wyleczone i negatywnie rokuje na przyszłość. Młodego obrońcę kupiła Saragossa. Zapracował tam na miano czołowego obrońcy La Liga.
W tym kontekście, kontuzja z maja 2008 była dla Milito informacją dramatyczną. Doznał powtórnego zerwania więzadeł i trzeciego poważnego urazu tego samego kolana. Należy pamiętać, że zerwane więzadła są zastępowane sztucznie, więc kolano już nigdy nie będzie tak silne, jak przed kontuzją. Jeszcze 10 lat temu powrót do sportu w tak trudnym przypadku byłby absolutnie wykluczony. W tym czasie medycyna przeszła rewolucję; szansę powrotu do piłki ma dziś 90% piłkarzy z poważnymi urazami więzadeł. Jednak u Gaby'ego sytuacja była szczególnie ciężka. Powtórne zerwanie oznaczało dodatkowe komplikacje. To dlatego przez ponad rok lekarze nie potrafili zlokalizować źródła problemu. Ramon Cugat, stale towarzyszący Argentyńczykowi lekarz FC Barcelony, zapewniał piłkarza, że wróci na boisko, jak tylko minie ból. Ale ten nie mijał nawet po drugiej operacji. W chwili pisania wspomnianego listu dla oficjalnej strony Klubu, Argentyńczyk wciąż odczuwał ucisk w kolanie.
Po 617 dniach cierpliwości i ciężkiej pracy...
Dopiero jesień 2009 zaczęła przynosić faktyczne postępy. Miesiące żmudnej rehabilitacji sprawiły wreszcie, że ból ustąpił. Milito mógł zacząć normalnie biegać. Najpierw był powrót do klubowej siłowni, potem do treningów z piłką. Klub milczał. Chciano uniknąć zbędnej presji medialnej na piłkarzu i lekarzach. Po ponad 18 miesiącach poza placem gry, 18.11.2009 Gabriel Milito zagrał 45 minut w towarzyskim meczu z goszczącym akurat w Ciutat Esportiva boliwijskim klubem Bolivar de La Paz. Był to dopiero pierwszy, nieśmiały krok do powrotu Gaby'ego do gry. Reakcję organizmu Argentyńczyka na mecz z Bolivar poddano dogłębnej analizie; wszyscy w klubie wiedzieli, że w tym przypadku najmniej wskazany jest pośpiech.
Sesja treningowa z Bolivar odbyła się za zamkniętymi drzwiami, w tajemnicy przed mediami; znany był jedynie fakt rozegrania meczu i jego wynik (4:1 dla Barçy). Jednak optymistyczne wieści na temat stanu zdrowia Milito zaczęły wreszcie docierać do fanów. Pod koniec listopada lekarze dali Argentyńczykowi zielone światło i zaczął on trenować na pełnych obrotach z resztą zespołu. Jego organizm znajdował się pod stałym monitoringiem, więc debiut w meczu o stawkę wymagał jeszcze trochę cierpliwości.
Po 593 dniach znów znalazł się w meczowym składzie (Espanyol, 12.12). Po 602 dniach wybiegł na boisko w sparingu (tym razem zupełnie jawnym) z kuwejcką Kazmą. I wreszcie po 617 dniach ponownie wystąpił w oficjalnym meczu (5.01.2010, 1:2 z Sevillą). "Nie było mi łatwo tu dotrzeć". Należny Gaby'emu ogromny podziw, że jednak się udało.
"Podczas kontuzji nie byłem zdolny, by być szczęśliwym"
Ramon Cugat i inni członkowie sztabu medycznego FC Barcelony wielokrotnie gościli w Argentynie, gdy Gaby przez większość okresu rehabilitacji przebywał w domu, z rodziną. Klub starał się o ekspertyzy i konsultacje innych specjalistów. Szczegółowe badania przeprowadzano regularnie, by możliwie najszybciej znaleźć przyczynę urazu barcelońskiego obrońcy i ją wyeliminować. W tak trudnych przypadkach jest jednak coś ważniejszego od pomocy finansowej czy medycznej. To wsparcie mentalne. Przez cały ten czas Joan Laporta i Pep Guardiola starali się dodawać kontuzjowanemu piłkarzowi otuchy. Wieloma wypowiedziami w mediach podkreślali, że bez względu na okres absencji, Milito pozostaje członkiem bordowo-granatowej rodziny... i ta rodzina czeka.
Milito wrócił do szatni Barçy dzięki codziennej pomocy i wsparciu lekarzy, fizjoterapeutów, trenerów i kolegów z drużyny. "Jestem wdzięczny wszystkim, bo dzięki temu znów mogę poczuć się jak piłkarz". Niedawny mecz z Saragossą pokazał, że Gaby jest na dobrej drodze do odzyskania formy sprzed kontuzji, a w dalszej perspektywie: statusu jednego z najlepszych obrońców w Hiszpanii. W końcu, jak sam mówi barceloński rekonwalescent, "gdy podążasz za marzeniem, wszystko jest możliwe"...
W ciszy stadionu. Wytrwałość
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (16)